Jest rok 1978. Moment przełomu i polityczno-społecznych zmian, które dotyczą między innymi postępującej emancypacji kobiet. Pod wpływem feministycznych nastrojów epoki Kathy (Melissa McCarthy), Claire (znana serialowej publiczności głównie z genialnych "Opowieści podręcznej" HBO Elisabeth Moss) i Ruby (Tiffany Haddish) - dotąd posłuszne żony lokalnych watażków irlandzkiej mafii - postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce i same zacząć zarabiać na chleb. Tym bardziej, że ich mężczyźni wpadają w ręce policji i przez trzy lata świat mają oglądać wyłącznie zza krat, a mafijna rodzina ani myśli godnie wynagradzać słomiane wdowy.
Podoba mi się początkowy rytm "Królowych zbrodni", które w krótkim czasie z zastraszonych, bitych czy podporządkowanych jedynie mężowi i dzieciom kobiet na naszych oczach błyskawicznie przeistaczają się w samodzielne, pewne siebie i swoich zdolności przywódczynie, gotowe nareszcie zawalczyć o należne sobie miejsce w hierarchii. Mało tego - to niespotykane dotąd w kręgach nowojorskiej mafii babskie trio radzi sobie znacznie lepiej niż ich mało bystrzy mężowie, prócz bogactwa jednocząc też lokalną społeczność.
Tę przebojowość znakomicie podkreśla wykorzystana w filmie muzyka lat 70. - idealnie oddająca wiatr zmian i ducha tamtych czasów - ale i świetny montaż, przypominający najlepsze kino akcji spod szyldu Quentina Tarantino czy Martina Scorsese. Trup ściele się gęsto, czasem trzeba go pokroić we własnej wannie, innym razem puścić z nurtem rzeki. Dolary zaściełają całe stoły, masywnych złotych pierścionków jest więcej niż palców u rąk, a naładowany rewolwer to przecież podstawowy atrybut każdej damskiej torebki. Taki to klimat.
Niestety nie jest to obraz bez skazy. Byłoby to kino znacznie bardziej wciągające i oryginalne, gdyby nie fakt, że początkowa dynamika tej historii z upływem czasu wyraźnie wyhamowuje, by ostatecznie stanąć w miejscu i zacząć nużyć widza. Być może to wina zbyt płytko zarysowanych postaci, z których po 100 minutach filmu nie da się już wycisnąć ani kropli więcej. Przykro mi to przyznać, ale zarówno najbardziej łebska, grająca pierwsze skrzypce Kathy, jak i przebiegła Ruby czy coraz bardziej odważna i okrutna Claire, zaczynają się i kończą się w ramach określających je powyższych przymiotników. Nic ponadto.
A może po prostu Andrei Berloff, reżyserce i jednocześnie scenarzystce "Królowych zbrodni", zabrakło pomysłu jak umiejętnie zwieńczyć tę historię, by w finale zmieścić i dotychczasowe tempo wydarzeń, i orzeźwiający element zaskoczenia, i jeszcze wartościowy morał w myśl którego - jak w rozpoczynającej tę fabułę kultowej piosence - "This is a man's world/ this is a man's world/ But it wouldn't be nothing/ nothing without a woman or a girl". Czasy się zmieniają, ale wymogi wobec dobrego kina wciąż pozostają takie same, niezaleźnie od płci.
Anna Solak
- "Królowe zbrodni"
- reż. Andrea Berloff
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019