Kultura Poznań.pl

Opinie

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Amerykański sen

"Narodziny gwiazdy" to dramat i musical w jednym. Umiejętnie łączy w sobie najlepsze cechy obu tych gatunków, pozostawiając widza z jednej strony z łamiącą serce historią miłosną, z drugiej - z zestawem naprawdę fantastycznych ballad do słuchania przez najbliższe, zimowe miesiące.

.
fot. materiały dystrybutora

Jackson Maine jest gwiazdorem muzyki country u szczytu sławy. Na koncerty jego zespołu przychodzą prawdziwe tłumy, każdy chce uścisnąć jego dłoń, poklepać go po plecach albo zrobić sobie z nim zdjęcie. Na pierwszy rzut oka jego życie to nieprzerwany ciąg przyjemności, sławy i uznania, jednak prywatnie Maine zmaga się z uzależnieniem od alkoholu i narkotyków i chorobą, która grozi postępującą utratą słuchu. Właśnie w takim momencie swojego życia poznaje Ally - obdarzoną niebiańskim głosem kelnerkę, która po pracy występuje w drag klubie śpiewając francuskie piosenki, a w międzyczasie sama pisze i komponuje. Urzeczony jej występem postanawia zaprosić ją na swój koncert, gdzie dziewczyna po raz pierwszy będzie miała szansę pokazać swój talent światu. Od tego momentu wkraczamy w ponad dwugodzinną szaloną historię miłości tych dwojga, przeplataną wzlotami i upadkami zarówno na scenie jak i w życiu prywatnym, a zakończoną niestety tragicznym finałem...

Historia jaką Bradley Cooper zdecydował się opowiedzieć widzom w podwójnej roli: aktora i reżysera, tylko z pozoru jest prostą przypowieścią o nieprostej miłości. Wątek główny nie jest bowiem pozbawiony tła, równie ciekawego co on sam. Oprócz szalonego życia rockmana i spełniającego się z dnia na dzień amerykańskiego snu zwyczajnej dziewczyny, równocześnie przyglądamy się skomplikowanym relacjom rodzinnym głównego bohatera, brutalnym kulisom showbiznesu, konsekwencjom niskiego poczucia własnej wartości i cenie, jaką niesie za sobą odniesiony sukces.

Jeśli chodzi o główną rolę kobiecą, na liście rozważanych nazwisk znalazły się m.in. Beyoncé, Jennifer Lopez, Shakira czy Rihanna, jednak teraz, po obejrzeniu ostatecznej wersji, nie mogę sobie wyobrazić w tym miejscu nikogo poza Lady Gagą. Tym bardziej, że po obejrzeniu intrygującego dokumentu na jej temat (Five Foot Two, dostępne na platformie Netflix), zupełnie inaczej patrzę na obojętną mi dotąd gwiazdę muzyki pop, jak dotąd kojarzoną jedynie z dyskotekowymi bitami i kontrowersyjnymi strojami w jakich pozowała paparazzi na ściankach.

Znana w najdalszych zakątkach globu piosenkarka kreacją Ally udowadnia, że oprócz wokalnych ma także całkiem przyzwoite zdolności aktorskie, na ekranie ani na jotę nie ustępując kroku Bradleyowi Cooperowi. Tytuł filmu w tym sensie może okazać się więc proroczy. Na osobną pochwałę zasługuje fakt, że oboje również pisali i wykonywali piosenki jakie słyszymy w filmie, z najbardziej zapadającym w pamięć Shallow czy finałowym I'll Never Love Again na czele. Nie bez przyczyny mówi się, że zarówno pierwsza z tych piosenek jak i sama Lady Gaga mogą okazać się niespodziewanymi zwycięzcami najbliższych Oscarów. Czy tak się stanie, przekonamy się już wkrótce - nominacje do najważniejszych nagród filmowych poznamy już na początku stycznia.

Anna Solak

  • "Narodziny gwiazdy"
  • reż. Bradley Cooper

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018