Kultura Poznań.pl

Opinie

opublikowano:

MALTA. Ekstrawagancja i wrażliwość?

Kilka a może kilkanaście tysięcy poznaniaków przybyło w sobotnią noc posłuchać koncertu zespołu Laibach. To było jedno z najważniejszych i zapewne najgłośniejsze wydarzenie w ramach tegorocznej Malty.

.
fot. Tomasz Nowak

Trudno byłoby chyba znaleźć bardziej odpowiedni zespół na symboliczne zakończenie czy uwieńczenie tegorocznego festiwalu Malta. Festiwalu, który upłynął pod hasłem "Platforma Bałkany", w cieniu politycznych burz i wichur przetaczających się nad naszym krajem, Europą i całym światem. Laibach bowiem to zespół, który jest doskonałym przykładem zaangażowania politycznego sztuki (oczywiście zaangażowania w sensie krytycznym, choć przecież nie pozbawionego fascynacji). Jest to też bodaj najsłynniejszy z zespołów bałkańskich, który jako jeden pierwszych przebił się w latach osiemdziesiątych ze swą twórczością przez "żelazną kurtynę" i do dziś umiejętnie potrafi budzić zainteresowanie fanów w wielu krajach świata.

Tym razem Laibach miał nam do zaproponowania swój projekt "The Sound of Music" wykonany wspólnie z Orkiestrą Kameralną l'Autunno pod gościnną dyrekcją Simona Dvoršaka. A zatem znany z estetycznych prowokacji i eksperymentów zespół, przedstawił jeszcze jeden poziom artystycznej gry, twórczych poszukiwań: zderzenie stalowo chłodnej, elektronicznej, industrialnej, czasami apokaliptycznej własnej muzyki z ciepłym, miękkim, "ludzkim" brzmieniem orkiestry.

Prowokatorzy

Słoweński Laibach to z pewnością nietuzinkowy zespół, od ponad trzech i pół dekady proponujący swą oryginalną wizję muzyki, będącej w nieustannym sporze, w zwarciu z rzeczywistością polityczną, społeczną, muzyczną.

Jego członkowie w pewnym sensie powtarzali choćby gest zespołu Residents polegający na świadomej twórczej dekonstrukcji dokonań mitycznych postaci popkultury czy kultury rockowej. Pokazali, że twórczość The Beatles, The Rolling Stones i innych może być świetnym pretekstem do muzycznych przeróbek, reinterpretacji (i właśnie dekonstrukcji), a zarazem dyskusji o autorytarnych zasadach rządzących show biznesem - i co za tym idzie zbiorową świadomością pokoleń słuchaczy. A ich inspiracji można było szukać też w szerszym kontekście - w obszarze takich zjawisk jak dadaizm, futuryzm, surrealizm, konstruktywizm.

Artyści dodali tu jednak jeszcze coś. Obrazoburcza i prowokacyjna była wszak już sama nazwa zespołu. Co prawda jej twórcy bronili się, że słowo Laibach (niemieckojęzyczna wersja Lublany) pojawiło się po raz pierwszy w dwunastym wieku, a potem w czasach monarchii austro-wegierskiej. Wszyscy jednak kojarzą te nazwę przede wszystkim ze zmianą, jaką wprowadzili hitlerowcy w 1943 roku.

Kontrowersje?

Cały kompleks słoweńsko-niemieckich stosunków plus zamiłowanie do mundurów i wojskowego anturażu dopełniały obrazu - i wciąż są jakimś tłem, a może nawet fundamentem, twórczej propozycji zespołu. Jego członkowie od zawsze krytykowali przemysł rozrywkowy, są konfrontacyjni czy zdystansowani wobec tego, co oferuje współczesna zachodnia cywilizacja (i polityka). Zresztą już trzy dekady temu deklarowali, że ich celem jest "zbadanie relacji pomiędzy kulturą a ideologią w obszarze sztuki".

Dlatego to częścią tej strategii było niekwestionowanie żadnych, nawet nieprawdziwych doniesień na temat zespołu. Oczywiście w tę strategię wpisuje się świetnie także wizyta półtora roku temu w Korei Północnej. Że kontrowersyjna? Że, co oczywiste, koreańscy cenzorzy przejrzeli twórczość zespołu i wycięli z jego prezentacji scenicznej część materiałów graficznych? Tym lepiej. Kontrowersje są dla Laibacha najlepszym paliwem. Zresztą, jak przyznawali w jednym z wywiadów, kilka lat temu: "wszelki rozgłos tylko sprzyja naszej działalności". Również dlatego, że poza polityką (a może w jej ramach) interesują ich rozmaite fenomeny kultury masowej.

Jak w tym kontekście rozumieć nagraną przed kilkoma laty małą płytkę "1 VIII 1944" wydaną przez polskie NCK i Muzeum Powstania Warszawskiego, a zawierającą m.in. własną wersję pieśni "Warszawskie dzieci", która zabrzmiała też w Poznaniu w sobotnią noc? I czymże był ten koncert? Kolejnym eksperymentem w laboratorium pod gołym niebem, nie tylko w dziedzinie artystycznej, ale i symbolicznej, społecznej, politycznej nawet?

Miejski industrial

W parku im. Wieniawskiego była w sobotni późny wieczór piknikowa atmosfera: drobne alkohole donoszone z pobliskich sklepów, zbiorowe biesiadowanie na trawie. To dość radykalny kontekst dla bardzo przemyślanej, konsekwentnej i bynajmniej nie biesiadnej oferty Laibacha.

 "The Sound of Music", który artyści przedstawili, to sugestywny program złożony z piosenek - własnych i cudzych - z różnych okresów działalności grupy. Wraz z silnie działającymi wizualizacjami tworzyły spójny, mocny przekaz, mówiący m.in. o "upadającej Europie" i "nadchodzących barbarzyńcach" oraz rodzącym się złu, z niemal pogrzebowo brzmiącą "Odą do radości" i powracającym zdaniem "Teraz zapłacicie...". W repertuarze były wspomniane "Warszawskie dzieci", "The Whistlebowers", "Tanz mit Laibach", było wreszcie - wykonane w dwóch językach - "Life is Life". Skoro bowiem średni austriacki zespół Opus mógł przed laty wypromować swój jedyny przebój, śpiewając go po angielsku, to Laibach ma prawo - dla równowagi? - wykonać jego upiorną wersję w języku niemieckim. Słyszeliśmy więc wychrypiane "Leben heist Leben" z ciężkim riffem klawiszy.

Sprawdziło się, moim zdaniem, miejsce. Nieźle brzmiała muzyka, a powracający hałas przejeżdżających tramwajów i pociągów znakomicie współgrał z ideą industrialnej twórczości słoweńskich artystów. Sprawdziła się też orkiestra l'Autunno, momentami cieniując, uliryczniając propozycję zespołu, momentami wzmacniając jego brzmienie do swego rodzaju ściany dźwięku. Faktem jest jednak, że miał ten koncert dziwną dramaturgię. Tempo i dynamika co jakiś czas siadały, a niektóre utwory zaczynały się jakby z ociąganiem, po zbyt długiej przerwie.

Odpowiedź?

Joanna Szczepanik w książce "Geografia artystyczna" przypomina, jak opisywał koncert Laibacha z 1982 roku (!) reżyser teatralny Edvard Miler: "Cytaty z całego stulecia rzezi i terroru. To, czego wyparliśmy się w wielkim patosie znów się pojawiło. [...] Laibach bardzo szybko zauważył, że to stulecie będzie rychło zmierzać ku końcowi, że tu na nowo pojawi się barbarzyństwo i rzeźnicy znów dojdą do władzy".

Może więc Laibach to nie cynicy, ironiści, eksperymentatorzy czy zgoła nihiliści, tylko wrażliwi wizjonerzy, którzy swą agresywną sztuką przestrzegają przed końcem cywilizacji? A może to jednak efektowny - choć istotnie nieco ekstrawagancki - wyraz muzyki pop. Wyrafinowany wytwór przemysłu muzycznego, z którym zespół rzekomo walczy? Obawiam się, że każdy odpowiedź musi znaleźć sam. Że każda z powyższych może być po części prawdą. Że wreszcie skrajna różnorodność opinii byłaby tym, co uszczęśliwiłoby słoweńskich artystów.

Tomasz Janas

  • Malta Festival 2017
  • Koncert Laibach
  • Park im. Wieniawskiego
  • 24.06