Rok temu na łamach "The New York Times" uznany krytyk muzyczny Ben Ratliff rozpoczął swój artykuł na temat Stańki i jego nowego zespołu słowami: "Miło jest widzieć już nie młodego artystę goniącego za nową ideą". Na najnowszej płycie artysty pt. "Wisława" mamy co prawda wszystko to, z czego zasłynął jazzman, czyli - nawiązując do słów amerykańskiego dziennikarza - "ten magnetyzujący wyrafinowany niepokój, który stał się jego znakiem rozpoznawczym". Jednak dzięki artystom zaproszonym do projektu, muzyka wybitnego trębacza nabrała nieco innego charakteru. Przekonałam się o tym osobiście podczas fantastycznego koncertu w Sali Ziemi MTP 19 maja. Poznań był dziewiątym z piętnastu przystanków na trasie koncertowej promującej album inspirowany poezją Wisławy Szymborskiej.
O tym, że Stańko jest mistrzem w swoim fachu, nikogo już przekonywać nie trzeba, ale co innego słuchać jego nagrań, a co innego przeżyć jego muzykę na żywo. Muzyk zapewnia swoim słuchaczom całą gamę doznań. Rozkosznie rozlewające się po kręgosłupie leniwe, długie frazy pieszczą ucho, ale już za chwilę urywane, drażniące staccato wyrywa nas ze stanu błogości i przenosi w zupełnie inny wymiar. Przyjemne, choć - jak zawsze - napiętnowane Stańkową nostalgią, wykonywane bez pośpiechu, niemal z namaszczeniem, fragmenty z wyraźnie zarysowanym tematem przechodzą we freejazzową, opierającą się bezrefleksyjnemu pochłanianiu, plątaninę niepokornych dźwięków. Projekt realizowany przy udziale młodych i szalenie zdolnych muzyków działających na scenie amerykańskiej został oparty na fenomenalnej improwizacji. I nawet jeśli to Stańko pełni rolę mistrza ceremonii, czuwając nad całością, każdy z muzyków ma równie wiele do powiedzenia i odgrywa w zespole równorzędną rolę. Niemal matematyczna precyzja perkusisty Geralda Cleavera, muzyczny intelektualizm basisty Thomasa Morgana i poruszająca emocjonalność Davida Virellesa sprawiają, że każdy z nich snuje własny wątek opowieści, której zwieńczeniem jest genialne brzmienie instrumentu nestora.
Analizując poezję Wisławy Szymborskiej często mówi się o jej umiejętności dziwienia się światu, zadawania pytań, zgłębiania na nowo tego, co przecież zostało już odkryte, pochylania się nad tym, co z pozoru dobrze znane, a przez to pomijane. Podobnie jest ze Stańko, bo pomimo tego że prawie rok temu skończył 70 lat i na swoim koncie ma współpracę z wieloma wybitnymi muzykami, a jego dyskografia aż pęka w szwach od świetnych płyt, każdym kolejnym albumem udowadnia, że potrafi odkrywać jazz na nowo. Wydawać by się mogło, że posiadając tak wielki bagaż doświadczeń nic już nie powinno go dziwić, tymczasem podczas niedzielnego koncertu z ogromnym zaciekawieniem przysłuchiwał się grze członków swojego zespołu. Często stawał z boku, aby posłuchać, jak tym razem rozwiną temat, co skonstruują z potencjału swoich dźwięków. Stańko często podkreśla w wywiadach, że za najważniejszy uznaje postęp, niekończące posuwanie się naprzód. Najlepszym na to dowodem jest jego muzyka, która nie podlega działaniu czasu, stale czymś zaskakuje i sprawia, że mimo upływu lat trębacz nieustannie pnie się w górę.
W tym wszystkim potrafię znaleźć tylko jedno "ale". Przejmująco intymnych dźwięków wydobywających się z trąbki Stańko wolałabym słuchać w bardziej kameralnej przestrzeni. W jego muzyce jest bowiem coś takiego, co sprawia, że każdą, nawet najkrótszą nutę chciałoby się zachować tylko dla siebie.
Karolina Gumienna
- Tomasz Stańko New York Quartet
- Sala Ziemi MTP
- 19.05