Kultura w Poznaniu

Opinie

opublikowano:

ETHNO PORT. Pozytywne wartości

W niedzielę późnym wieczorem zakończyła się ósma edycja festiwalu Ethno Port. Na pewno pozostanie po nim w pamięci parę wspaniałych koncertów artystów z Afryki, ale też basenu Morza Śródziemnego czy Wielkiej Brytanii. Oczywiście także z Polski!

. - grafika artykułu
Cumbia All Stars. Fot. Tomasz Nowak

Niedziela była jedynym dniem tegorocznego festiwalu, podczas którego nie pojawił się żaden akcent afrykański. Nie zmienia to faktu, że całość była świetna artystycznie - i międzynarodowa, wystąpili artyści z Irlandii, Hiszpanii, Peru, a również w występach polskich wykonawców były - bardziej czy mniej widoczne - echa tradycji litewskiej (oraz oczywiście krajowej) i greckiej.

One trzy, oni trzej

Po raz kolejny zresztą polscy wykonawcy, zaczynający festiwalowe zmagania jeszcze w godzinach popołudniowych, należeli bezdyskusyjnie do najwartościowszych zjawisk. W Sali Wielkiej Zamku wystąpiło najpierw trio żeńskie, potem męskie. Oba koncerty różniło jednak bardzo wiele. One skoncentrowane na swoistym minimalu, ascetyczności form, wokalnym współbrzmieniu, i z niewątpliwym dystansem do siebie, czerpały z ludowej tradycji. Oni - proponowali formę mocno osadzoną w jazzowej improwizacji, z bardzo ważną rolą warstwy instrumentalnej, sięgali do muzyki greckiej i - szerzej - całego kontekstu muzyki sefardyjskiej.

I one, i oni wypadli rewelacyjnie, a co najciekawsze, mimo wczesnej pory i niekoniecznie łatwej formuły, jaką proponują, zostali owacyjnie przyjęci przez publiczność.

Deska, mikser, jazz

One to trio Sutari, które swą nazwę wywodzi z litewskiej archaicznej formy pieśni śpiewanych w wielogłosie - sutartines. Właśnie fantastyczne współbrzmienie wokalne, przy oszczędnej choć sugestywnej warstwie instrumentalnej, tworzy tak wspaniałe wrażenie.

Artystki świetnie bawią się swoją muzyką, atrakcyjnie i niebanalnie ją aranżują, są w tym przede wszystkim ujmująco naturalne, a do tego nie do końca serio - co też jest w tym przypadku zaletą. Wrażenia dopełniało znane już sympatykom szczególne instrumentarium wykorzystywane w wybranych utworach: przelewanie wody w naczyniach kuchennych, tarka, deska do krojenia, mikser elektryczny... Kto Sutari nie widział i nie słyszał wcześniej - na pewno ich nie zapomni.

Podobnie jak Jorgosa Skoliasa i braci Olesiów. Artyści przedstawili swój rewelacyjny projekt "Sefardix", nagrodzony tytułem Folkowego Fonogramu Roku 2013. Sięgają, zgodnie z tytułem, do wielkiej tradycji muzyki sefardyjskiej, szczególnie do kultury greckiej. Skolias jako urodzony w Grecji jest nie tylko językowo predestynowany do wykonywania takiej twórczości. Również jego fenomenalne umiejętności głosowe doskonale realizują się w tej formule i takim repertuarze. Jego wybitnymi partnerami są Olesiowie. Kontrabas i perkusja, cóż to może być za akompaniament? Wybitny. Instrumenty Olesiów śpiewają, kołyszą, są niezwykle liryczne i melodyczne, a kiedy można - artyści oddają się pięknym wyrafinowanym improwizacjom. Tu, jeśli odłożymy na bok kilka konferansjerskich żartów wokalisty, całość miała nastrój wręcz uduchowiony. Fantastyczny.

Haendel, Lolek i Bolek

Dalsza część niedzieli upłynęła w rytm muzyki... tanecznej. Najlepsze wrażenie zrobił na mnie dwugodzinny koncert tria Mairtina O'Connora. Cudowne, pełne lekkości granie, żywiołowe i wybitne pod względem wykonawczym zachwyciło jednocześnie sympatyków tańców (ku radości wykonawców), jak i publiczność, która woli refleksyjnie zasłuchać się w muzykę. Obowiązkowo powinni posłuchać go zarówno wielbiciele, jak i liczni w naszym kraju wykonawcy muzyki irlandzkiej. Z uwagi na szlachetność, prostotę, energię i radość bijącą z tej muzyki - i na to, że nie miała ona absolutnie nic wspólnego z pubowym klimatem. A do tego skromność i poczucie humoru. Artyści zagrali nawet kompozycję Haendla zaaranżowaną w klimacie irlandzkim, a sam O'Connor - starszy już pan - przyznawał, że jego pierwsze doświadczenia związane z Polską to film... "Lolek and Bolek" (jak się wyraził). Kończąc koncert, przypominał zapamiętane przez siebie polskie słowa, mówiąc: "Kochamy was and Lolek and Bolek". Publiczność szalała.

Tańce z Peru i Galicji

Ostatnim koncertem na plenerowej Scenie na Trawie przed Zamkiem była peruwiańska fiesta zespołu Cumbia All Stars. Była to muzyka oczywiście mocno osadzona w rytmie, z elektryczną gitarą - o brzmieniu trochę jak z Santany, trochę jak z surf rocka - i dynamicznym śpiewaniem na głosy. Publiczności podobało się bardzo. Naturalnie, tradycyjna formuła cumbii zostaje tu sprowadzona do bardziej estradowej konwencji, ale jest niewątpliwie chwytliwa i przyjazna odbiorcom. Nawet jeśli porównania do Buena Vista Social Club, które proponowali niektórzy recenzenci, są nieco na wyrost, całość jest niewątpliwie nośna, a nad Poznaniem niosły się chóralne śpiewy Peruwiańczyków.

Tegoroczny festiwal zakończył koncert etnografów z hiszpańskiej Galicji - zespołu Radio Cos. Muzycy (wśród nich brat znanej wokalistki Mercedes Peon) ubrani w tradycyjne stroje zabrakli nas w długą, pełną barw i dynamiczną wycieczkę na krańce Europy. Członkowie Radio Cos to artyści, którzy rzeczywiście ocalają od zapomnienia własną lokalną tradycję. Piosenki porywająco śpiewane na głosy, oparte na fascynującym rytmie tamburynów, z wyrazistym wsparciem innych akustycznych instrumentów (akordeon, skrzypce) prawdziwie zachwyciła publiczność. I porwała do tańca.

Podsumowanie

Ósmy Ethno Port się zakończył. Jakie myśli zostały w nas po zaproponowanym przez organizatorów haśle przewodnim festiwalu "Wszyscy jesteśmy migrantami"? Pewnie oczywiste, ale oczywistości trzeba czasami powtarzać. Na przykład taką, że zamiast traktować muzykę upraszczająco (i z wyższością) jako egzotykę, warto pochylić się nad nią, posłuchać - choćby tylko instrumentalnego - przesłania artysty. Pójść odrobinę dalej, poza czy ponad stereotypy. A o tym, że wszyscy jesteśmy migrantami i może z tego wynikać piękna nauka, przynosząca wielkie doświadczenia, owocujące wspaniałą muzyką, przekonywały raz za razem wspaniałe koncerty.

Jakąś odpowiedzią jest postawa i sztuka Rossa Daly'ego. Urodzony w Anglii, artysta irlandzkiego pochodzenia, zjeździł cały świat, a ze szczególnym upodobaniem Bliski Wschód i Azję Centralną, od wielu lat mieszka na Krecie.

Niesie w sobie te doświadczenia, tę mądrość, tę otwartość oraz dobro i ciepło, które - poza technicznymi umiejętnościami - biją z jego muzyki. I z tych wszystkich powodów, albo dzięki tym wszystkim doświadczeniom, gra muzykę tak cudowną i olśniewającą. Mimo, że był to jedyny podczas tegorocznego festiwalu występ w ewidentnie niesprzyjających okolicznościach - w padającym, momentami ulewnie, deszczu na zamkowym dziedzińcu - pozostanie niezapomniany, ale nie z powodu kaprysów pogody. Z uwagi na wspaniały nastrój, jaki zbudował Daly i czworo jego partnerów, m.in. grająca na lirze Kelly Thoma i perkusjonista Zohar Fresco.

Tak, koncert Rossa Daly'ego był jednym z najpiękniejszych przeżyć tego festiwalu. Obok również niezapomnianego duetu harfistów: Catrin Finch i Seckou Keity. Obok, zdumiewającej głosem, transowością, niezwykłym duchem swej muzyki Noury Mint Seymali, która udowodniła wraz ze swymi kolegami, że elektryczne (zgoła rockowe) instrumentarium można w sposób absolutnie naturalny wpleść w afrykańskie granie. No i jeszcze Mairtin O'Connor - mistrz skromności i prawdziwej siły kultury irlandzkiej.

Cajun w plenerze i etno po polsku

Koncerty plenerowe, a było ich w tym roku naprawdę sporo, mają swoją specyfikę - tu trzeba grać dla publiczności szerszej niż gdzie indziej. Ważne jednak, żeby sama muzyka była nie tylko komunikatywna, ale miała w sobie też coś więcej. To "coś więcej" miał na pewno fantastyczny, jak zawsze, Bassekou Kouyate, miał Cedric Watson i jego Bijou Creole, którzy w bezpretensjonalny sposób przedstawili (chyba po raz pierwszy w Poznaniu muzykę tego nurtu) granie z kręgu cajun / zydecoo. "To coś" ma w sobie też lubelska Caci Vorba, która w sobotni wieczór również świetnie rozbawiła publiczność przez Zamkiem.

Zastanawiam się czasami, dlaczego w takich podsumowaniach o polskich wykonawcach pisuje się osobno, jakby na dokładkę, wstydliwie. Tymczasem w tej zbiorowej czterodniowej etno-migracyjnej przygodzie głosy krajowych artystów były nie tylko interesujące. Były fantastyczne, często dużo bardziej zajmujące niż występy następujących po nich gwiazd ze świata. Fenomenalnym przeżyciem był koncert zespołu Lautari, który po swojemu improwizuje na ludowe tematy zapisane przez Kolberga. Fenomenalny był koncert Kapeli Maliszów, nie z uwagi na wiek wykonawców (dzieci lidera mają 12 i 16 lat), ale za sprawą tego jak fascynującą i dojrzałą muzykę proponują. A niespełna szesnastoletni skrzypek Kacper Malisz był niewątpliwie jedną z najniezwyklejszych muzycznych osobowości, najciekawszych instrumentalistów festiwalu. O moich zachwytach muzyką Sutari i Sefardix Trio pisałem powyżej.

Słuchacze

I jeszcze jedno. Jak lubią mawiać organizatorzy, nie byłoby festiwalu bez publiczności. To oczywiście kolejny banał, ale słuchacze, którzy pojawiają się na koncertach ethnoportowych, to jest naprawdę publiczność niesamowita.

Rzadko spotykam się z taką życzliwością, otwartością, gotowością do słuchania - nawet muzycznych eksperymentów. Nie wiem, czy to skutek myślenia o "migrantach", na pewno efekt dotychczasowej historii festiwalu - i przyzwyczajania się przez słuchaczy, "uczenia" tej muzyki. Faktem jest, że niełatwe przecież występy Lautari, Sutari czy Sefardix Trio - by pozostać przy tych trzech przykładach - przyjmowane były euforycznie. Ku zachwytowi, a chyba nawet zaskoczeniu samych wykonawców. I nawet jeśli konsekwencją takiej postawy jest to, że niektórych innych artystów przyjmowano może nawet zbyt gorąco, niż na to zasługiwali - nie szkodzi. W końcu folk to muzyka, która integruje, która niesie pozytywne wartości!

Tomasz Janas

  • Ethno Port Festival
  • 11-14.06