Kultura Poznań.pl

Opinie

opublikowano:

ANIMATOR. Polska szkoła animacji

Ostatni rok był wyjątkowo dobry dla naszego rodzimego filmu animowanego. Tak się fortunnie złożyło, że grono artystek i artystów dobrze znanych miłośnikom animacji ukończyło swoje najnowsze projekty i publiczność festiwalu Animator może je teraz obejrzeć.

.
"Idol" Marka Serafińskiego i Grzegorza Koncewicza

Zmarły dwa lata temu Marek Serafiński jest w Poznaniu obecny duchem - zarówno jako autor, jak i bohater. Kilka lat temu złożył w PISF-ie projekt filmu "Idol", lecz przed śmiercią nie udało mu się go ukończyć. To zadanie przypadło Grzegorzowi Koncewiczowi. Reżyser współpracował z Serafińskim choćby przy okazji filmu "Indywiduum", w którym zagrał główną rolę. - Na materiał, który otrzymałem po śmierci Marka składały się różne niedokończone etapy. Moją rolą było zaprojektowanie brakujących scen, dokończenie brakujących części i złożenie wszystkiego w całość w formie compositingu - wyjaśnia.

"Idol", nad którego ukończeniem Koncewicz pracował przez rok, reprezentuje styl charakterystyczny dla Serafińskiego, oparty na połączeniu przetworzonych fotografii i rysunku. Główny bohater bez wyraźnego powodu staje się nagle tytułowym idolem - a przynajmniej na taką postać jest forsowany przez media. Po krótkim zakłopotaniu mężczyzna akceptuje tę rolę, choć bycie idolem okazuje się dość niepewną "posadą".

W filmie zagrał stały "aktor" Serafińskiego Wojciech Wojtkowski. Oprócz niego reszta osób stanowi anonimowy, jednolicie ciemny tłum. - Czarne postaci są moim pomysłem. Wynikało to z kosztów, a jednocześnie dało dodatkowy efekt. Uproszczenie jest korzystne dla tej historii. Ta synteza pozwala wydobyć nowe treści - mówi.

Jak streścić rok z życia?

Serafiński jest też bohaterem "Roku" Małgorzaty Bosek, w którym jako Palacz przekazuje Zbieraczce puste paczki papierosów. Na ich powierzchni artystka umieszcza drobne obiekty: bilety komunikacji miejskiej, etykiety, skrawki opakowań. - Od zawsze zbierałam różne śmietki i je przetwarzałam. Chciałam umieścić je w filmie - przyznaje Bosek, która posługuje się tą metodą pracy od wielu lat. Większość jej prac ma charakter autobiograficzny. "Rok" pod wieloma względami jest jakby jej najpełniejszym i najbardziej przejmującym filmem. Składa się z kolaży powstających na paczkach, a ich zbiór buduje opowieść o codzienności kilku lat z życia Bosek i Serafińskiego. Zwykle artysta wypalał dziennie paczkę papierosów, co narzuciło prosty i oczywisty rytm filmu. Obiekty trafiające na powierzchnię opakowań pojawiały się na zasadzie przypadku i odruchu. - Ten dziennik tworzyłam początkowo jako pracę plastyczną, a nie jako film, do ewentualnego pokazania na wystawie, bez ujawniania rewersów, które traktowałam jak prywatne notatki. Pierwotny zamysł filmu był też bardziej radykalny, czysto abstrakcyjny, a wiec pewnie nieoglądalny - wyjaśnia.

Gdy jej sytuacja osobista dramatycznie się zmieniła, miała duży problem, jak zakończyć film. - Czy tak jak był zaplanowany, jakby się nic nie stało? Pokazać dwuosobowe uzależnienie, zakończone sugestią, że to się ciągnie w nieskończoność? Czy jednak zadziałać w filmie zgodnie z życiem? - zastanawia się Bosek.

Obserwacje zbiorowości

Na Animatorze zobaczymy również "Ostatnią wieczerzę" Piotra Dumały. W animacji został wykorzystany słynny obraz Leonarda da Vinci, który wydał się artyście bardzo filmową sceną. - Od kilku lat próbuję przepracować w filmach pewną koncepcję. Wykorzystuję w nich kompozycję poziomą i zbiorowego bohatera, a ludzie są widziani od pasa w górę. Pierwszym takim filmem była "Walka, miłość i praca", a później "Hipopotamy". W pierwszym ludzie stoją do pasa w zbożu, w drugim w wodzie, a w trzecim siedzą za stołem - mówi Dumała.

Charakterystyczne dla filmów artysty są niezwykle silne emocje, w których pogrąża się widz i długo po seansie zostają z nim jeszcze, aby go niepokoić i nurtować. "Ostatnia wieczerza" jest też kłopotliwa, bo nie da się jej podsumować zręcznym streszczeniem. - Dobre kino powinno posiadać kilka poziomów, jak francuskie ciasto, nawet jeśli nie jest to film głębinowy, chodzi po prostu o wielowarstwowość struktury i znaczeń. Treść i emocje zawarte w tych warstwach są dla widza do odczytania i przeżywania niekoniecznie od pierwszej chwili. Staram się tak pracować - wyjaśnia reżyser.

Dumała po wielu latach pracy w medium animacji, zdecydował się też realizować filmy żywej akcji - tak powstał kameralny "Las" i niezapomniane "Ederly". - Filmy animowane są bardzo długo realizowane. Może z tego powodu są tak nasycone? Jeżeli przez dwa lata siedzi się nad dziesięciominutowym filmem, to się wkłada w niego ogromną dawkę energii. Sądzę, że potem to promieniuje z niego. Ta kondensacja, jaką ma animacja jest inna, niż w przypadku filmu aktorskiego. Film zostaje z nami na lata, bo jest niesamowicie naładowany - dodaje artysta.

Miłość w plastelinie

"Portret Susanne" to najnowszy film spośród transnarodowych przedsięwzięć Izabeli Plucińskiej. Po ukończeniu łódzkiej filmówki artystka studiowała w Babelsbergu, w słynnej niemieckiej szkole filmowej "Konrad Wolf". Po sukcesie "Jam Session" na festiwalu Berlinale założyła w Berlinie Clay Traces. - Parę osób, z którymi współpracowałam, w tym producentka i montażysta, chciało kontynuować pracę. Dosyć łatwo było wtedy wspólnie założyć firmę produkcyjną. I tak się szybko potoczyło. W Niemczech jest system punktowy. Za pokazy na festiwalach dostaje się punkty, za które po roku można dostać fundusze na kolejny film - wyjaśnia.

Krótko- i średniometrażowe filmy plastelinowe Plucińskiej charakteryzuje to, że są często adaptacjami dramatów i powieści. "Portret Susanne", ekranizacja książki Rolanda Topora, dotyczy obsesji otyłego mężczyzny na punkcie dawnej miłości. Bohater rekompensuje sobie pustkę uczuć kompulsywną konsumpcją. Specyficzna erotyka przywodzi na myśl poprzedni film artystki, "Seks dla opornych".

Z materiału literackiego Plucińska wydobywa to, co najbardziej ją interesuje i otwiera wyobraźnię. - Jeżeli jest impuls - silny moment, w tekście czy słowie, gdy coś porazi i zachwyci, to wtedy ma sens się za to brać. Przy Toporze było o tyle trudniej, że tych momentów było bardzo dużo. Za każdym razem z przerażeniem otwierałam książkę - i już inaczej chciałam zrobić ten film, wykorzystując inny fragment - mówi.

Po sukcesie "Portretu Susanne" Plucińska planuje również w przyszłości sięgnąć do prozy francuskiego pisarza. - U Topora wszystko jest bardzo mięsiste, przez co plastelina się do niego fantastycznie nadaje - dodaje.

Narkotykowa podróż

Tomek Popakul w "Acid Rain" opowiada o toksycznej miłości między młodą, naiwną dziewczyną a dilerem narkotyków, mijającej w atmosferze wiecznych wakacji. Za główną, acz dość luźną inspirację posłużyła mu historia Amerykanki Krystle A. Cole. Popakul zachwycił się jej kanałem Neurosoup na Youtube, na którym "dziewczyna o wyglądzie kujonki w sekciarskim transie, na tle fraktali, daje encyklopedyczne wykłady na temat różnych substancji".

W "Acid Rain" artysta przeniósł akcję do naszego kraju i pogranicza dzielonego z niemieckimi sąsiadami. Wydarzenia rozgrywają się na przełomie szalonych dekad lat 80. i 90. - Coraz więcej osób dostrzega ten okres i eksploruje jego krajobrazy, kolory. To polska melancholia postkomunistyczna, złożona z krzaków, zakładów wulkanizacji na obrzeżach miast. Na gruzach tego wszystkiego ludzie próbowali się bawić. Wszystko było robione bieda-środkami, ale marzenia sięgały bardzo daleko - do innej, bardziej kolorowej rzeczywistości - mówi Popakul.

Bohaterowie prowadzą dość szalone i imprezowe życie, które staje się dla nich ucieczką od brzydkiej rzeczywistości, złożonej z postsowieckich krajobrazów. - Jeśli spędzę ileś tam lat nad filmem o tym, że życie jest ciężkie, to dobrym ruchem byłoby potem spędzenie kolejnych kilku lat na produkcji filmu o czymś, co się lubi. Myślałem nad tym i doszedłem do wniosku, że lubię imprezy z muzyką elektroniczną - żartobliwie wyjaśnia artysta.

Marek S. Bochniarz

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019