Kultura Poznań.pl

Historia

opublikowano:

Tusia

"Byłam zwariowaną amatorką" - mówiła o sobie. Tak, taka też była, lecz esencję jej osobowości wyciągnął bardziej pewien recenzent w 1958 roku: "skromna wykwintną skromnością wielkiej artystki, która ma zawsze w sobie słoneczny uśmiech i niczym nie zawoalowaną pogodę". Fortunata Obrąpalska (1909-2004) - urocza, mała dziewczynka, która zdominowała męskie środowisko powojennych poznańskich fotografów.

.
Tusia i Zimek we Włodzimierzu na Wołyniu, 1934 Fot. F. Obrąpalska. Z arch. KMP 1999/03 i repr. z albumu "Fortunata Obrąpalska (1909-2004)", wyd. Galeria Miejska Arsenał, Poznań, 1999

Określenie "wielki artysta" jest nieodmiennie dyskusyjne. O niej lepiej powiedzieć "wyjątkowy człowiek" - jak Maria Augustyniak, córka fotografa Mariana Stamma, którego rodzina należała w Poznaniu do najbliższych przyjaciół małżeństwa fotograficznego Obrąpalskich. - Tusia opowiadała, że zawsze marzyła, by udowodnić mężczyznom, że kobiety potrafią fotografować - przypomina sobie Michał Augustyniak, mąż Marii.

Na jej temat uparcie powiela się kilka błędnych opinii. Że fotografią zainteresowała się pod wpływem męża i że zaczęła fotografować w 1930 roku (co zresztą nie zgadzałoby się datami, bo poznała go rok później). Albo że jej prace abstrakcyjne powstały z powodu chwilowej fascynacji międzywojenną awangardą. Ona sama często myliła tropy.

Wołynianka

Obrąpalska. Nazwisko, przez swe grubo ciosane brzmienie, ją zakłamuje. Na dodatek to twarde imię: Fortunata. "Ojciec bardzo się ucieszył, gdy się urodziłam, a że jakiś krewny miał na imię Fortunat i był człowiekiem zamożnym, chciał, żebym i ja miała to imię i ten dobrobyt w życiu" - mówiła w 1999 roku. Imienia nie lubiła, póki po wojnie zakonnice z San Remo nie uświadomiły jej, że Fortunata to dająca, a nie otrzymująca szczęście ("Wtedy się z nim pogodziłam"). Po włosku fortunata tłumaczy się jednak również jako "szczęśliwa", a to doskonale opisuje najważniejszy rys jej osobowości.

"Ja jestem Wołynianką" - opowiada z dziecięcym entuzjazmem w sfilmowanym wywiadzie, dostępnym w zbiorach Biblioteki Raczyńskich. Urodziła się w 1909 roku jako szóste, ostatnie dziecko Leonarda i Albiny Szurowskich, w dziś już ukraińskim Włodzimierzu. Była jedyną córką. Ukochaną przez tatę, ale i wyćwiczoną w starciach z pięcioma braćmi. To pewnie wtedy nauczyła się ustawiać męskie towarzystwo nieustającą gotowością do pomocy i niesłychanym taktem, połączonym z wdziękiem małej dziewczynki. Na zadane w 1999 roku pytanie, czy mąż zajmował się fotografią wcześniej niż ona, odpowiada, uśmiechając się niewinnie: "Ja pierwsze zdjęcie zrobiłam, gdy miałam dziesięć lat". Mąż już nie żył, a ona nie chciała wprost zaprzeczyć.

Pierwszy aparat dali jej do ręki bracia. Włodzimierskie ulice wabiły barwnymi kontrastami, obok zabudowy murowanej drewniane chałupy, mieszało się życie społeczności polskiej, rosyjskiej, żydowskiej i ukraińskiej. Nic się z jej wczesnych prób nie zachowało, lecz przecież musiała robić tam zdjęcia.

Tusia miała talent nie tylko fotograficzny, choć właśnie ten doceniła rodzina. W 1930 roku, gdy najmłodsza Szurowska zdała egzamin dojrzałości, dostała pierwszy własny aparat. Była to leica - lekkie i łatwe w obsłudze narzędzie do zdjęć momentalnych. "Zwariowanej amatorce" dawała szerokie pole do popisu i może o to chodziło - by ją zatrzymać we Włodzimierzu. Została. To znaczy została urzędniczką w miejscowym Banku Polskim. Lecz talent Tusi w banku się nie zmieścił. Miał rozmiary artystyczne - Tusia rysowała, malowała... Pojechała do Warszawy na egzaminy do Akademii Sztuk Pięknych i je zdała. Ale czy na pewno w odpowiednim miejscu? W nielicznych opracowaniach i tekstach o Fortunacie powtarza się informację, że zrezygnowała z ASP z powodu problemów finansowych. Bardziej prawdopodobne wydaje się, że kłopotów takich spodziewała się w przyszłości - gdy skończy ASP z dyplomem artystki. Po prostu chciała być w życiu samodzielna.

"Mój wuj był wykładowcą chemii organicznej na Uniwersytecie Wileńskim. On namówił mnie, żebym studiowała chemię". U schyłku życia tylko tyle mówiła o tamtych decyzjach. W 1931 roku rzeczywiście podjęła w Wilnie studia na chemii. Na czwartym roku dodała do niej drugi kierunek: botanikę. Przedtem, zaraz na pierwszym, poznała Zygmunta Obrąpalskiego, dla przyjaciół - Zimka.

Tusia i Zimek

- Pobrali się, ponieważ robili wspólny zielnik i pojawił się problem, kto ma go zatrzymać. Nikt nie chciał ustąpić - wspomina żartobliwe opowieści Obrąpalskich Maria Augustyniak. - Zygmunt - dodaje - był jedynakiem. Wylelanym, jak sam mawiał.

O, tak. Przed wybuchem wojny rodzicom Zimka świetnie się powodziło, podobno mieli przynajmniej dwa majątki: Oblatowo i Młyny. Ojciec, też Zygmunt, był dyrektorem fabryki leków w Wilnie, mieszkanie wileńskie służyło więc za główne, dwór w Oblatowie - za letnie, z bogatym życiem towarzyskim. Z racji interesów z Rosjanami istniało też mieszkanie w Moskwie, w którym bywano regularnie. W Poznaniu na słynnej Pewuce w 1929 roku kupili sobie auto, studebakera; później przez dwa tygodnie objeżdżali nim wszystkie włości. Syna hołubili. - Zimek mówił, że jak był w Monako, to rodzice musieli przyjechać, żeby go wykupić, tak się dobrze bawił - przypomina pan Michał.

Ślub wzięli w Trokach w 1935 roku. Stanowili piękną parę, ona - rezolutna, delikatna, z mocno wciętą talią, on - nieco wyższy, szczupły, z trochę końską twarzą, za to pewnością zawartą w całej sylwetce. Zaczęli bywać. Lubili towarzyskie spotkania, gry w brydża, anegdoty, oryginałów i łono natury. Do Tusi w Oblatowie przychodziła wydra, Zimek miał cennych kolegów, jak Michał Nowicki, członek elitarnego Fotoklubu Polskiego. Pewnie tą drogą Tusia dotarła do Jana Bułhaka, prezesa Fotoklubu. "Kiedy już wyszłam z pierwszego okresu zainteresowania fotografią, gdy zdarzyło się zupełnie nieświadomie, że użyłam filtru, bo spojrzałam na niebo przez zieloną butelkę, nawiązałam ścisłą znajomość z profesorem Bułhakiem". W latach 1935-1939 powstały ujęcia reporterskie, pejzaże, portrety, pierwsze izohelie i inne eksperymenty techniczne. Tuż przed wybuchem wojny ukończyła studia, a fotografia z hobby przekształciła się w pasję artystyczną, którą zrealizowała w pełni po 1945 roku w Poznaniu. Ale o tym następnym razem.

Monika Piotrowska

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku, zmień ustawienia swojej przeglądarki.