Kultura Poznań.pl

Historia

opublikowano:

Pustka po malarzu. W 15 rocznicę śmierci Jerzego Piotrowicza

Znakomitego poznańskiego malarza wspomina Ryszard Książek.

.
Ryszard Książek, fot. M. Ciesielski

Obrazy Piotrowicza wypełniają całe mieszkanie Ryszarda Książka, zwłaszcza jego pokój. Żyje wśród infantek, Dulcynei i Don Kichotów, marionetek, Żydów, cyprysów van Gogha i postaci śmierci, którymi Piotrowicz zapełniał swoje płótna. Wiszą na ścianach, stoją na starych meblach, wśród rockowych płyt, książek i pamiątek...

Który obraz dostałeś od niego jako pierwszy?

Kogo ci przypominam z 1989 roku, przedstawiający małpę, koguta, osła i mędrców. Trochę przez przypadek - Ryszard Krynicki akurat przyszedł do Piotrowicza, by wybrać coś na ilustracje do książki, którą wydawał. Piotrowicz trzymał rysunki i grafiki w kartonach i Krynicki zauważył, że o nie nie dba. Wtedy Jerzy, chyba mu na złość, ostentacyjnie podarował mi ten obraz. Taki już był. A najwięcej prac dostałem w moje imieniny, 3 kwietnia, na początku lat 90. Obrazy Jerzego wróciły z wystawy w Izraelu, odebrałem je z biura spedycyjnego i zawiozłem do siebie. Nazajutrz chciałem mu je odwieźć, a on rzuca, że są już moje. Wszystkie. "No co, k..., nie cieszysz się?" To było coś, bo do swoich obrazów podchodził bardzo emocjonalnie i zawsze niechętnie się ich pozbywał.

Jak się poznaliście?

W 1981 roku zacząłem pracować w galerii BWA, dzisiejszym Arsenale. Któregoś dnia rano przed pracą siedzimy z Józiem Bockiem, szefem działu wystaw, w kawiarni przy galerii. Kawa, spokój, cisza, pan Józio spożywa papierosika, gdy nagle do środka wpada rozemocjonowana postać w czarnym golfie, przeklinająca na czym świat stoi - Piotrowicz. Świeżo co oglądałem jego obrazy - galeria właśnie przygotowywała mu wystawę - i byłem pod ich dużym wrażeniem. W pewnej chwili Jurek spojrzał na mnie i mówi: "No i co tak patrzysz, mały?". I tak się zaczęło. Za coś chyba mnie polubił, bo wkrótce zabrał mnie do siebie do pracowni po kolejne obrazy na ekspozycję. Potem pyta, czy bym mu nie poodbijał trochę grafik. Miał starą prasę graficzną, na której, by ją uruchomić, trzeba było stawać. Nabawił się przez nią przepukliny i potrzebował pomocnika, i tak zacząłem z nim odbijać grafiki. Kiedy przyszedł stan wojenny, Jurek zaczął się obawiać, że przez tę prasę może się nim zainteresować SB. Wpadł do mnie do galerii i mówi: "Rychu, daj mi swój adres na wypadek, gdybym musiał się ukrywać". Mądry Józio Bock, jak to usłyszał, powiedział: "No, teraz wy już jesteście ze sobą związani na dobre i złe". Miał rację.

O Piotrowiczu krążą opowieści jako o malarzu z krwi i kości, a zarazem człowieku trudnym, niedostępnym, bezkompromisowym.

Był wybuchowy, czasem obsesyjnie złośliwy, zwłaszcza gdy ktoś nadepnął mu na odcisk. Nie lubił konformizmu, dorobkiewiczostwa, wygarniał to wprost ludziom, potrafił wyzwać ich od najgorszych, więc się na niego obrażali. Często to była także obrona przez atak, był w końcu nadwrażliwcem. Ale ja widziałem go też z innej perspektywy. Jurek miał wielką potrzebę bycia wśród ludzi i swoich znajomych, także tych, z którymi się ścierał, traktował paradoksalnie jak swoją rodzinę. Miał znajomych z różnych środowisk, od artystów, przez lekarzy, po muzealników, i właściwie codziennie do nich wychodził. Rano wstawał i rysował, robił grafiki, przygotowywał do odbicia matryce, po czym jechał do miasta. W południe można go było spotkać na Starym Rynku albo na ulicach w centrum, chodził, czekając, czy napotka kogoś znajomego, albo robił obchód, szedł do Arsenału, do Muzeum Narodowego, czasem zaglądał do Teatru Ósmego Dnia, a na koniec wpadał do ASP, by wytknąć artystom, że miasto jest szare, bure i że powinni wyjść na zewnątrz i Poznań ubarwić. Potem wracał do siebie i malował aż do wieczora, kiedy znów wychodził na miasto - do knajp. Dużo pił, a kiedy się upił, robił awantury. Gorzej, że potem nie mógł malować, nie potrafił niczego stworzyć, dopóki tego alkoholu nie odchorował. Gryzł się tym, bo miał poczucie, że traci czas. Zamykał się w pracowni, lizał rany i rzucał się w wir pracy - nic go wtedy nie było w stanie od niej oderwać. A potem jakaś cholera znów gnała go, by się napił.

Widziałeś, jak malował?

To była dla niego czynność intymna. Dlatego dopiero po wielu latach zobaczyłem, jak pracuje - dosłownie nagle zaczął skakać, tańczyć przed płótnem, ekspresyjnie uderzać w nie pędzlem, tak że obraz cały drgał i rezonował na sztaludze. On też się wtedy zmieniał, tworzenie dawało mu wielką radość. To wszystko widać w jego obrazach, poetyckich, ale bardzo ekspresyjnych, kolorowych - Jurek twierdził zresztą, że obraz powstaje na palecie. Pracował jednocześnie nad kilkoma obrazami, ale te, które chwilowo zdejmował ze sztalugi, ustawiał zawsze plecami do siebie, żeby ich nie widzieć. A czasem, kiedy chciał odpocząć od swoich tematów, malował po prostu jakąś martwą naturę. Dla przyjemności.

Piotrowicz odwoływał się do wielkiego dziedzictwa kultury - czerpał inspirację i tematy z Biblii, z wielkiej literatury, jak Don Kichot, z mistrzów malarstwa hiszpańskiego, włoskiego, holenderskiego... Dystansował się od współczesnego świata?

Nie mieścił się w nim. To prawda, malował, inspirując się starymi mistrzami, jak Rembrandt, Tintoretto, Goya, Velázquez, van Gogh czy inni. Gdy jedną nogą tkwił we współczesności, drugą stąpał gdzieś w ich czasach i miejscach. Mówił, że najlepiej by się czuł, tworząc w XVII wieku - był bardzo sceptyczny wobec współczesnych nurtów w sztuce, takich jak instalacja czy performance. Uważał, że nic z nich nie przetrwa, a on chciał, by sztuka trwała, chciał, by został po nim ślad.

Była jesień 1999 roku, przygotowywał swoją dużą, monograficzną wystawę w Arsenale, gdy nagle zmarł. Kogo straciłeś?

Człowieka, który w dużym stopniu wypełniał moje życie, był jego bardzo ważną częścią. Myślę, że Piotrowicz pozostawił pustkę po sobie także w obszarze miasta. To pustka po człowieku, który Poznań niespecjalnie lubił, ale był dla niego ważną postacią, dodawał mu koloru i prowokował mieszkających tu ludzi do tego, żeby wychodzili ze swojej skorupy. W ciągu tych piętnastu lat urządziłem Jurkowi różne wystawy we wszystkich chyba zaprzyjaźnionych z nim poznańskich galeriach. Ale porządnej, całościowej monograficznej wystawy, która pozwoliłaby mu wyjść poza Poznań - co mu się należy - nie udało się zrobić. Przymierzał się do niej kiedyś Włodek Nowaczyk z Muzeum Narodowego, wielką ochotę miałby na nią być może dyrektor Wojciech Suchocki, ale z jakichś powodów nic się nie dzieje.

Poznań jest coś winny Piotrowiczowi?

Nie wiem. Niech każdy sobie sam odpowie. Ale mógłby o nim pamiętać.

Rozmawiał Andrzej Niziołek

Ryszard Książek - prezes Towarzystwa Jerzego Piotrowicza, przyjaciel i pomocnik artysty

Jerzy Piotrowicz - ur. w 1943 r., zmarł 30 października 1999 roku w Poznaniu. W latach 60. XX wieku studiował na PWSSP w Poznaniu, swoje pracownie miał na Wildzie i Ratajach. Autor m.in. cykli Anioły wildeckie, najbardziej znany jednak z tworzonych od początku lat 80. serii obrazów inspirowanych malarstwem minionych wieków, Biblią oraz kulturą europejską: Sen Jakubowy, Commedia dell'arte, Kuszenie, Pracownie wielkich mistrzów, Uczty, Hiob, Infantki, Błazenady, aż po ostatnie Bestie.