Kultura Poznań.pl

Historia

opublikowano:

Kryzysowe święta

Spekulacja bakaliami, kubańskie pomarańcze, karpie z NRD, szynka na kartki i kolejki po chleb. Witamy w grudniu 1987.

.
Świąteczne dekoracje w witrynach sklepu spożywczego PSS Społem nr 5 przy pl. Wolności, 1984 r., fot. Z. Ceglarek, ze zb. PSS Społem/CYRYL

W drugiej połowie lat 80. rychłego upadku komunizmu w Polsce nie zakładali nawet najwięksi optymiści. Gigantyczny kryzys trawiący od lat PRL zdawał się stanem permanentnym, zapowiedzi zaś "II etapu reformy gospodarczej", którymi szafowała prasa, wzbudzały wśród Polaków jedynie beznamiętną obojętność. Bywały jednak takie tygodnie, kiedy pozornie uśpione nastroje społeczne zaczynały ulegać gwałtownym fluktuacjom. Ich źródłem mogła być kolejna rocznica Sierpnia 1980, wizyta papieża w ojczyźnie, podwyżka cen czy też kwestia... zaopatrzenia sklepów w przededniu Bożego Narodzenia. Co roku w grudniu socjalistyczna gospodarka powszechnych niedoborów, mająca kłopot z zaspokajaniem nawet najzupełniej prozaicznych społecznych potrzeb, stawała przed prawdziwym logistycznym wyzwaniem. Aprowizacja i dostępność najbardziej poszukiwanych świątecznych dóbr stawały się tym samym sprawą wagi państwowej. Nie inaczej było w Poznaniu, gdzie "uspołeczniony handel" reprezentowało w latach 80. około 1750 placówek, co przy liczbie ponad 4 tys. sklepów w roku 1937 już na wstępie musi budzić pewną konsternację.

Pierwszy śnieg

W 1987 roku pierwszy śnieg spadł w Poznaniu 24 listopada. Szybko przeistoczył się jednak w mało widowiskowe jesienne błoto, które przez cały następny miesiąc towarzyszyło przygotowującym się do Gwiazdki poznaniakom. W opinii zarówno partyjnych władz, jak i prasy szczegółowo relacjonującej stan zaopatrzenia sklepów warunkiem pozytywnej oceny przedświątecznego handlu winien być dostatek trzech artykułów "pierwszej potrzeby": pieczywa [!], karpi i choinek. Co znamienne, w podobnych zestawieniach skwapliwie pomijano wyjątkowo problematyczne mięso i jego przetwory, które wciąż były objęte ścisłą reglamentacją. "Świński problem" był zresztą na tyle poważny, że Wydział Handlu Urzędu Wojewódzkiego zdecydował, aby w "grudniu sprzedawać na każdą kartkę tylko po 300 gramów wędlin szynkowych", do których nabycia upoważniały odtąd odcinki z napisem "300 g mięso". Chcąc zrekompensować klientom ową niedogodność, w zaciszu urzędniczych gabinetów opracowano strategię "promocyjną" mającą usprawnić handel drobiem. Za jej sprawą przez cały grudzień można było kupować kurczaki, posługując się kartkami z nadrukiem... "wołowina i cielęcina z kością". Jedynym ratunkiem dla poznaniaków, dla których nie wystarczyło kartkowych wędlin, była rodzina na wsi bądź kiosk z szyldem Rolniczego Kombinatu Spółdzielczego Wilczyna na pl. Wielkopolskim, pod którym kolejki ustawiały się już od godziny 6 rano, a bójki wśród rozemocjonowanej klienteli były zjawiskiem zupełnie naturalnym.

Karp jest, mąki brak

Z karpiami w 1987 roku było na szczęście nieco lepiej. Bo choć z planowanej liczby 1900 ton Centrala Rybna w Poznaniu dostarczyła na wielkopolskie stoły o połowę mniej, to i tak (m.in. za sprawą importu z NRD) na rynku znalazło się o 147 ton ryb więcej niż w roku ubiegłym. Nie zmienia to faktu, że w sklepach brakowało całej gamy absolutnie kluczowych produktów niezbędnych w czasie przedświątecznych przygotowań, począwszy od mąki i cukru, poprzez twaróg, olej, masło i drożdże, na miodzie, maku i bakaliach skończywszy. Popyt na te ostatnie był tak wielki, że doprowadził wkrótce do wybuchu szeroko relacjonowanej przez prasę afery spekulacyjnej z suszonymi śliwkami w roli głównej. Tuż przed świętami trafiły one wprawdzie do sklepów (wprost z Jugosławii), gdzie były sprzedawane po 1,3 tys. zł za kg. Towar szybko się jednak skończył, po czym pojawił się na tzw. zielonych rynkach, tyle że po około 4 tys. zł. Pech chciał, że ani PIH, ani biegli rzeczoznawcy nie byli w stanie dostrzec różnic pomiędzy śliwkami jugosłowiańskimi i krajowymi. Głód owoców, zwłaszcza południowych, był skądinąd w Poznaniu powszechny. Prasa regularnie pisała w tych dniach o statkach, które lada dzień miały wpłynąć do polskich portów z kubańskimi pomarańczami i grejpfrutami na pokładzie. W tej sytuacji artykuł z 21 grudnia 1987 roku, w którym "Głos Wielkopolski" informował o zuchwałej kradzieży 600 kg bananów z ciężarówki zaparkowanej w Baranowie, z całą pewnością mógł działać na wyobraźnię.

"Amatorzy pieczywa"

Szczyt przedświątecznego szaleństwa przypadał tradycyjnie na tzw. złotą niedzielę, ostatnią poprzedzającą Boże Narodzenie, w czasie której swoje podwoje otwierały wszystkie placówki handlowe. Do Poznania, uchodzącego za dobrze zaopatrzony, tłumnie przyjeżdżali wówczas kupujący z landu oraz z sąsiednich miast wojewódzkich, przez co w sklepach i wokół nich było "aż ciemno od ludzi". W Okrąglaku kolejki stały nawet do windy, natomiast zdesperowani organizatorzy giełdy rzeczy używanych, którą zorganizowano na terenie Międzynarodowych Targów Poznańskich, wprowadzili obowiązkowe bilety wstępu dla wszystkich "zwiedzających". Tuż obok, w hali 14 MTP, od 10 grudnia działał świąteczny kiermasz, gdzie swoje wyroby sprzedawali przede wszystkim lokalni rzemieślnicy. Tłok, który tutaj panował, musiał mocno zirytować dziennikarza "Głosu", stawiającego tyleż jednoznaczne, co skrajnie niesprawiedliwe pytanie: "Może właśnie dlatego jest w Polsce tak mało towarów, że tak wielu, zamiast je produkować, ustawia się w kolejkach?". W niczym nie zmienia to faktu, że najtrudniejszy kolejkowy egzamin czekał poznaniaków w samą Wigilię, która w 1987 roku przypadła w czwartek. Perspektywa trzech wolnych dni mocno skomplikowała bowiem zaopatrzenie miasta w świeże pieczywo. Kwestia jego dostępności narastała zresztą w Poznaniu już od dłuższego czasu, co prowadziło niekiedy do sytuacji takich jak ta na kilkunastotysięcznym Boninie, gdzie codziennie dostarczano jedynie 60 bochenków chleba. Nic zatem dziwnego, że kolejka, która 24 grudnia ustawiła się do sklepu firmowego piekarni przy Obodrzyckiej, mogła sobie liczyć nawet kilkanaście tysięcy [!] amatorów pieczywa.

Gwiazdor czy benzyna?

Pozbawione śniegu święta poznaniacy spędzali głównie za stołem i przed telewizorem (w TV były m.in. Szczęki i animowane Przygody Asterixa). Jedynie nieco bardziej majętni mogli sobie pozwolić na wynajęcie w Studenckiej Spółdzielni "Akademik" gwiazdora, który za odpowiednią opłatą (1900 zł) odwiedzał i obdarowywał najmłodszych z trudem zdobytymi przez rodziców prezentami. Potencjalnych wyjazdowiczów odstraszały odwołane pociągi, tłok na dworcach czy też granicząca z cudem szansa na kupno benzyny. Wyjątkowo zaradni czekali z pewnością na sylwestra. Najbardziej prestiżowo było w Adrii - wszystkie 500 zaproszeń (5800 zł od osoby) rozeszło się tam w ciągu zaledwie 1,5 godziny.

Piotr Grzelczak

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku, zmień ustawienia swojej przeglądarki.