Hannes Holm, ekranizując książkę Frederika Backmana pod tym samym tytułem, stworzył jeden z najważniejszych obrazów przemian, jakie dotknęły mieszkańców Szwecji w ciągu ostatnich 40 lat. Komedia obyczajowa w formie, z każdą sceną, zawierającą szczyptę czarnego humoru, stawia przed widzem pytanie, tak bardzo aktualne dziś: Jaka będzie Szwecja? Co dalej, Europo?
Na osiedlu domków jednorodzinnych, gdzieś w Szwecji, żyje 59-letni wdowiec, Ove (Rolf Lassgard), na pierwszy rzut oka klasyczny tetryk, narzekający na cały świat. Aktora najlepiej zapamiętałem jako komisarza Wallandera, dekadę temu. Teraz stworzył postać, wręcz ikonę Szweda, którego dotychczasowy bezpieczny świat zostaje zagrożony. Normy, według jakich żył, są podważane, a on sam osaczony przez biurokrację. Gdzie te czasy, gdy najlepszym sportem sąsiedzkim była rywalizacja na modele marek samochodów, oczywiście wtedy jeszcze szwedzkich. A jest na co popatrzeć, jeśli ktoś lubi fury vintage. Zdegustowany współczesnym światem Ove postanawia popełnić samobójstwo, by dołączyć do żony, Sonji (Ida Engvoll). Oczywiście nie udaje mu się to za pierwszym razem, bo to w końcu czarna komedia.
Fabuła filmu rozgrywa się na dwóch poziomach, współcześnie i w retrospektywach. Tak oto poznajemy prawdziwy raj utracony szwedzkiego obywatela, z sąsiadami przestrzegającymi regulaminów wspólnie uchwalanych przez wspólnotę mieszkańców. Z pracą, choć fizyczną, ale za którą otrzymuje się stosowne wynagrodzenie. Państwo opiekuńcze na naszych oczach wpadło w zadyszkę, ale w filmie Holma iskierkę nadziei niesie Parvaneh (Bahar Pars), emigrantka z Iranu, która przynosi Ovemu perskie ciasteczka na przeprosiny za staranowanie skrzynki pocztowej w alejce osiedla przez męża niezdarę, choć Szweda.
Przemysław Toboła
- "Mężczyzna imieniem Ove" ("En man som heter Ove")
- scen i reż. Hannes Holm
- premiera 14 lipca