Kultura w Poznaniu

Varia

opublikowano:

Nieustający pociąg do sztuki

W cieniu wielkiej rzeźby Światowida, wykonanej z jednego pnia, Remigiusz Korcz, poznański artysta wielu sztuk, opowiadał Grażynie Wrońskiej o dawnej sztuce.

Straszy uśmiehnięty mężczyzna z pędzlem w ręku. Drugą podpiera głowę. Pracuje nad renowacją rzeźby. - grafika artykułu
fot. archiwum prywatne

W tym niezwykłym domu, na dalekim Górczynie, w niezbyt znanej okolicy, trudno jest zliczyć rzeźby, ikony, trumienne portrety czy kaplerze. Cały korytarz prowadzący do pracowni obwieszony jest dyplomami: artysty plastyka, pozłotnika, nauczyciela zawodu, wreszcie mistrza rzemiosł artystycznych i eksperta w zakresie konserwacji dzieł sztuki i rzeźby polichromowanej. Wielu poznaniaków pamięta zapewne Pana galerię na Starym Rynku, w jednym z domków budniczych...

To już historia, ale bynajmniej nie koniec mojej życiowej pasji. To, co zrobiłem dotąd i nadal robię, to po prostu moje życie!

Kiedy ta pasja się objawiła? Kiedy pojawia się ten pierwszy znak, sygnał, że chce się poświęcić wszystkie swoje przyszłe dni sztuce?

Nie należałem bynajmniej do świetnych uczniów w podstawówce. Mówiono o mnie inteligentny, ale leniwy i poradzono, żebym wybrał taką przyszłą szkołę, w której nie ma egzaminów wstępnych. I wybrałem: zdecydowałem się na zawód malarza. Może już wtedy - podświadomie - coś ważnego zaczął znaczyć dla mnie kolor. Z pewnością nikt, a także ja sam przede wszystkim nie spodziewałem się, że zachwycę się kiedyś barwami dawnych obrazów, że zechcę je wiele razy podziwiać, a potem naśladować... I także utrwalać ich piękno, konserwując kolejne obrazy czy rzeźby. Po drodze była praca w ZNTK (Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego - przyp. red.). Kto zna jej warunki, dobrze wie, jakiego wymagała wysiłku... Potem była, trwająca sześć lat, praca w Pracowni Konserwacji Zabytków. Wreszcie znalazłem się w prawdziwym raju, czyli w Muzeum Archidiecezjalnym w Poznaniu, u księdza Stefana Tomaszkiewicza. Zachwycało mnie tam wszystko, dosłownie wszystko. Nie można było być obojętnym wobec zgromadzonego tam piękna. Co najważniejsze: byłem pod skrzydłami prawdziwego mistrza, który wprowadzał mnie w arkana trudnej sztuki konserwacji i wierzył w moje chęci i zdolności. Jeszcze jedno nazwisko powinienem wywołać: Floriana Kwissy, któremu też wiele zawdzięczam, dzielił się ze mną swoją wiedzą. A w ogóle - podkreślam to zawsze - miałem w życiu niezwykle wiele szczęśliwych zdarzeń, podarunków od losu, a poza wszystkim twarde, poznańskie wychowanie, nad którym czuwała moja kochana babcia. Po dziadku cieśli - chyba jednak to nie przypadek - odziedziczyłem miłość do drewna. Jak mogłyby powstawać moje obrazy, gdyby nie dogłębna znajomość walorów i tajemnic drewna? Na początku moich zawodowych działań zdarzyła się rzecz niezwykła: w skromnym kościele w Nowej Wsi Królewskiej niedaleko Wrześni pod warstwami farb odkryliśmy - ja też tam wtedy byłem! - dzieło Stanisława Samostrzelnika, wspaniałego malarza z XVI wieku. To był rok - pamiętam - 1980. Może nie tak spektakularnych, ale również istotnych, odkryć było jeszcze wiele. To coś niesamowitego, że można uczestniczyć w takich zdarzeniach, przyczynić się swoją pracą do przywrócenia zapomnianego piękna... Najczęściej z niewiedzy albo dość powszechnej kiedyś mody malowania kościołów "na biało" zaginęło wiele dawnych dzieł. Sporo chyba bezpowrotnie. Ale może je kiedyś jeszcze odzyskamy? Chciałbym bardzo. Pocieszam się myślą, że jednak świadomość rośnie, zainteresowanie dawną sztuką też, co już wyraźnie widzę. Wiele osób przewinęło się przez moją dawną galerię, mam wciąż dużo zamówień... Ludzie chcą mieć w mieszkaniach skopiowane dobre stare obrazy czy rzeźby. I nie chodzi tu tylko o miłośników i znawców dawnej sztuki. Wciąż przywołuję zdarzenie sprzed lat, kiedy namalowany przeze mnie portret trumienny kupił klient, który w ogóle nie miał pojęcia, że wizerunek jest namalowany na blasze, że należy to do najbardziej wyrazistej i cenionej w świecie unikatowej polskiej tradycji. Po prostu bardzo mu się spodobał ten portret. Wierzę, że zainteresował się po tym zakupie sarmackim dziedzictwem.

Odwiedza Pana wciąż jeszcze wielu znanych ludzi, prosząc o wykonanie jakiejś kopii ulubionego obrazu czy rzeźby.

Częstym gościem, służącym swą wiedzą i radą, był u mnie prof. Jan Skuratowicz. Sporo mu zawdzięczam. Zielony, piękny kafel z XVI wieku był jednym z jego ulubionych przedmiotów. Namawiał mnie do wykonania wielu jego kopii. Byłyby wspaniałym prezentem - mówił. I znalazłyby wielu chętnych.

Rzeczywiście jest bardzo ciekawy - widniejąca tam postać przypomina mi skauta, a przecież kafel jest o kilka stuleci starszy... Ale rysunek jest - powiedziałabym - bardzo współczesny! Może zmylić niewprawne oko.

Pokażę pani, jak przygotowuję drewno, by potem, gdy już namaluję czy - jak powszechnie mówią - napiszę ikonę - nie było problemów. To długotrwały proces i wymaga znajomości surowca. Mam tę umiejętność, wykształciłem ją po wielu latach pracy, a chyba także odezwały się tu geny mojego dziadka. W każdym razie trzeba wiele cierpliwości i zabiegów, żeby dojść do tego, co wszyscy podziwiają - do ikony. Gdyby określić ten proces w liczbach, to wydaje mi się, że przygotowanie podłoża stanowi lwią część czasu potrzebnego do tworzenia ikony. Znacznie powyżej 50 procent, może nawet 80 procent...

Widziałam zdjęcie, na którym pędzlem gładzi Pan policzki...

Żeby ikona miała odpowiednie tło, trzeba nałożyć na deskę cieniusieńkie płatki złota czy srebra. One są tak delikatne, że po prostu fruwają w powietrzu. Np. pod wpływem oddechu. Żeby je więc utemperować, zmusić do posłuszeństwa, natłuszczam twarz, potem delikatnie dotykam pędzlem policzków i następnie owych płatków złota i dopiero przenoszę je na obraz. Innego typu czynności wymaga tworzenie reliefów. Żłobi się je długo i wytrwale, ale efekt - jak pani widzi - jest zadowalający... Miałem kiedyś zabawną przygodę: wiozłem moje prace na wystawę we Francji i mimo że miałem odpowiednie zaświadczenie, że moje ikony nie są oryginałami, długo upierano się, że nie mówię prawdy.

W licznych wywiadach, jakich Pan udzielił, znalazłam informacje o zagranicznych wystawach Pańskich prac - Niemcy, Hiszpania, Włochy, Szwecja... A teraz chodzę po Pana mieszkaniu i czuję się, jakbym była w bardzo bogatym muzeum. Fascynujący jest np. herb wysoko umieszczony na ścianie, cały pozłacany, sporych rozmiarów.

Rzeczywiście może, a powiedziałbym - musi zachwycać, bo jest to zrekonstruowany przeze mnie herb Królestwa Polskiego z czasów króla Jana Olbrachta, z drugiej połowy XV wieku.

Kiedy wędruje Pan po Poznaniu, po Polsce, to co sobie Pan przede wszystkim przypomina? Jakie miejsca, zdarzenia?

Pracowałem m.in. w ratuszu, w farze zbudowałem ołtarz posoborowy i odnowiłem chrzcielnicę, wiele tygodni spędziłem przy renowacji pałaców w Gułtowach, Żaganiu, Gołuchowie. Wrocław był też ważnym odcinkiem mojej pracy - m.in. kościół św. Wawrzyńca, Nowa Wieś Królewska, o której już wspominałem...

Ma Pan bogatą dokumentację swoich działań, wiele publikacji prasowych, wywiadów, filmów. Upominał się Pan również przez wiele lat o docenienie rzemiosła artystycznego i - zdaje się - nie powiedział w tej kwestii ostatniego słowa...

Nie składam broni, jeszcze nie wszystko zostało załatwione, ale udało się - pomagał w tym wydatnie prof. Skuratowicz - przywrócić nadawanie tytułu mistrza rzemiosła artystycznego. Teraz ubiega się o niego moja córka Katarzyna, która od wielu lat samodzielnie prowadzi pracownię, a od małego dziecka przyglądała się mojej pracy, ciekawiło ją wszystko, co robiłem, i taki jest efekt! Pasja jest widać zaraźliwa...

Równie pieczołowicie jak świadectwa o własnej pracy gromadzi Pan - widzę - rodzinne dokumenty. Na honorowym miejscu portret dziadka - Jana Korcza, powstańca wielkopolskiego, udekorowany biało-czerwoną rozetą, dalej zgromadzone w pękatej teczce świadectwa rodzinne i również górczyńskie, prawie nieznane poznaniakom. Słyszałam kiedyś o osiedlu im. ks. Skorupki, a teraz mogłam je - z pewnymi przeszkodami - przemierzyć...

Uważam, że jest niejako moim obowiązkiem gromadzić i utrwalać świadectwa rodzinne czy miejskie. Kto wiedziałby np., że mój dziadek zaraz po opuszczeniu Poznania przez Niemców w 1945 roku zabrał się do rozebrania niedaleko tu zlokalizowanego lagru - przy obecnej ul. ks. Kordeckiego - i z tego drewna zbudował naszą osiedlową świetlicę? Jak pani widzi - nie tylko miłość, pociąg do sztuki wypełnia moje dni. Oby były jak najdłuższe!  
    
Rozmawiała Grażyna Wrońska

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2025