Kultura Poznań.pl

Varia

opublikowano:

Jak moje "sam" nabrało globalnego znaczenia

"Poszedłbym z córką na lody w waflu. Do teatru bym poszedł jak zwykle. Zajrzałbym do Pana Gara, Dragona i Czarnego Kota. Po mieście bym się szwendał z ludźmi (...). Przytulałbym się bez końca na powitanie i na pożegnanie też bez końca..." - zanotował w dwunastym dniu #zostanwdomu w prowadzonym na Facebooku dzienniku Adam Ziajski - reżyser teatralny, aktor, twórca i kierownik artystyczny Sceny Roboczej. Publikujemy obszerne fragmenty jego dziennika.

.
fot. Adam Ziajski

dzień 6. (19.03)

Od rana w kamienicy dwa remonty. Sąsiedzi są pragmatyczni. Fioła można dostać. Na ulicy sporo ludzi. Niektórzy mijani wstrzymują powietrze. W sklepie idzie im trudniej. Zadzierzgnąłem pierwszą balkonową znajomość. Starszy pan też pali.

dzień 7. (20.03)

W nocy śniło mi się, że gramy jakiś spektakl i nagle wpada policja. Widzowie i aktorzy uciekali razem. Koszmar jakiś. Od rana kolejne konferencje. Kultura przechodzi do e-ofensywy. Życia mi nie starczy, żeby to wszystko zobaczyć. Taki urodzaj, a to dopiero początek.

dzień 8. (21.03)

Pierwsza wiadomość z góry: za złamanie kwarantanny będą kary po 30 tysi. Druga wiadomość z góry: wybory się odbędą, bo państwo działa normalnie. Odpowiedź z dołu: powodzenia. Dzisiaj zrobiłem 9 km. Widziałem ludzi i drzewa.

dzień 9. (22.03)

Od roku mieszkam sam. Teraz moje "sam" nabrało globalnego znaczenia. Żeby to jednak mnie nie przerosło, postanowiłem przestawić szafę. Jestem wstrząśnięty zmianami, jakie zaszły w otoczeniu. Chyba wydzielę jeszcze jeden pokój.

dzień 10. (23.03)

Dzisiaj poszedłem do pracy posiedzieć w pracy. Przez moment nawet się zapomniałem, że jest tak, jak jest. Całkiem przyjemne uczucie. Wracając, wszedłem do apteki. Maseczek i płynów do odkażania brak, ale koniecznie mam się pytać. Nic to. Mam alufolię, gafra i trytki. Obejdzie się.

dzień 11. (24.03)

W mediach przez dwa dni trąbią, jakbyśmy srebra rodowe przetapiali na armaty, a to dzielni celnicy przekazują spirytus z kontrabandy. Krawcowe w teatrach maseczki szyją. Mechanicy samochodowi ozonują karetki. Młodzi zakupy robią seniorom. Na ulicach wielkie skupienie. Kampania prezydencka trwa.

dzień 12. (25.03)

Gadam do odkurzacza w korytarzu, bo coś niemrawo ciągnie. Poszedłbym z córką na lody w waflu. Do teatru bym poszedł jak zwykle. Zajrzałbym do Pana Gara, Dragona i Czarnego Kota. Po mieście bym się szwendał z ludźmi albo w góry bym pojechał. Przytulałbym się bez końca na powitanie i na pożegnanie też bez końca. Bosko byłoby, cudownie, obłędnie. Ja pierdzielę, ale czad byłby!

dzień 13. (26.03)

Mam sąsiadów w dziewięciu mieszkaniach. Nie wiem, ile to osób. Teraz nie widuję już nikogo, a i wcześniej znałem zaledwie trzech. Jedną była właścicielka psa, który chciał mnie pogryźć na chodniku. Drugiej pani, która mieszka obok, zostawiłem numer telefonu na wszelki wypadek. Swojego nie dała. Trzeciego mijam tylko na schodach. Wcześniej do tego słyszałem jakieś dziecko za ścianą, kogoś uczącego się grać na klawiszach albo nieznośnie wyjącego nocą psa. Od dłuższego czasu gram głośną muzykę. Bardzo głośną muzykę. Okno otwieram. Nic. Nawet w nocy jak gram. Bez reakcji. Żeby chociaż jakiś telefon, uwaga albo rąbanie w ścianę było? Nic... W końcu zmuszą mnie do tego, że w łazience wsadzę głośnik do kanału wentylacyjnego.

dzień 14. (27.03)

Dzisiaj Międzynarodowy Dzień Teatru. Teatru, który kilka tygodni temu został społecznie unieważniony. To był szok. Zdaliśmy sobie sprawę, że została nam tylko sieć. Natychmiast ruszyły teatralne archiwa, słuchowiska, warsztaty, różne relacje. Postulat o powszechnym dostępie dóbr kultury stał się wspólnotowym doświadczeniem na miarę czasów. A co z żywym spotkaniem? Zdrowo i twórczo czekajmy na karnawał. Na spotkanie w tańcu, w dotyku, żywym słowie, wspólnych łzach i uśmiechach. Pozdrawiam was.

dzień 15. (28.03)

Na kilka dni przeniosłem się do córki. Zmiana scenografii bezcenna. Czuję się, jakbym wyjechał na jakieś wakacje. Pogoda obłędna i towarzystwo wyborne. Sprawdziłem kalendarz. Sobota. Co się robi w sobotę? Z sobotą kojarzy mi się środa jako mała sobota. Ale co z dużą sobotą? Znowu sprawdzam. Dzisiaj Dzień Chwastów, Żelków, Międzynarodowy Dzień bez Kłamstwa, no i Godzina dla Ziemi. Jest co świętować. Wybieram żelki.

dzień 16. (29.03)

Dzisiaj z rutyny leczy mnie Glenn Gould. Zrobiło się poważnie. Do wieczora pewnie wytrzymam. Niedawno przypomniałem sobie rodzinną podróż na Lofoty w Norwegii. Słońce kręciło się na niebie bez końca. Trudno było kierunki ustalać, no bo gdzie wschód, a gdzie zachód? Było to niezwykłe doświadczenie. Zwłaszcza gdy w niewielkiej miejscowości zobaczyłem starszą kobietę z haczką w ogródku o 2.30 w słoneczną noc. Czas tak naprawdę nie istnieje.

Teraz mam Anno Domini 1714. Weimar.

dzień 17. (30.03)

Mam nowy plan lekcji. Na wuefie poznałem wiele obiecujących ćwiczeń fizycznych na rozciąganie mięśni. Były też skręty, próby podania ręki i ukłony. Bardzo rozwijające są też zajęcia z informatyki, muzyki oraz przysposobienia w rodzinie. Obiady znośne. Boisko zamknięte, więc na przerwach siedzę w toalecie.

dzień 18. (31.03)

Stanęły fabryki, transport. Puste ulice i strach. Całe życie się zatrzymało i spadł nagle śnieg, którego dawno nie widziano. Jakby się wcześniej nie mieścił w naszych kalendarzach. To nic, że prima aprilis prawie. Po Krupówkach paradują piękne łanie. W indyjskiej Kalkucie wiwerę malabarską widziano. Nawet nad Antarktydą ozon zwyżkuje. Zima idzie.

dzień 19. (1.04)

Po codziennym wypiciu maślanki zawsze czuję się lepiej. Widzenie świata przy wsparciu żywych kultur bakterii mlekowych jest ożywcze, zbawienne. Kształtuje hart ducha. Pozwala lepiej rozumieć zachodzące zmiany i tworzy nieodgadnione perspektywy dnia. Maślanka jest kompasem dla flory każdego gospodarza. Spółdzielnia Mleczarska w Grajewie jest jak południk Greenwich.

dzień 20. (2.04)

Pytam się. Który z was ma serum? Kto ma super-supermoce? Siła, sprawność i lotność też się przydadzą. Wzywam was wszystkich. Pan Tau i Karlsson z dachu zajmą się milusińskimi. Spider-Man, Capitan America i Batman niech ogarną seniorów. He-Man, Superman i Iron Man pozostałych. Doctor Who, Doctor Fate i Doctor Strange proszeni są do szpitali jednoimiennych. Niech moc będzie z wami!

dzień 21. (3.04)

Myślałem, że już się przyzwyczajam do pustych ulic. Tymczasem po ostatnich obostrzeniach zrobiło się na nich dość niepokojąco. Jestem dzieckiem z peerelowskich kolejek po chleb i mleko. Ciasnych, rozdygotanych, spoconych. Podobny ścisk już potem towarzyszył mi tylko na koncertach rockowych. Teraz wzdłuż Głogowskiej widzę rozsypane grupy osobnicze. Równie dobrze mogliby w niebo patrzeć. Nie odgadniesz kierunku i kolejności. Nie mówiąc już o tym, kto do którego sklepu stoi. Niepewni, powolni, osobni. Stoją jak przez Abakanowicz wygięci. Najgoręcej jest na narożnikach, przed sklepami, przy przejściach dla pieszych. Nie wiadomo, kto wchodzi. Kto czeka. I na co. Kręcą się i wiercą. Każdy szuka drugiego metra.

dzień 22. (4.04)

Wczoraj o jedenastej spotkanie na zakładzie pracy. Siła wyższa, jak w każdej szanującej się umowie. Kolejno wpadamy do biura. Maseczki śmigają nam po twarzach. Mnie okulary parują.

Drzwi i okna na oścież. Każdy coś bierze, podpisuje, przekłada, zabiera. Tyle jest do zrobienia. Gadając, krzątamy się w oparach gęsto rozpylanego spirytusu. Pod biurkiem leży jakaś faktura. Akcja ewakuacja. Żegnamy się na łapu-capu. Szkoda, że tylko tak. Do zobaczenia na Zoomie. Na dziedzińcu jeszcze papieros w nielegalnym składzie. Ja chyba już nigdy nie wyjdę z tej cholernej konspiracji.

dzień 23. (5.04)

Z okruchów minionego świata zostały pojazdy z kogutami. Wiele bym dał, żeby teraz eskortowały kiboli Legii na Bułgarską. Nic z tego. Znaczenia i funkcje redukują się tak samo jak nasza przestrzeń. Nakazy i zakazy pomór mają zatrzymać. Stan niezwyczajnie zwyczajny dla podtrzymania gatunku panuje. Innego nie ogłosili. I już nie wiem, czy się golić, czy pierdolić. Niedawno ustalono, że o moich wyjściach decydować będzie lodówka. Teraz na domiar złego zamknięto las. Nikt nie wie za co.

dzień 24. (6.04)

W parku Kasprowicza, na górce, w miejskiej zieleni stoi radiowóz i gęga z megafonu coś niezrozumiale. Echo niemiłosiernie po okolicy niesie, odbija z hukiem między blokami, zniekształca. Panowie zadowoleni, że skutecznie obywateli pogonili z parku. I znowu wyje szczekaczka. Oława! Oława! Teraz zrozumiałem. Groteskowy obraz jak z Wojny światów Szulkina. Ktoś w sieci zaproponował, żeby szwargotali po niemiecku dla wzmocnienia dramaturgii. Koledzy akustycy, jak żyć?

dzień 25. (7.04)

Za oknem kwartał kamienic i budynków z dwunastoma podwórkami. Wymieniam balkonowe uprzejmości z sąsiadem, mimo że balkonu nie mam. Patrzę z czwartego piętra, jak ta wiosna nieubłagana jest. Nie chce czekać. Pani w ogródku. Sąsiadka okna myje. Wyżej ktoś twarz w słońcu wygrzewa na święta. Zbiorowa powolność przedświąteczna. Coś nie wypłaszcza nam się ta krzywa od szczęścia.

(...)

Adam Ziajski