Kultura Poznań.pl

Teatr

opublikowano:

Zabiją i zjedzą

Dworzec Bartłomieja Miernika - hipnotyzujący zaklętym rytmem koszmar śniony przez dziewczynkę szukającą wraz z rodziną w Polsce azylu - mierzy Polki i Polaków z gorzką prawdą o ich kraju wykluczającym innych. I choć myślimy, że chodzi o uchodźców, to idzie w sumie również o coś więcej. O to, jak bardzo kłamiemy na swój temat i jakich wymówek na co dzień szukamy dla naszych niegodziwości. Ubarwiamy, a czasem bielimy. Dworzec dotyczy również tego, jak bardzo czujemy się dumni z siebie. Jak uporczywie czując się dobrymi, prawymi ludźmi, coraz mniej nimi w istocie jesteśmy.

. - grafika artykułu
fot. Zdzisław Orłowski

"Gdy się pojawiasz na szklanym ekranie | Wizję zalewa czerwień twych ust | Jesteś najlepsza zdecydowanie | I z wszystkich dziewczyn największy masz biust | Wciąż po kanałach szukam twego ciała | Szept twój namiętny w mych uszach brzmi | Patrzę się w ekran i ciągle mi mało |Mej cycoliny z kanału TV" - znana wszystkim Polakom wulgarna piosenka disco polo Mydełko Fa, która w zamierzeniu twórców miała być pastiszem, a stała się hitem, otwiera Dworzec nierozpoznanym przez naród szyderstwem. Krzywym lustrem wziętym za piękny landszaft z wierzbami bądź lśniące monidło ze śliczną parą ślubną. Aktorzy rozstawieni w kole upadają na dźwięk melodii Mydełka Fa. Piosenka pogrąża ich w katatonicznym stanie snu, który Polaków opadł w latach 90., gdy zachłysnęli się odzyskaną wolnością i odkrywali wszystko na szybko i naiwnie, budując podstawy Polski A.D. 2020 - podwaliny dla przyszłego koszmaru, świat prawicowej wizji "Polski dla Polaków". Aktorzy za pomocą mechanicznych, sztywnych ruchów oddają bezmyślność tamtej chaotycznej dekady - wielką chęć przyjęcia zachodnich wzorców, która płynnie przeobraziła się w równie dużą nienawiść dla obcych, i "wyrwania się" spod już nielubianego, tolerancyjnego Zachodu.

"Dwa tysiące dwudziestego roku. Warszawa - Brześć, Białoruś. Ponad dwieście kilometrów w linii prostej. To bliżej niż do Gdańska, więc jak to możliwe, że wiemy co dzieje się w Gdańsku, a nie wiemy, co dzieje się tam? U mnie w domu zawsze mówiło się, że z sąsiadami to trzeba żyć w zgodzie, ale lepiej nie wiedzieć, co się tam u nich dzieje za ścianą. Bo i po co? Nie nasza sprawa" - monologuje aktorka. Gra aktywistkę stołeczną, która jedzie pociągiem na przejście graniczne Terespol-Brześć, "bramę" do Unii Europejskiej. Bartłomiej Miernik podkreśla w ten sposób, że to, czym żyją warszawiacy i Polacy (a w Polsce życie kulturalne i uwaga nadmiernie skupia się w centrum), dotyczy przede wszystkim kwestii naszości. Można przecież uznać, że problemy obcych to przecie tylko cudze kłopoty, a absorbowanie nimi swoich myśli jest niepotrzebne, wręcz niezdrowe. Lepiej pomyśleć o tym, gdzie pojechać na kolejny urlop i w jakiej nadmorskiej budce zjeść smażoną rybkę.

Konduktor o mnie dba

Dbać powinno się przecież wyłącznie o "naszych". "W przedziale jest ciepło i cicho. Konduktor o mnie dba. Taaa. Co godzinę przychodzi pytać «Czy wszystko w porządku?». Zagaja nawet rozmowę «A dokąd to panienka sama jedzie?». No to mówię dokąd «Na dworzec w Brześciu do uchodźców jadę, którzy z przejścia granicznego w Terespolu bezprawnie są odsyłani do Białorusi»" - relacjonuje aktywistka. W wymianie zdań między nią a konduktorem i "pasażerkami" pociągu Miernik krótko streszcza najbardziej ograne, a przy tym wyjątkowo ohydne, opinie o uchodźcach, które głoszą prawicowi politycy. W swych odezwach, zagajeniach do narodu odwołują się zwykle do lęków polskiego społeczeństwa przed obcością. Warto przy tym podnosić co jakiś czas kwestię dbania o "swoje" - odwoływanie się do egoizmu sugeruje przecież, że politykom idzie o narodowe dobro.

W Dworcu przybiera to formę szybkich pytań, odpowiedzi i głoszenia niesprawdzonych, acz powtarzanych kłamstw. "A po co tam jechać?" - dopytuje się niskim, tępym głosem Dima Cherkaskyi jako konduktor. "Jako wolontariuszka. Wieziemy im jedzenie, koce, książki dla dzieci". "Aaaa. Bo u nas w Polsce nie ma ani biednych ani potrzebujących? Czy nie boi się pani?". "A czego mam się bać?". Aktorki-pasażerki wyliczają: "Wszy pani przywiezie albo jakieś inne robactwo". "Wiadomo przecież, że każdy uchodźca to brudas i choroby roznosi". Konduktor sięga też po stary chwyt straszenia uchodźcami jako domniemanymi gwałcicielami i mordercami: "Albo zgwałcą panią. Zabiją. I jedno i drugie" - Cherkaskyi odgrywa przy tym odstręczającą satysfakcję z wypowiadania takich słów, którą czuć może prymitywny, przemocowy człowiek straszący innych, podkreślając paskudztwo swoich myśli obleśnym gestem seksualnym. Aktorki-pasażerki kontynuują: "A jeśli jakimś cudem pani przeżyje, to wywiozą panią nie wiadomo gdzie i wydadzą za mąż za nie wiadomo kogo". "I będzie pani rodzić dzieci - jedno, drugie, trzecie, czwarte..." "Piąte, szóste, siódme, ósme, dziewiąte, piętnaste". "A jak nie będzie mieć pani sił, to wrzucą panią... bo ja wiem gdzie?". "Do rowu?". "Do rowu!". "I to nieważne jest - Tadżykistan, Gruzja, Czeczenia... - przecież oni wszyscy tą przemoc w genach mają" - poucza owładnięty obsesją o przemocowości obcych konduktor. Pasażerki mu wtórują: "Ja to żadnego uchodźcy nie widziałem tu pracującego", "A o tych Czeczenach na przykład to słyszałam, że oni tu jakieś gangi zakładają".

Na samym przejściu Terespol-Brześć przestraszoną, trzyosobową rodzinę z Tadżykistanu osaczają sadystyczne strażniczki graniczne, stosujące przemoc słowną: "A, to znowu wy. Taaadżykistan, Tadżykistan, Tadżykistan. Coście się tak uparli? Po co wy do tej Polski tak? Czemu nie Rosja? Co tam jeszcze jest?... Turcja... Co was do tej Polski tan gna? Przecież tu nic dla was nie ma. Wy mówicie, że coś wam grozi. A jaki ja mam dowód na to, ha? Przedstawcie mi dowód. No? Sami widzicie". "Tylko nie zrozumcie nas źle. Nam tu po prostu każdy tak może powiedzieć, że niebezpieczeństwo". "A jak co złego się dzieje, to się idzie najpierw gdzie?". "Na policję się idzie! Tak czy nie?". "No tak, naturalnie, że tak. Czemu nie poszli na policję u siebie?". "I skąd my mamy wiedzieć, kto prawdę mówi, a kto nie? Nooo - postawcie się w naszej sytuacji. My tu, można powiedzieć, odpowiadamy za każdego, kogo wpuszczamy". "Właśnie - i nie możemy sobie o, tak, już - wpuszczony jeden z drugim". W Dworcu, w którym na scenie stale znajdują się wszyscy aktorzy, te same artystki i artyści wcielają się w przeciwstawne sobie postaci. Bartłomiej Miernik pokazuje w teatrze działanie mechanizmu pozwalającego odgrywać ludziom na przemian role osaczających i osaczonych, katów i ofiar, strażników (przejścia) i więźniów (sytuacji, coraz bardziej wycieńczającego stawiania się na granicy i proszenia o odmawiany azyl). Zwykle ci pierwsi nie myślą o tym, że inny zbieg wydarzeń mógłby sprawić, że znaleźliby się po drugiej stronie i musieliby znosić upokorzenia i przemoc, które stosują wobec słabszych.

Dworzec przypomniał mi o słynnym eksperymencie Philipa Zimbardo z 1971 roku - stworzeniu fikcyjnego więzienia i rozdzielenia między uczestników ról więźniów i strażników. Taki test człowieczeństwa bardzo łatwo jest nie zdać będąc strażnikiem - zwłaszcza jeśli polityka i przełożeni wręcz popychają nas do stosowania okrucieństwa, do popadania w sadyzm. W tym spektaklu obserwujemy streszczenie, pewien wybór cytatów i dialogów, które na przejściu granicznym Brześć-Terespol mogą padać ze strony straży granicznej. Konwencja śpiączki - koszmaru, w które wpada dziecko uchodźców pozwala przy tym na zabiegi metaforyczne i wprowadzenie przemocy fizycznej, do której na prawdziwym przejściu rzecz jasna nie dochodzi. A jednak działa przemoc słowa, przemoc odmowy. Doskonale mają się w upiornym świecie Dworca uprzedzenia, lęki, fobie. To królestwo cierpienia, które wzajemnie zadają sobie ludzie.

Marek S. Bochniarz

  • Dworzec Fundacji Banina w ramach Off:Premiery/Prezentacje 2020
  • reż.: Bartłomiej Miernik
  • Teatr Ósmego Dnia
  • premiera: 19.12

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020