Kultura Poznań.pl

Kultura

opublikowano:

Podglądając sąsiadów zza płotu

Tydzień Filmu Niemieckiego jest w Polsce jedną z nielicznych okazji, aby oglądać kino naszych zachodnich sąsiadów. I choć sąsiad to niby bardzo nam bliski - choćby ze względu na to, ile osób z naszego kraju pracuje w Niemczech - to kulturalnie zdaje się bardzo odległy. Doskonale pokazuje to zwłaszcza niemiecka kinematografia.

. - grafika artykułu
"Undine", reż. Christian Petzold, Niemcy 2020, fot. materiały dystrybutora

Tydzień Filmu Niemieckiego - tak, jak inne tego typu wydarzenia prezentujące w Polsce kinematografie narodowe - to imprezy artystyczne przygotowywane dla publiczności kin studyjnych. Ich program składa się z mainstreamowych produkcji i dokumentów na tematy najbardziej znaczące dla kultury danego regionu (rok temu był to obraz o fenomenie słynnego punkowego zespołu Die Toten Hosen w trasie). Są organizowane z udziałem placówek dyplomatycznych, więc mamy na nich do czynienia z filmami prezentowanymi z myślą o promocji kraju i jego sztuki filmowej w wyborze, który z założenia powinien się spodobać lokalnej publiczności.

W tym roku zobaczymy osiem filmów z Niemiec, w tym siedem dramatów i jeden dokument - ale nie w kinie Muza czy Pałacowym, lecz na platformie mojeekino.pl. Konieczność przeniesienia do sieci wydaje się działać trochę na niekorzyść wydarzenia, wypadającego trochę skromniej na tle innych tematycznych pokazów internetowych - jak choćby w kontekście obecnie trwającego MyFrenchFilmFestival. Przegląd nie jest jednak festiwalem.

Wiesz, że jeśli odejdziesz, to cię zabiję?

Najważniejszym tytułem tegorocznej edycji i jej filmem otwarcia 22 stycznia jest Undine (można ją było wcześniej oglądać w maju ubiegłego roku z okazji festiwalu Wiosna Filmów). To najnowszy film Christiana Petzolda -  jednego z najwybitniejszych współczesnych reżyserów niemieckich, który stał się w Polsce bardziej rozpoznawalny, gdy za Barbarę otrzymał w 2012 roku Srebrnego Niedźwiedzia. Jego twórczość jest spójna, a przy tym dość charakterystyczna. Tworzy bardzo kameralne dramaty. Z pozoru zimne, lecz pod powierzchnią fabuły nasycone ciężkimi emocjami, tragedie Petzolda rozgrywają się w dość wąskim gronie osób i w często aseptycznych, anonimowych przestrzeniach (choć w Undine architektura wyjątkowo gra rolę symboliczną). Przebieg akcji służy nie tyle budowaniu napięcia, ile odsłonięciu tajemnicy, stąd część widzów irytuje ten reżyser i twierdzą, że u niego "nic się nie dzieje". Petzold, choć czerpie z historii kultury, nie robi tego wprost, a wszelkie interteksty subtelnie wplata w tkankę filmu. Unika jednoznaczności, a czasem wręcz popada w hermetyczność, jak w przypadku swojego poprzedniego dzieła Tranzyt - osobliwego, miejscami wręcz niekomunikatywnego uwspółcześnienia słynnej powieści Anny Seghers o II wojnie światowej.

W Undine Petzold przeniósł w realia obecnych Niemiec postać ondyny, nordyckiej boginki wodnej. Miast kiczowatej poetyckości i działania magii, obecnych w przesłodzonej Ondine Neila Jordana, dostajemy serię niedopowiedzeń i realistycznych scen, w których reżyser przetwarza motyw mitycznej, morderczej zazdrości. Jeśli nieszczęśnik, z jakim ondyna weszła w związek poważył się ją zdradzić - czekała go śmierć. Tytułową bohaterkę Undine poznajemy, gdy w kawiarni na berlińskim Kreuzbergu spotyka się ze swoim kochankiem, a ten oznajmuje jej decyzję o rozstaniu. Pada co prawda z jej strony ostrzeżenie o tym, iż za porzucenie zapłaci śmiercią, lecz we współczesnych dekoracjach te słowa brzmią bardziej jak ekstrawagancja i zupełnie nie wierzymy w to, co mówi Undine Wibenau.

Filmowa ondyna zajmuje się oprowadzaniem po muzealnej ekspozycji makiet Berlina. W formalnej, konwencjonalnej i "elokwentnej" narracji przewodniczki, dotyczącej przeobrażeń metropolii i paradoksach związanych z przywracaniem starych form architektonicznych, skrywających nowoczesne wnętrze, Petzold w typowy dla siebie sposób ukrył klucz do rozszyfrowania Undine. Fani reżysera z pewnością rozpoznają w jego najnowszym dziele echa antyhorroru Gespenter.

Berliński półświatek, koncerty pianistyczne

Z kolei 24 stycznia zobaczymy Berlin Alexanderplatz. Jego autor Burhan Qurbani (rocznik '80) jest dzieckiem afgańskich uchodźców. Głównym bohaterem filmu uczynił Francisa, który przyjeżdża do Berlina jako nielegalny uchodźca, pozbawiony dokumentów i pozwolenia na legalną pracę. Na początku poprzysiągł bogu, że chce stać się nowym, lepszym, przyzwoitym człowiekiem. Poddaje się jednak i wkracza w świat stołecznego półświatka za podszeptami charyzmatycznego Reinholda, łudzącego go możliwością zarobienia łatwego keszu.

Jednym z moich tegorocznych faworytów jest Lara. To najnowszy film Jana Ole Gerstera, którego zachwycający fabularny debiut pełnometrażowy Oh Boy! był jednym z odkryć młodego niemieckiego kina artystycznego, a przy tym szeroko dyskutowanym dziełem nowej awangardy. Tytułowa bohaterka Lary cieszy się, że z okazji 60. urodzin jej syn Viktor ma zagrać koncert fortepianowy. Matka wspierała go w rozwoju muzycznej kariery, lecz teraz ma problem, aby skontaktować się z pierworodnym. Wykupuje wolne bilety na koncert, rozdaje znajomym i oczekuje wieczoru... Zainteresowanie Gerstera światem muzyki dało o sobie znać na wielu polach. To zarówno twórca teledysków, jak i autor dokumentu o kompozytorze Yannie Tiersenie.

Pamiętanie oznacza zapominanie

Przegląd zakończy 29 stycznia pokaz dokumentu Schlingensief - przerwać milczenie. Bettina Böhler prezentuje w nim sylwetkę kontrowersyjnego reżysera teatralnego i filmowego. Christoph Schlingensief tworzył zaangażowane dzieła awangardowe, podejmując w nich bieżące kwestie polityczne i społeczne. Do dzisiaj takie arcydzieła, jak 100 lat Adolfa Hitlera (1989), Niemiecka masakra piłą mechaniczną (1990) czy Terror 2000 (1992) pozostają świeże i aktualne. Wciąż potrafią szokować, poruszać i zachwycać. Oglądanie ich przyszpila nas do fotela skrajną, ekstremalną brutalnością, w tym licznymi scenami dekapitacji, czy nagle wybuchającymi orgiami rzezi i masakr, przy których kino Tarantino jaki się jako dość bezpieczne i zgoła mainstreamowe. Seks u Schlingensiefa jest przy tym nie tyle naiwnie obsceniczny, co surowy, kompulsywny, a często i zdegenerowany - i zawsze pozostaje podany bez wstydu, z europejską skłonnością do ukazywania go wprost, a nie skrywania go (jak robią to Amerykanie) pod pierzynami i za dekoracjami. Z pomocą tak odważnych dzieł artysta komentował otaczającą go rzeczywistość, zjednoczenie Niemiec, czy wstydliwą, nazistowską spuściznę kraju. W przeciwieństwie do innych twórców awangardowych, Schlingensief był stale obecny w mediach mainstreamowych, a jego dzieła miały bardzo szeroki oddźwięk. Böhler swój mistrzowski dokument o tym wielkim i wszechstronnym artyście stworzyła montując różne archiwalia, z których część po raz pierwszy można obejrzeć w zdigitalizowanej formie.

"Mój ojciec zwykł powtarzać «Pamiętanie znaczy zapominanie». W momencie, w którym przypomniałem sobie przeszłość, napadły mnie wobec niej wątpliwości. Ale kilka synaps zostało ustanowionych i stały się one filarami. To jak z architekturą - jeśli coś ma dzwonnicę i drzwi, to musi być kościołem. Obrazy pomiędzy [ujęciami] mogą migać, bo nie przynależą do reszty. Właśnie to interesowało mnie w filmach - podwójne i wielokrotne ekspozycje, wspierające się o te filary - założenie, że mamy do czynienia z filmem" - mówi na początku dokumentu w typowej dla siebie manierze Schlingensief. Przedwcześnie zmarły na raka płuc twórca miałby dziś raptem 61 lat. I choć od jego śmierci minęła dekada, a Böhler próbuje wyjaśnić zagadkę jego geniuszu, to po seansie nadal jawi się on człowiekiem, którego do reszty rozszyfrować nie sposób.

Na zachodzie bez zmian?

Lepsza niż w przypadku porównywalnych festiwali kina włoskiego (Cinema Italia Oggi) i hiszpańskiego (Tydzień Kina Hiszpańskiego), selekcja Tygodnia Filmu Niemieckiego sprawiała w przeszłości wrażenie trochę zachowawczej i dość "bezpiecznej". Obecność w programie dokumentu Schlingensief - przerwać milczenie zmienia jednak ten stan rzeczy. Co prawda w tym roku znów pominięto horrory i thrillery, które Niemcy w ostatnich latach w polu kina artystycznego realizują wyjątkowo mocne i wyrafinowane, aczkolwiek niewielki rozmiar Tygodnia Kina Niemieckiego nie pozwala pomieścić zbyt wiele tytułów w programie.

Pozostaje winić za ten stan niedosytu kina sąsiadów nad Wisłą głównie polskich dystrybutorów, którzy nie są zbyt skłonni do wyprowadzania do Polski kina niemieckiego. Póki co - Tydzień Filmu Niemieckiego pozostaje jedną z nielicznych przestrzeni, w których prezentowana jest kinematografia naszych zachodnich sąsiadów, mająca się nadzwyczaj dobrze w ostatnich latach.

Marek S. Bochniarz

  • Tydzień Filmu Niemieckiego
  • 22-29.01
  • online
  • bilety: 15-80 zł

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021