Podróż w czasie

Z przyczyn mi nieznanych - bo w końcu Isaac Bashevis Singer jest laureatem Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, a ponadto całe swoje życie dbał o to, żeby najmłodsi poznali żydowski folklor - jego opowiadania i baśnie dla dzieci nie leżą na półkach w naszych domach obok tych Andersena czy braci Grimm. Ale być może po spektaklu/opowieści muzycznej "Historie na dęte - Straszna gospoda" w Teatrze Wielkim to się zmieni. Reżyserii podjął się Jerzy Moszkowicz. Muzykę skomponował Andrei Yakushau.

Aktorzy w przebraniach diabłów na scenie. - grafika artykułu
fot. Ośko/Bogunia, Archiwum Teatru Wielkiego

Przepis na dobry spektakl chyba nie istnieje. Dla dzieci - tym bardziej. Ale jednak twórcy trzymają się pewnych zasad - nie może być za głośno, zbyt infantylnie i zanadto kolorowo. Muzyka nie może być prymitywna, podobnie tekst. Bo mały widz nie jest gorszy. Bo trzeba go przecież traktować serio. Czy musi być zabawnie? Niekoniecznie. Czy można rozmawiać z dzieckiem o chorobie albo śmierci? Oczywiście, tematy tabu w sztuce dla najmłodszych dziś w zasadzie nie istnieją. Ile z tych założeń zrealizowali twórcy "Historii na dęte..."?

Wyobraźnia to potężne narzędzie, z którym każdy z nas się rodzi. Dzięki niej łatwiej radzimy sobie z trudnościami, jesteśmy bardziej empatyczni, ale też np. opowieści ożywają. I chyba właśnie tu jest pies pogrzebany. Bohaterowie "Historii..." pojawiali się na scenie z przypisanymi im atrybutami (piekarz miał białą czapkę, diabeł rogi itp.), brakowało niedopowiedzeń - oprócz oczywiście tych wpisanych w gatunek (magia czy folklor). Na kameralnej scenie (Sala Drabowicza) pojawiła się zarówno orkiestra, jak i tancerze i soliści. Ponadto w jej centrum stała jeszcze spora - mówiąc dzisiejszym językiem - mobilna biblioteka, czyli książkowóz. Przenieśliśmy się do czasów dzieciństwa/młodości Singera, początku XX wieku i międzywojnia, do świata dziś nieobecnej już blisko nas tradycyjnej społeczności żydowskiej z jej wierzeniami i humorem. Dużo tego, prawda?

Jak poradził sobie Jerzy Moszkowicz z połączeniem w jedną historię czterech opowiadań Singera, urodzonego w Polsce pisarza o żydowskich korzeniach? Zaprosił na scenę opowiadaczy/śpiewaków, którzy zręcznie żonglowali słowem i dźwiękiem. Które z opowiadań dla dzieci wybrał? "Straszna gospoda" (to tam się wszystko zadziało), "Mędrcy z Chełma i głupi karp" (historia o kuriozalnej próbie ukarania ryby), "Koza złotka" (o sile więzi człowieka ze zwierzęciem) oraz tę, w której Szlemiel (typowy bohater żydowskich historii, prostoduszny, pechowy, ale zawsze chcący dobrze) wędrował w poszukiwaniu szczęścia do... Poznania, a nie do Warszawy, jak w oryginale. Te wydawałoby się niewielkie, ale jednak ingerencje Moszkowicza w tekst Signera trudno przeoczyć. Nie przeszkadzają jednak w żaden sposób w odbiorze ani przekazie.

Każda z opowieści ma inny charakter. Bywa komicznie, ale też tragicznie, sentymentalnie i filozoficznie, również strasznie (ale tak akurat). Wysłuchanie ich wszystkich jednak (spektakl trwa około 80 minut) to nie lada wyzwanie. Choć paradoksalnie na scenie wiele się dzieje (czasem aż za dużo), było monotonnie i powtarzalnie. Każdą opowieść rozpoczynało otwarcie leżącej na wozie wielkiej księgi (piękna była). Nie była to jednak zwykła książka, tylko rozkładanka (pop-up). Była częścią scenografii, stanowiła tło historii. Pomysł może nieinnowacyjny (trochę przypomina teatrzyki kamishibai, tylko w nich częściej wymienia się obrazy, nie są też trójwymiarowe), ale wykonanie kapitalne. Szkoda tylko, że siedziałam tak daleko, bo jestem pewna, że umknęło mi mnóstwo szczegółów. Sala Drabowicza zresztą nie do końca chyba (choć jej możliwości wykorzystano całkowicie) spełniła swoją funkcję. Jeśli coś działo się na poziomie podłogi, z tyłu absolutnie nic nie było widać.

Wspomniany książkowóz zajmował dużą część sceny i niestety zasłaniał orkiestrę. A choć soliści robili miejsce tancerzom czy ci drudzy opowiadaczom, ta wciąż wydawała się zatłoczona. Dodatkowy zamęt wprowadzała moim zdaniem kompletnie zbędna wymiana rekwizytów czy też części kostiumów tancerzy. Wielkie brawa dla Ludwiki Link (w spektaklu Anna) i Jakuba Daćkusa (w roli Benjamina), którzy byli wielkimi (nie)obecnymi każdej tej historii. Choć ich choreografie były tylko  ułamkiem opowieści, tancerze nie zapomnieli nawet na chwilę, że być może oczy choćby jednego z widzów skupione są wyłącznie na nich. A było na co patrzeć! Sama przez chwilę pomyślałam, że na ten spektakl można by pójść kilka razy, wybierając konkretny motyw, jak np. podczas zwiedzania jakiejś wystawy.

Można by słuchać historii opowiadanych albo wyśpiewanych (w sposób dostępny i strawny dla dopiero co rozpoczynających swoją przygodę z muzyką operową słuchaczy) przez Barbarę Gutaj-Monowid (w roli Moryca) i Tomasza Raczkiewicza (zagrał Maxa), śledzić zmiany scenografii i elementów kostiumów albo zamknąć oczy (i tę ścieżkę polecam najbardziej!) dać się ponieść muzyce i wejść do wcześniej niedostępnych światów. Sam tytuł spektaklu - "Historie na dęte..." -  sugeruje, że orkiestrę zdominowały instrumenty dęte (w tym wypadku drewniane). Ale usłyszeć można było też m.in. waltornię, harfę, kontrabas i skrzypce. Każdy z nich dał minipopis na samym początku spektaklu. Muzyka była dokładnie taka, jak ją opisał przed premierowym pokazem kompozytor Andrei Yakushau - z elementami tej klezmerskiej, która związana była kiedyś z obrządkami żydowskimi, a potem stała się bardziej rozrywkowa. Była też niejednorodna, o różnym zabarwieniu, efektowna. Wielka, ale lekka. Po prostu dobra. Narracyjna, spójna z tym, co działo się na scenie, ale tak naprawdę mogłaby żyć swoim życiem i pozwolić wyobraźni przebudzić się z zimowego snu...  

Monika Nawrocka-Leśnik

  • "Historie na dęte - Straszna gospoda"
  • reż. Jerzy Moszkowicz
  • kier. muz. Andrei Yakushau
  • Teatr Wielki
  • recenzja z 4.12.2025

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026