Najnowsza premiera Teatru Nowego, "Hotelu Molier" Oskara Sadowskiego, jest jak luksusowe spa, w którym ktoś wypuścił wodę z jacuzzi i włączył maszynę wytwarzającą dym. Zostały puste, niesłużące nikomu niecki i sztuczna mgła...

Dwie kobiety leżą na leżakach plażowych. - grafika artykułu
"Hotel Molier", fot. Natalia Kabanow

Zacznijmy od scenografii "Hotelu" stworzonej przez Natalię Mleczak. Jest wielopoziomowa i zaprojektowana została z rozmachem godnym lepszej sprawy. Utrzymana w chłodnych barwach konstrukcja ukazuje pusty basen, pokoje zabiegowe i saunę. Jest też miejsce, w którym odprawiane są intymne, mroczne "rytuały" oraz tarasy, z których rozpościera się widok na spokojne, pozbawione życia morze. Przestrzeń symultanicznie rozgrywających się zdarzeń pierwszego aktu bywa wypełniona ludźmi, jednak znacznie rzadziej dostrzeżemy w niej jakikolwiek sens i znaczenie. Akcja drugiego aktu toczy się w hotelowej restauracji zamienionej w szczególny rodzaj czyśćca, w którym pokutę wymierza się publiczności. Choć wydarza się tu znacznie więcej niż w części pierwszej, a w pewnym momencie atrakcje - całkiem dosłownie - zalewają scenę, wynika z tego tylko powracające przeczucie zbliżającego się końca. Akurat ta intuicja działa na korzyść spektaklu. Jednak w "Hotelu Molier" wszystko dzieje się jakby samo, przez co spektakl nie przekonuje jako opowieść o kryzysie, załamaniu ani kresie jakiegoś świata, będąc jedynie zbiorem klisz ukazujących degrengoladę grupy snobów i ich małą, nieuzasadnioną apokalipsę.

Gra pozorów

W napisanym przez Oskara Sadowskiego, Marysię Stasiak i Krysię Bednarek scenariuszu pojawia się wiele odniesień do klasyki światowej dramaturgii (Molier), kina artystycznego (Bergman, Buñuel), wielkiej literatury (Borges) czy muzyki poważnej (Brahms), a także do serialowych hitów, takich jak "Biały Lotos". Nie dajmy się jednak zwieść - sieć kontekstów to tylko zasłona dymna. Sugestia, że w pustosłowiu, które słyszymy ze sceny, kryje się coś ważnego. Przesuwanie odpowiedzialności za tworzenie znaczeń na odbiorców bywa praktyką ciekawą i owocną. Jednak z próżnego i Salomon nie naleje, a czterogodzinny "Hotel Molier" to spektakl utkany z mgły. Wszystkim widzom, którzy gotowi są brać na siebie odpowiedzialność za problemy z odczytaniem sensów tego spektaklu, wątpliwości dotyczące przebiegu jego fabuły czy dylematy odnoszące się do motywacji ukazanych w nim postaci, mogę jedynie pogratulować naiwnej wiary w teatr. Próżne rady, próżny trud.

Doświadczenie reżyserskie Sadowskiego nie jest szczególnie imponujące. W kontekście spektaklu Teatru Nowego znaczenie może mieć fakt, że dwukrotnie pracował on jako asystent Krystiana Lupy. Oglądając dłużący się ponad miarę spektakl w Teatrze Nowym, można odnieść wrażenie, że chciał pójść w jego ślady. Chociaż wiele przedstawień mistrza charakteryzuje powolne tempo, różnorodność - nie zawsze zbieżnych - wątków i ironiczne spojrzenie na snobistycznych burżujów albo pseudointeligencję, wizja Sadowskiego dowodzi przede wszystkim, że spełnienie tych warunków nie wystarczy, by stworzyć drugą "Wycinkę". Wspominany na scenie w rozmowie Alberta (Janusz Grenda) i Bernarda Dubois (Paweł Hadyński) z Krystyną Hayel (Maria Rybarczyk) Pierre Menard z opowiadania Jorge Luisa Borgesa nie napisze nowego "Don Kichota", nawet jeśli będzie przepisywał oryginał słowo po słowie.

Bohaterowie są znudzeni

W ekskluzywnym nadmorskim hotelu spotykają się przedstawicielki i przedstawiciele wyższych sfer oraz kilka osób naśladujących ich styl życia. Kelnerzy i inni pracownicy obsługi uprzejmie spełniają każde życzenie faworyzowanych klientów, ale tym, którzy nie mieszczą się w tej grupie, potrafią zdecydowanie odmówić. Rosyjski magnat finansowy Wiktor Bałaban (Sebastian Grek) spędza czas w towarzystwie żony (Antonina Choroszy) i kochanki (Malina Goehs). Ponieważ interesują go przede wszystkim kolejne butelki wypijanego alkoholu, kobiety nie rywalizują o jego względy. Małżeństwo starszych gejów Dubois poddaje się zabiegom leczniczym i relaksacyjnym, ani na chwilę nie rezygnując z myślenia o interesach. Przyciągający uwagę innych gości aktor (Michał Kocurek) próbuje bratać się z jednym z kelnerów (Ildefons Stachowiak). Nie posuwa się jednak tak daleko, jak Anastazja Bałaban (wspomniana Antonina Choroszy) - drapieżny wamp i jednocześnie wampirzyca energetyczna.

Zainteresowanie aktorem ujawnia znudzona mężem (Tomasz Mycan) influencerka Lukrecja (Martyna Zaremba-Maćkowska), robiąca sobie selfie nad basenem i zafascynowana makabrycznymi opowieściami o ciałach w pokojach hotelowych i krokodylach czyhających na nieostrożnych surferów. Na uboczu tego pozornie kolorowego, zblazowanego towarzystwa znajduje się Elisabeth Vogler (Gabriela Frycz). Milcząca śpiewaczka operowa to postać zapożyczona z filmu "Persona" Ingmara Bergmana. Oniryczne wizje ukazują ją w powiewającej na sztucznym wietrze pelerynie i w romantycznych pozach, markującą imponujące wokalizy. Opiekuje się nią rozgadana pielęgniarka Alma (Maria Bruni), snująca infantylne opowieści o wyuzdanym, orgiastycznym seksie. Poza obsługą hotelu i jego menadżerką (Edyta Łukaszewska), starającymi się zaspokoić nawet najbardziej trywialne i wyszukane pragnienia gości, niemal żadna z postaci nie ujawnia swoich motywacji. Cały, ponaddziewięćdziesięciominutowy pierwszy akt służy tylko ukazaniu znudzenia zblazowanych przedstawicielek i przedstawicieli klasy próżniaczej. Muzyczny lejtmotyw z filmu "Kobieta i mężczyzna" wprowadza wrażenie beztroski. Z czasem będzie jednak coraz częściej przełamywany i wichrowany, sugerując zbliżającą się katastrofę.

Bal na Titanicu

Drugi akt spektaklu Sadowskiego rozgrywa się w hotelowej restauracji, która z czasem coraz wyraźniej zaczyna przypominać salę balową luksusowego statku na chwilę przed zderzeniem z górą lodową. Wieczór zorganizowany jest jako seria powtórzeń, co może być nawiązaniem do - charakteryzującej się całkiem innym nastrojem - "Końcówki" Samuela Becketta. Podczas odprawy załogi wychodzi na jaw, że kończą się zapasy, a dostawcy gdzieś zniknęli: zostały dwie butelki wódki, a kawior będzie musiał zostać zastąpiony przez mielonkę. Wejście gości zostaje powtórzone dwukrotnie, a w ich rozmowach coraz częściej pojawiają się zapowiedzi końca i zamknięcia hotelu. Kocurek, grający wcześniej popularnego aktora, pojawia się na scenie w nazistowskim mundurze. W dialogach pobrzmiewają nawiązania do wojny nuklearnej, Holokaustu i wyczerpania się zasobów wody pitnej. Obsługa inicjuje odegranie fragmentów "Chorego z urojenia" Moliera, co można odebrać jako krytyczny komentarz dotyczący problemów postaci, obnażonych już w pierwszym akcie.

Po antrakcie "Hotel Molier" przypomina katalog atrakcji desperacko dokładanych do menu, mimo utraty apetytu przez przesyconych gości. Zagęszczone toasty i choreografie, które raz po raz zawieszają akcję, spazmy Starszego Kelnera, który z niezrozumiałych powodów podszywał się pod jednego z gości i złowieszcze, brązowe plamy na jego bieliźnie wydają się jedynie desperacką próbą ukrycia dramaturgicznych mielizn, na których coraz wyraźniej osiada spektakl Sadowskiego. Wiem, że Olga Lisiecka potrafi świetnie śpiewać. Nie mam jednak pojęcia, dlaczego musi zostać w tym celu podwieszona nad sceną przez Młodszego Kelnera. Kolejne upadki, omdlenia i pozorowane zgony postaci następują tak często, że przestają robić na mnie jakiekolwiek wrażenie. Apokaliptyczny finał, w którym na scenę wylewają się ogromne ilości piany, z sufitu pada teatralny śnieg, a z głośników rozbrzmiewa Brahms, sugeruje symboliczne pogrzebanie świata przedstawionego. Tyle tylko, że rzeczywistość, z którą obcowałem przez cztery godziny, nie stała się mi w żaden sposób bliska.

Stracone szanse

Kilka scen i pomysłów wpisanych w scenariusz "Hotelu Molier" niosło możliwość budowania interesujących znaczeń. Nie stały się one jednak osią tego zamglonego przedstawienia, którym rządzi zasada all inclusive. Zamówiony przez pana Tama Gochi (gościnny występ występującego jeszcze parę lat temu w Teatrze Polskim Wiesława Zanowicza) i zorganizowany przez menadżerkę Rytuał Śpiącej Piękności to złowieszcza praktyka spotkania mężczyzny z uśpioną, nagą kobietą, czekającą na niego w dyskretnym miejscu. Zakup tej dziwnej usługi obwarowany jest pewnymi ograniczeniami, sprowadzającymi się do reguły niezostawiania śladów na ciele dziewczyny. Ta scena ukazuje zasady funkcjonowania władzy, które nie ujawniają się tak wyraźnie ani w rozmowach przy basenie, ani podczas późniejszej kolacji. Są w niej odniesienia do klasy, pieniędzy, kolonialnego wyzysku czy podległości płci. Jednak - po stwierdzeniu menadżerki: "pana nazwisko nigdy nie zostanie ujawnione" - realizatorzy nie wykorzystują stworzonych przez siebie możliwości.

Interesujące znaczenia otworzyło też wspomnienie eksperymentu Kurta Richtera, który testował wolę życia na szczurach wrzucanych do słojów z wodą. Jeśli nie dano im nadziei na przetrwanie, tonęły po kilkunastu minutach. Ale te, które przez chwilę podtrzymano ponad powierzchnią, walczyły o przetrwanie nawet kilkadziesiąt godzin. Na tej podstawie można by zbudować metaforę obrazującą hotelowy mikrokosmos, opisując relacje pomiędzy gośćmi i obsługą hotelu. Może tylko przegapiłem takie próby twórczyń i twórców spektaklu?

Wśród dorosłych postaci na scenie co jakiś czas pojawiają się dzieci. W kontekście końca ich obecność niesie nadzieję. Może być zapowiedzią przyszłości zdolną przełamać pustkę świata. A może, o czym świadczą konkretne sceny z ich udziałem, są raczej symbolem destrukcji i szablonowych stereotypów? Sadowski i zespół współpracujących z nim osób mieli do dyspozycji olbrzymie środki i znakomity zespół Teatru Nowego. Aktorki i aktorzy robią co mogą, żeby ratować ich spektakl: Michał Kocurek tworzy postać rozdartą między komfortem życia celebryty a rosnącym przeczuciem utraty sensu, Martyna Zaremba-Maćkowska odsłania kruchość i niepokój swojej postaci, a Maria Rybarczyk z finezją rozgrywa puste bon moty granej przez siebie bohaterki. Jednak - mimo starań także pozostałych aktorek i aktorów - najsilniej oddziałuje niema obecność Elisabeth Vogler, kreowanej przez Gabrielę Frycz, a najbardziej trafną metaforą spektaklu Sadowskiego okazuje się basen, wypełniony jedynie mgłą cytatów i zapożyczeń.

Piotr Dobrowolski

  • "Hotel Molier"
  • reż. Oskar Sadowski
  • Teatr Nowy
  • premiera: 6.12.2025

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026