Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

Od Szeherezady do "Breaking Bad"

- Zdecydowanie najlepszą pod wieloma względami produkcją wieloodcinkową, jaka powstała do tej pory, jest według mnie Breaking Bad. Scenariuszowo i dramaturgicznie przemyślana jak film, od samego początku do końca - mówi Zuzanna Lewandowska*, doktorantka na filmoznawstwie UAM.

. - grafika artykułu
"Breaking Bad", (fot. Netflix)

Olga Tokarczuk w mowie noblowskiej stwierdziła, że "pierwsze dwie dekady dwudziestego wieku należą do seriali". Skąd taka zmiana znaczenia w kulturze? Seriale są przecież tak stare jak telewizja.

Albo nawet starsze, korzeni można szukać naprawdę daleko.

Za matkę seriali uważam Szeherezadę, która przecież odkładała wykonanie swojej kary śmierci przez "1000 i jedną noc", zawieszając akcję swych opowieści tuż przed każdym świtem.

Sztuka opowiadania jest stara jak świat. Serial zaś jest pojmowany jako forma powtarzalna. Czy to powieść drukowana w odcinkach, czy radiowe słuchowiska, jak polskie tasiemce Matysiakowie czy W Jezioranach, pojawiały się raz w tygodniu, a nawet codziennie, jak telewizyjne telenowele. Drukowane były w tych samych miejscach w gazecie, emitowane o tych samych godzinach, byśmy jako czytelnicy, słuchacze czy widzowie mogli je z łatwością odnaleźć i z radością powrócić do swoich ulubionych bohaterów, tych naszych bogów, z którymi się trochę utożsamiamy. Często wzdychamy do tego życia, jakie obserwujemy na ekranie, co też generuje oglądalność, jak choćby  w przypadku słynnych amerykańskich seriali: I love Lucy z lat 50. czy Dynastii z lat 80. Taka seryjność opowiadania wzięła się też z tzw. dime novels - literatury wagonowej, drukowanej już od połowy XIX wieku, czy też penny dreadful stories - historii publikowanych masowo raz w tygodniu w formie sprzedawanego za centa dodatku weekendowego. Kino wtedy dopiero kiełkowało, a co tu mówić o telewizji. Dominowały zaś historie detektywistyczne, kryminalne, które też kończyły się tzw. cliffhangerem, tym zawieszeniem akcji, które stało się wizytówką struktury narracyjnej współczesnych seriali. W najbardziej emocjonującym momencie opowieść jest ucinana  i odbiorca musi czekać kolejny tydzień na nowy odcinek. To generowało powracalność czytelnika, a dziś widza. Seriale czy telenowele w jakiś sposób też jednoczyły rodziny, znajomych.

Opery mydlane to tzw. telewizja śmieciowa, a od kiedy można mówić o początkach telewizji jakościowej?

Podobnie jak w przypadku kina, gdzie odchodzi się już od rozróżnienia na to artystyczne i klasyczne (hollywoodzkie), tak i sprawa wygląda w przypadku serialu. Nie do końca bym się więc zgodziła, by stosować taki czarno-biały podział na tzw. telewizję śmieciową, czyli telenowele, i np. sitcomy, które przecież kiedyś posługiwały się prostymi i przewidywalnymi formułami i były produkcjami niskobudżetowymi. Myślę, że pierwszą jaskółką zapowiadającą wysyp seriali wysokojakościowych (tzw. quality drama), z jakimi dziś mamy do czynienia, było Miasteczko Twin Peaks Davida Lyncha z roku 1990.

Kto zabił Laurę Palmer? - lejtmotyw serialu to było dla widzów prawdziwe zaskoczenie i najdłuższy cliffhanger w dziejach telewizji. Kolejny, 3. sezon Lynch nakręcił dopiero w roku 2017.

Z Miasteczkiem Twin Peaks mamy pewien problem. Z pozoru jest to znajoma widzom intryga detektywistyczna. Ale nie jest to klasyczny format proceduralny, gdzie akcja zamyka się w obrębie jednego epizodu, a fabuła każdego odcinka ogniskuje wokół np. dochodzenia czy też medycznej diagnozy, a odcinki łączy osoba głównego bohatera i jego interakcje z innymi bohaterami. Dla przykładu można przytoczyć serie, takie jak CSI, The Good Wife czy Dr House. Ale produkcja Lyncha to też nie klasyczny serial kontynuowany, w którym akcja toczy się wokół jednej sprawy przez cały sezon (a czasem kilka sezonów), a relacje między bohaterami są sukcesywnie budowane i rozwijane. Miasteczko Twin Peaks nie było skierowane do masowej publiczności, przez swój zbyt surrealistyczny i art-house'owy format, wpisujący się zresztą w charakterystyczną twórczość Davida Lyncha.

No to który serial jest ten pierwszy z pierwszych?

Przychodzi rok 1999 i na ekranach pojawia się serial Rodzina Soprano - produkcja stacji HBO, która szybko wyrosła na pioniera telewizji jakościowej, świadomie podejmując walkę o widza. Stąd też ich hasło reklamowe: "to nie telewizja, to HBO", którym jeszcze bardziej odżegnują się od przynależności do tego, co było powszechnie obecne w ramówkach najbardziej popularnych amerykańskich stacji telewizyjnych. Wystarczy przyjrzeć się kolejnym sezonom Rodziny Soprano, która nakręcona została niczym film fabularny w odcinkach. Autorzy inkorporują rozmaite strategie dramaturgiczne, które do tej pory były zarezerwowane dla filmu. Silnie wyeksponowany i rozbudowywany z sezonu na sezon wątek psychoanalityczny, zawiłości narracyjne i fabularne, postaci z krwi i kości - to wszystko złożyło się na serial, który stawia sobie za odbiorcę bardziej wymagającego i uważnego widza niż tego wyhodowanego na produkcjach "ramówkowych".

Szef gangu, który chodzi do psychoanalityka, bo cierpi na stany lękowe, to postać nieznana dotąd w popkulturze?

Rodzina Soprano to prawdziwy kamień milowy w dziejach telewizji, gdyż wylansował zupełnie nowy model bohatera, a właściwie antybohatera. Jest to najbardziej symptomatyczna dla współczesnych seriali figura, odzwierciedlająca nie tylko zmiany dotyczące konstruowania głównej postaci na modłę filmową (antybohater filmowy stał się przecież poniekąd wizytówką amerykańskiego kina kontestacji, antywesternów etc.), ale i te na gruncie społecznym, uruchamiając tym samym aspekt socjologiczny. Protagoniści najbardziej popularnych seriali ostatnich lat, takich jak Dr House, Siostra Jackie, Hannibal, Synowie Anarchii, Breaking Bad czy mój ulubiony Dexter, mimo jawnej dwuznaczności moralnej, jaką reprezentują sobą czy swoimi czynami, wzbudzają nie tylko naszą sympatię czy sprawiają, że mimo wszystko im kibicujemy (choć działają poza prawem, według własnych zasad, a co więcej, są w swoich poczynaniach dość brutalni i bezkompromisowi), ale co więcej - zaczynamy się z nimi utożsamiać.

A jaki jest Twój ulubiony serial, magisterkę pisałaś z Dextera? Mój faworyt to Carnivale.

Ciężko wybrać ten ulubiony, jednak zdecydowanie najlepszą pod wieloma względami produkcją wieloodcinkową (5 sezonów), jaka powstała do tej pory, jest według mnie Breaking Bad. Scenariuszowo i dramaturgicznie przemyślana jak film, od samego początku do końca. Serialowa opowieść o upadku moralnym Waltera White'a z pewnością wpisze się w karty historii telewizji jakościowej jako jedna z tych produkcji, które wysoko postawiły poprzeczkę kolejnym, pojawiającym się jak grzyby po deszczu, serialom spod znaku quality drama. A z pewnością jest z czego wybierać i każdy, nawet najbardziej wyrafinowany widz zapewne odnajdzie coś dla siebie.

rozmawiał Przemysław Toboła

*Zuzanna Lewandowska - doktorantka w Instytucie Filmu, Telewizji i Nowych Mediów UAM. Interesuje się współczesnym serialem telewizyjnym, postmodernizmem filmowym i kulturą popularną.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020