Kultura Poznań.pl

Film

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Born to Be Wild

W "Aniele", historii zainspirowanej morderczą działalnością Argentyńczyka Carlosa Eduarda Robleda Pucha, śmierć ma twarz cherubina - kędzierzawego blondyna o niewinnych oczach i rysach dziecka.

.
fot. materiały dystrybutora

Siedemnastoletni, charyzmatyczny Carlos, nazywany pieszczotliwie Carlitem, pochodzi z dobrego domu, ale sam określa siebie urodzonym złodziejem. W biały dzień przekracza progi obcych domostw i ogołaca je z tego, co dla niego wartościowe - z rock'n'rollowych winyli, bibelotów, złotych łańcuszków, którymi obdarowuje potem swoją dziewczynę. Kiedy jednak w nowej szkole poznaje Ramona, a później także jego ojca José, wypływa na szerokie wody. Jego kradzieże stają się coraz bardziej zuchwałe, na dodatek podczas jednego z włamań przypadkowo zabija gospodarza. Na całe to zdarzenie reaguje lekkim, afirmatywnym zainteresowaniem, by wkrótce na dobre wkroczyć na ścieżkę zbrodni, z której nie ma już odwrotu.

Reżyser Luis Ortega podrasował głównego bohatera - odmłodził go o dwa lata (w rzeczywistości Carlos podczas dokonywania zbrodni miał 19, a nie 17 lat), by tym bardziej uderzyć widza jego niewinnością, na każdym kroku podkreśla jego piękno i magnetyzm. Czyni to doskonale - już w jednej z pierwszych scen, podczas włamania do willi, nie spiesząc się, młodociany przestępca penetruje opuszczone domostwo, by w końcu w rytmie skocznej muzyki wykonać zmysłowy, radosny taniec, tak bardzo kontrastujący z jego późniejszymi czynami. Nie przypadkiem też rezygnuje z kradzieży luksusowego auta na rzecz motocykla - niczym bohaterowie "Swobodnego jeźdźca" łapie wiatr we włosy, wartością najwyższą jest bowiem dla niego wolność. Dodać należy, że chodzi tu o wolność w niemalże boskim wydaniu - również tę do przekraczania wszelkich granic i odbierania innym życia.

Nie pierwszy raz twórcy uciekają się do estetyzacji mordercy, czynienia go fascynującym i pociągającym - wystarczy przypomnieć tytułowych bohaterów "Bonnie i Clyde'a", Alexa i jego bojków z "Mechanicznej pomarańczy" czy Mickey'ego i Mallory z "Urodzonych morderców". "Anioł" mocno koresponduje również z "Domem, który zbudował Jack" - w obu filmach morderstwa przyrównane zostały do projektów artystycznych, choć u von Triera teza ta wybrzmiała znacznie mocniej. U Ortegi padają tylko słowa, że świat należy do artystów i przestępców. Być może w głowie Carlosa nie ma między nimi większej różnicy.

Fantastyczny jest wcielający się w Carlosa Lorenzo Ferro - kolejny w ostatnim czasie beautiful boy po Timothée Chalamecie. Tutaj uwodzicielski i okrutny, brutalny, ale paradoksalnie wyprany z jakiejkolwiek agresji, androgyniczny, groteskowy, dziki, nieobliczalny. Również przerysowany, bo w zasadzie ciężko mówić o jakiejś pogłębionej psychologii postaci w jego przypadku. To bardziej posąg wykuty przez media, które w pierwszej połowie lat 70. żywiły się historią Carlosa, uczyniły z niego mordercę celebrytę. To on nieustannie przykuwa wzrok, a jego obecność ubarwia doskonale dobrana muzyka.

"Anioł" to produkcja stylowa, o lekkim zabarwieniu kontrkulturowym, ale też nieobligatoryjna. Do szczęścia zabrakło bowiem jakiejś głębszej refleksji, bo teza o nieuchwytności i niedefiniowalności zła w kontekście całego filmu brzmi jednak trochę banalnie. Całość postacią Carlosa stoi - czarnego anioła, mrocznego wędrowca, posłańca śmierci, który niegdyś oczarował argentyńską opinię publiczną.

Adam Horowski

  • "Anioł"
  • reż. Luis Ortega

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019