Kultura Poznań.pl

Teatr

opublikowano:

Pokaż, że krzyczysz ciałem

- Miałem różne fascynacje. Od każdego z choreografów, z którymi współpracowałem, starałem się nauczyć czegoś nowego - mówi Andrzej Adamczak*, tancerz i choreograf, świętujący 25-lecie pracy artystycznej.

. - grafika artykułu
Andrzej Adamczak, fot. Adam Ciereszko

Jak zaczął się taniec w Twoim życiu?

Byłem uczniem klasy akrobatycznej w Szkole Podstawowej nr 6 w Poznaniu. Od mojej nauczycielki wuefu dowiedziałem się, że jest nabór do szkoły baletowej. Nie wiedziałem co prawda, co to jest balet, czym jest szkoła baletowa. Siedziałem w sporcie, w akrobatyce, w której odnosiłem mniejsze i większe sukcesy. Ale pojechałem na egzaminy, dostałem się od razu, bo byłem rozciągnięty, miałem długie nogi, skok...

Zadebiutowałeś na scenie dekadę później w zespole baletowym Teatru Wielkiego w Poznaniu.

Ten pierwszy etap to było takie "dotykanie" tańca, oczywiście wszedłem w repertuar, dostałem taką możliwość - dyrektor Liliana Kowalska wiedziała, kogo zatrudnia, znała mnie ze szkoły. Wiedziała, że jestem pracowity, sumienny, że lubię tańczyć, dała mi szansę.

Po pół roku zatańczyłem Popołudnie fauna, ja - gówniarz, miałem 20, może 21 lat, a zatańczyłem pierwszoplanową rolę - króciutką, ale bardzo odpowiedzialną. Potem dostałem koryfeja [awans dla tancerza, który już nie jest w grupie baletowej tworzącej tło w spektaklu, ale jeszcze nie jest solistą - przyp. red.], kolejne pół roku później zostałem solistą. Szlifowałem technikę, samodyscyplinę, miałem możliwość tańczenia różnego repertuaru, co poszerzało horyzonty. Jeśli potrzebny był taniec charakterystyczny - to go robiłem. Jeśli neoklasyczny - też. Umiałem być wszechstronny w tańcu. W klasycznym repertuarze nie dostawałem głównych ról, co za bardzo mi nie przeszkadzało. W końcu dostałem propozycję zatańczenia Johna w Zorbie. I tańczyłem go dosyć długo. Ale potem przyszedł kryzys w teatrze, robiliśmy raczej wstawki baletowe niż spektakle. A mnie ciągnęło do tańca współczesnego...

Z dnia na dzień rzuciłeś etat w Teatrze Wielkim i wyjechałeś do Szczecina, tworzyć z Pawłem Mikołajczykiem autorski Teatr Tańca DNA przy Operze na Zamku.

W Szczecinie niestety nam nie wyszło, spędziłem tam nieco ponad pół roku i wróciłem do Poznania, wtedy już do Polskiego Teatru Tańca pod dyrekcją Ewy Wycichowskiej.

Pracę w PTT rozpoczynałem 1 września 2001 roku. 10 dni później runęły wieże World Trade Center w Nowym Jorku. Pamiętam, że tego dnia przygotowywałem się do mojego pierwszego spektaklu w zespole PTT - Tango z Lady M., w którym... spektakularnie wyłożyłem się na scenie. To było podczas sympozjum lekarzy, jak zwykle tańczyliśmy na scenie, na której była położona podłoga baletowa, a na niej stały kompozycje kwiatowe. Ktoś wcześniej spryskał te kwiaty jakimś środkiem, żeby liście błyszczały. I nie wytarł podłogi.

Czyli miałeś "mocne wejście" do zespołu. Tańczyłeś w PTT ponad 15 lat. Ukształtował Cię ten teatr?

Każdy tancerz ewoluuje w ruchu, poszukuje swojego języka. Ja swojego nauczyłem się w Polskim Teatrze Tańca. Ogromnym plusem pracy tam było to, że Ewa Wycichowska zapraszała choreografów z różnych krajów: z Izraela, Norwegii, Francji. Ohad Naharin, Yossi Berg, Jo Stromgren... Miałem ogromne możliwości rozwoju, dostawałem u nich role. To pozwoliło mi rozwinąć własny język choreograficzny.

Które spotkania okazały się dla Ciebie przełomowe?

Miałem różne fascynacje. Od każdego z choreografów, z którymi współpracowałem, starałem się nauczyć czegoś nowego. Na jednym z etapów byłem zakochany w Kresniku. Widziałem kilka jego spektakli w duchu ekspresjonizmu niemieckiego, na scenie m.in. lała się krew, oczywiście w postaci farby, to mnie zainspirowało do zrobienia spektaklu JA-JO. Nie chodziło oczywiście o kalkę, kopiowanie, ale inspirację. Bardzo lubiłem i lubię Pinę Bausch - nie wszystkie spektakle, ale są wśród nich takie, które zapadają w pamięć na zawsze. Wielu rzeczy sam się nauczyłem, metodą prób i błędów, słuchałem podpowiedzi Ewy Wycichowskiej, choć nie zawsze się z nią zgadzałem.

Co z tego przekazujesz teraz swoim uczniom i studentom?

Pokazuję każdy ruch przez swoje ciało, chyba że mamy akurat jakiś fragment improwizacji. Kiedyś próbowałem na kartkach rozpisywać konkretny ruch, układ, ale potem w zetknięciu z tancerzem na żywo najczęściej nic z tego nie wychodziło.

Posługujemy się wszyscy tymi samymi słowami, ale trzeba umieć je poukładać. W ten sposób tłumaczę to tancerzom, z którymi pracuję: "Myśl o ruchu jak o frazie". Czy wypowiadając zdanie, robisz to na jednym oddechu? Czy stawiasz przecinki, kropki, znaki zapytania? Przełóż to na język ciała. Jak ma być wykrzyknik, to go pokaż. Pokaż, że krzyczysz bez głosu, ciałem.

Tłumaczę im też, że jak ludzie kupują bilety i przychodzą na spektakl, to nie interesuje ich, czy masz lepszy, czy gorszy dzień. Oczywiście to może mieć wpływ na to, jak zatańczysz, ale wychodząc na scenę, zostawiasz świat domowy za sobą.

Potrafisz tak?

Nie przynoszę domu do pracy i pracy do domu. W domu chcę zjeść kolację, napić się wina, zapalić papierosa na tarasie i po prostu być. Moje studentki myślały kiedyś, że jak wracam z teatru do domu, to nadal jestem artystą. Zdecydowanie nie! Odcinam się, wyłączam. Mam ogród, który uwielbiam, w którym kopię, przycinam żywopłot, sadzę i pielęgnuję rośliny, czyszczę i odnawiam taras. Nie wierzyły, że tak to wygląda.

Jest jeszcze coś poza tańcem i ogrodem?

Uwielbiam podróżować. Dalajlama powiedział kiedyś, że raz w roku powinniśmy wyjechać w miejsce, w którym nigdy nie byliśmy. Staram się to realizować: Izrael, Sycylia, Kuba, Mauritius, Zanzibar, Kenia. Z teatrem tańca m.in. Ekwador, Indie, Nowy Jork... Kilka ostatnich planów niestety zatrzymała pandemia.

Nigdy nie zwątpiłeś w to, co robisz?

Miałem moment zwątpienia, kiedy zostałem z dnia na dzień zwolniony z PTT przez nową dyrekcję. Nie pasowałem do nowej wizji teatru. To bolało długo. Nie wiedziałam co dalej. Bo oto nagle znikasz ze sceny, odchodzisz w zapomnienie... Odbyłem kilka rozmów zawodowych, niestety nic z tego nie wyszło. To był trudny czas, być może nie do końca mam go za sobą. Zawsze jednak powtarzam moim uczniom, że nie należy się poddawać, zawsze w końcu wyjdzie słońce.

To jaki jest plan na najbliższy czas?

Chciałbym powtórzyć wieczór jubileuszowy, raz jeszcze pokazać spektakl, który stworzyłem specjalnie na tę okazję - Nie czas, by spać. Chciałem nim przypomnieć o sobie, pokazać, że przez te lata coś zrobiłem dla miasta i coś znaczyłem dla widzów. Nadal planuję tworzyć spektakle, czas pokaże, czy teatry nadal będą otwarte dla widzów, bym mógł dzielić się swoją twórczością.

Rozmawiała Sylwia Klimek

*Andrzej Adamczak - absolwent Państwowej Szkoły Baletowej w Poznaniu i pedagogiki baletu na Wydziale Edukacji Artystycznej Akademii Muzycznej w Warszawie. Debiutował na scenie Teatru Wielkiego w Poznaniu w sierpniu 1996 roku, po kilku sezonach przeprowadził się do Szczecina, gdzie współtworzył Teatr tańca DNA przy Operze na Zamku. Po powrocie do Poznania w 2001 roku związał się z Polskim Teatrem Tańca, gdzie przez ponad 15 lat był I solistą i choreografem. Od 2016 roku freelancer, choreograf i pedagog, współpracuje z Ogólnokształcącą Szkołą Baletową w Poznaniu i Katedrą Tańca na AWF.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021