Kultura w Poznaniu

Książki

opublikowano:

Smakosze wszystkich fyrtli - łączmy się!

- Znaleźliśmy smaczne miejsca w każdym z 42 fyrtli! Niektóre z knajpek serwujących wspaniałości nie mają nawet profilu w mediach społecznościowych, miewają przestarzałe witryny lub trzeba się bardzo naszukać, by do nich trafić. A warto - mówią Magda Ratajczak i Mateusz Spurtacz, prowadzący blog My tu jemy, autorzy książki Fyrtle. My tu jemy.

Para blogerów siedzi przy stoliku w kawiarni, piją kawę. Mają na sobie bluzy w naturalnych kolorach (zielony i beżowy), ściana za nimi jest na pozór niedbale, surowo pomalowana w kolory beżowo-żółte, wisi na niej duża litera K. - grafika artykułu
Magda Ratajczak i Mateusz Spurtacz z My tu jemy, fot. Lula Shots

Ci, którzy zdążyli już przejrzeć Waszą książkę, mówią, że to prawdziwa perełka i jedno z najoryginalniejszych spojrzeń na lokalną kuchnię. Skąd pomysł na wydanie kulinarnego przewodnika po Poznaniu, który będzie czymś więcej niż spisem miejsc, w których można się stołować?

Mateusz Spurtacz: Pomysł kiełkował nam w głowie już od dawna. Jako My tu jemy działamy w internecie od siedmiu lat i chcieliśmy stworzyć coś bardziej namacalnego. Okazja trafiła się, kiedy wrzuciłem na profil FB zdjęcie z okładką pierwszej części książki Fyrtle, która mnie absolutnie kupiła. Przedstawiciele Miasta Poznań odezwali się wtedy do nas w ramach podziękowań. Od słowa do słowa - umówiliśmy się z nimi na dłuższą rozmowę, na której padło TO pytanie.

Magda Ratajczak: Oni chcieli zrobić przewodnik i my chcieliśmy zrobić przewodnik! Mieli także kontakt do naszej redaktorki prowadzącej, Magdy Nowickiej Chomsk, która ma ogromne doświadczenie w prowadzeniu bardziej ekskluzywnych wydawnictw drukowanych. Gdy ogłosiliśmy publicznie, że zaczynamy pracę nad książką, dostaliśmy sporo gratulacji, ale również, niestety, trochę hejtu. Uznaliśmy, że marudzić każdy może, ale skoro da się coś zrobić dla - nadal ogromnej - lokalnej sceny gastro, to trzeba działać.

Mateusz: I wszystko zadziałało bardzo szybko. Od początku wiedzieliśmy, że to nie może być tylko nasza książka, że do jej tworzenia warto zaprosić ekspertów różnych kulinarnych dziedzin. Czasami szukaliśmy ich długo, ale czasami najciemniej było pod latarnią - artykuł o kawie napisał Juliusz Michalski, który składał tę książkę. Nie dość, że kawosz, to jeszcze rowerzysta, więc nie tylko naprodukował się dla nas o najsmaczniejszych i najoryginalniejszych kawach w Poznaniu, ale jeszcze rozrysował rowerowy szlak pomiędzy nimi!

Sporo u Was takich tematycznych rozdziałów - jeden z nich jest w całości poświęcony studenckim, bardzo ekonomicznym knajpom.

Magda: Tak, niektóre pomysły mieliśmy od początku, a niektóre przyszły do nas z czasem. O tym, że napiszemy o barach mlecznych i innych "rozsądnych cenowo" miejscach, wiedzieliśmy od początku. Zwłaszcza że my sami bywamy w takich najczęściej. Często internauci zarzucają nam, że jednego dnia jadamy wykwitnie, a drugiego siedzimy na domowych pierogach - a nam właśnie o to chodzi, by być blisko różnych kulinarnych doświadczeń. Nie mówiąc już o tym, że każdy czasami szuka odmiany lub miejsca na specjalną okazję.

A czy Was samych coś zaskoczyło podczas stołowania się w różnych fyrtlach?

Magda: To, ile nowości odkryliśmy. Znaleźliśmy smaczne miejsca w każdym z 42 fyrtli! Musieliśmy wyjść poza własną bańkę, a rzadko przecież mamy okazję jechać na kawę na drugi koniec miasta. Nie mówiąc już o tym, że niektóre z knajpek serwujących wspaniałości nie mają nawet profilu w mediach społecznościowych, miewają przestarzałe witryny lub trzeba się bardzo naszukać, by do nich trafić. A warto!

Mateusz: Z czasem pomyśleliśmy też, że nasza książka może być dobrym punktem wyjścia do rozbudowy poznańskiej gastronomii. Spójrz tylko - ktoś, komu marzy się własna piekarnia czy kawiarnia, może na podstawie Fyrtli. My tu jemy sprawdzić, w której dzielnicy takich miejsc brakuje, a gdzie jest ich nadmiar.

Magda: Pewna rodzina, o której piszę w książce, chciała otworzyć swoje miejsce serwujące kuchnię ormiańską. Wybrali Żegrze, które jest pustkowiem gastronomicznym. Spodziewali się, że klienci będą się u nich pojawiać tylko  przy okazji wycieczek do ratajskich centrów handlowych, a nie śniło im się nawet, że zaczną przyjeżdżać specjalnie do nich, nawet z dalszych fyrtli.

Mateusz: I to akurat nic dziwnego. Poznaniacy są kulinarnie otwarci i gotowi na prawdziwe poświęcenia, żeby zdobyć bochenek chleba w ulubionej piekarni. Widzimy też, że bardzo lubią odkrywać nowe smaki, czasem zupełnie nieoczywiste.

I w Waszej książce piszecie także o tym, o miejscach serwujących wyjątkowo egzotyczną kuchnię.

Magda.: Początkowo chcieliśmy nawet podzielić dział o kuchniach świata na podkategorie, ale zdecydowaliśmy, że nie będziemy się rozdrabniać. Zwłaszcza że kategorii w książce już jest mnóstwo - są działy poświęcone m.in. chlebowi, miejscom dla freelancerów, food trackom, kuchni na wynos, kuchni polskiej czy kuchni luksusowej. Jeśli chodzi o kuchnie świata - w Poznaniu dominują knajpki włoskie i azjatyckie, co wcale nie oznacza powtarzalności, bo można wśród nich znaleźć bardzo oryginalne koncepty. A wyjątki? Nie każdy o tym wie, ale w Poznaniu znajdziemy znakomitą kuchnię Kirgistanu. Rozmawiamy z właścicielką o jej ryzykownych decyzjach i tradycyjnych, przepysznych daniach. Opowiadają nam o tym także właściciele knajpki ormiańskiej i meksykańskiej. Śmiejemy się, że w Poznaniu centrum świata wyznaczają ulice Szamarzewskiego i Wawrzyniaka - czego tu nie znajdziemy! Kuchnie włoska, etiopska, kirgiska właśnie! Warto też zwrócić uwagę, że sukces takich miejsc bywa tym bardziej imponujący, że nie każdy egzotyczny smak łatwo się w Polsce przyjmuje. Na przykład smaki afrykańskie - z nimi nadal bywa trudno.

Ze względu na nieznane nam jeszcze składniki i przyprawy?

Magda: Tak, choć i w takich przypadkach sytuacja się zmienia. Spójrzmy na kuchnię tajską, jeszcze do niedawna bardzo niszową i raczej ułagodzoną, specjalnie pod polskie podniebienia. Teraz poznaniacy, którzy wracają z Tajlandii i stołują się w lokalnych knajpach, nie czują różnicy w smakach.

Mateusz: Zdecydowanie rośnie nasza gotowość do próbowania tego, co jest zupełnie odmienne od kuchni polskiej. I za tą gotowością idą nie tylko restauracje - wystarczy wejść do supermarketu, by przekonać się, jak bardzo rozwinął się dział oferujący produkty i przyprawy z całego świata.

Nie macie obaw, że świat pójdzie do przodu za szybko, a Wasza książka szybko się zdezaktualizuje?

Magda: Absolutnie! O ile zazwyczaj jesteśmy lękowi, to akurat taka prognoza nawet nam do głowy nie przyszła. Gdyby iść tym tokiem myślenia, to nikt nigdy nie wydałby żadnej książki o gastronomii.

Mateusz: Piszemy o nowościach, ale także o miejscach, które działają bardzo długo i nie znikną z dnia na dzień. Chcieliśmy stworzyć pewnego rodzaju pamiętnik kulinarny - zapis tego, co dzieje się w Poznaniu tu i teraz, czego jest najwięcej, gdzie jest najsmaczniej.

Magda: Chodziło nam też o to, by oddać hołd restauratorom, którzy często działają na ostatnim oddechu. To przecież ogrom pracy - stworzenie miejsca z klimatem, skomponowanie menu, zadbanie o komunikację z gośćmi, dostawcami, o media społecznościowe... To jest cały ekosystem ludzi, a my dostajemy tylko efekt końcowy - danie podane do stołu.

Chcieliśmy opisać całe to, jak mówimy: "doświadczenie restauracyjne". Specyficzną energię danego miejsca, urok roztaczany przez właścicieli, szczegóły wystroju, sposób podania potraw i selekcjonowania ich.

Mateusz: I widzimy, jaką radość wywołuje nasza książka. Właściciele knajpek zrobili sobie z nią zdjęcia, często dodając jeszcze kawałek historii od siebie, wielu wpadło na premierę. Co do samej premiery, to chyba po raz pierwszy tak wielu restauratorów "z różnych bajek" spotkało się w jednym miejscu. Świetnie się na to patrzyło, bo w tym jednym momencie przestały mieć znaczenie wszystkie niesnaski, a najważniejsze stało się to, że wszystkich łączy to samo - miłość do jedzenia i miłość do Poznania.

Rozmawiała Izabela Zagdan

  • Magda Ratajczak, Mateusz Spurtacz, Fyrtle. My tu jemy
  • Wydawnictwo Miejskie Posnania

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2024