Kultura Poznań.pl

Muzyka

opublikowano:

Sacrum, profanum, Bastarda

Muzyka jest siłą, której lubimy nie doceniać. Często pełni rolę wypełniania czasu, urozmaicania tła. A co jeżeli potraktowalibyśmy ją jako swoisty rodzaj języka, a melodie i frazy jako autentyczne zdania wyrażające myśli i uczucia? Do takiej refleksji zmusił mnie koncert tria Bastarda w klubie Dragon.

Bastarda, koncert w klubie Dragon, fot. Jarosław Majchrzycki
Bastarda, koncert w klubie Dragon, fot. Jarosław Majchrzycki

Bastarda, czyli Paweł Szamburski (klarnet), Michał Górczyński (klarnet basowy) i Tomasz Pokrzywiński (wiolonczela), to zespół trzech wyjątkowych osobistości, które niegdyś połączyło niepozorne studio nagraniowe - Lado ABC, a teraz łączy niesamowita wrażliwość i pasja do zapomnianych, nieco pokrytych kurzem melodii i odnajdywanie w nich swojego własnego stylu.

Zespół w swojej karierze wydał już dwa albumy, które były poświęcone muzyce sakralnej. Jest to Promitat Eterno (Lado ABC, 2017), gdzie trio wzięło na warsztat pieśni i motety Piotra z Grudziądza (1392-ok.1480), jednego z pierwszych kompozytorów tworzących na terenach Polski oraz Europy Środkowej i Wschodniej. Drugim ważnym projektem jest zeszłoroczna płyta Ars Moriendi (Lado ABC, 2019), czyli "sztuka umierania". Płyta ta była instrumentalną interpretacją śpiewów chorałowych, motetów i litanii, które były wykorzystywane przy obrzędach pogrzebowych, opartą na utworach takich kompozytorów jak C. Fest, J. Desprez czy G. du Fay.

W tym roku muzycy Bastardy postanowili jednak sięgnąć po coś innego, choć nie aż tak odległego od znanej nam kultury zachodniej, czyli po chasydzkie pieśni niguny. Są to wyjątkowe pieśni w kulturze żydowskiej, które nie zawierają w sobie słów. Są oparte na prostych monodiach, stworzonych w celach religijnych. Towarzyszyły również Chasydom w sytuacjach świeckich (śpiewano je na przykład przy stole). Jak wspominał lider zespołu, Paweł Szamburski, w nigunach najważniejszy jest włożony w nie wyjątkowy ładunek emocjonalny, ponieważ poprzez emocje Chasydzi zbliżali się do boga. Nie chodzi jednak tutaj tylko i wyłącznie o euforię, ale również o dość szeroki wymiar smutku. Taki też był przedstawiony przez muzyków materiał.

Muzycy zagrali dziewięć wyjątkowych pieśni, każda z nich (z jednym wyjątkiem) była wykonywana instrumentalnie. Bastarda wykorzystała niskie spectrum dźwiękowe swoich instrumentów. Dolne rejestry klarnetu basowego połączone z korespondującymi ze sobą wiolonczelą i klarnetem, dały efekt kameralnej, ale skrupulatnie wypełniającej przestrzeń atmosfery. W dźwiękach można było odnaleźć dużo ciepła, które było skontrastowane wyciąganymi przedęciami Szamburskiego i rytmicznymi eksperymentami Górczyńskiego. Panowie doskonale wiedzieli kiedy muszą się wypełniać harmonicznie, a kiedy pozwolić sobie na korespondencję i improwizację. Wyjątkowo ujmująca była pełna świadomość aparatu wykonawczego. Miałam wrażenie, że muzycy znali swoje instrumenty już na tyle, że potrafili wydobyć z nich wiele nowatorskich brzmień, przypominających onomatopeje i krzyki, uzyskane przez Górczyńskiego na klarnecie basowym czy wspomniane już przeze mnie brudne, klasteryczne przedęcia Szamburskiego.

Z drugiej jednak strony nie została zaniedbana bardzo ważna melodyczność i charakterystyczny, orientalny charakter melodii. Grały one właściwie główną rolę, ponieważ zawsze były skrupulatnie wykonywane przez wiolonczelę lub klarnet. Nie zabrakło również tradycyjnego, barokowego komponowania muzycznego, które zostało dodane poprzez aranż Tomasza Pokrzywińsiego. W utworach można było usłyszeć ciekawie napisane frazy kontrapunktyczne, ale i burdonowe podstawy harmoniczne, dodające autentyczności oraz wielowymiarowości XVIII wiecznych pieśni.

Najbardziej ujmującym momentem, był tak zwany "utwór kulminacyjny", umiejętnie umieszczony jako przedostatnie wykonanie. Najstarsza pieśń z wykorzystanego przez muzyków zbioru dynastii Modrzyc, autorstwa Israela Dan Taub, gdzie do wykonania została zaproszona publiczność. Dzięki zaintonowanej przez Szamburskiego śpiewce nie tylko mogliśmy poczuć się wykonawcami, ale trównież poczuć pierwotny sens tworzenia pieśni, czyli łączenia ze sobą ludzi, którzy je śpiewają. Dodatkowym atutem była też niewielka sala klubu Dragon, która jeszcze bardziej podtrzymywała kameralną atmosferę i sprzyjała nawiązaniu kontaktu z artystami.  

Uważam, że koncert należy do tych udanych, a nawet i do tych, które na długo zostają w pamięci. Ogromny ładunek improwizowanego szaleństwa, piękna wynikającego z prostoty i minimalizmu, połączony z wyjątkową charyzmą każdego z wykonawców pozostawia po sobie miłe wrażenia. Podziw wywołuje pełna świadomość wykonywanego materiału oraz instrumentalna erudycja, która potrafiła zahipnotyzować każdego słuchacza. Jestem pewna, że nieraz będę wracać do niego, jeżeli nie wspomnieniami, to poprzez słuchanie płyty.   

Patrycja Sznajder

  • koncert Bastarda
  • Klub Dragon
  • 11.03

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020