Repertuar ostatniego marcowego koncertu przy Wieniawskiego był odstępstwem od zwyczajowej formy filharmonicznego koncertu. Nie wystąpił na nim żaden solista, a na program złożyły się dwie symfonie, poprzedzone jeszcze okolicznościowo "Chaconne pamięci Jana Pawła II" Krzysztofa Pendereckiego. Sam dobór utworów zwiastował dużo muzycznych wrażeń, ponieważ wybrano nie tylko dzieła wybitne w dorobku ich twórców, ale też oferujące wykonawcom dużo artystycznych możliwości. Były to "XLI Symfonia C-dur" Wolfganga Amadeusza Mozarta oraz "V Symfonia D-dur" Ralpha Vaughana Williamsa.
"Jowiszowa" - jak się zwyczajowo określa "XLI Symfonię" - to ostatnia symfonia Salzburczyka i jedno z niewielu dzieł skomponowanych nie na zamówienie - a przynajmniej znane nam źródła milczą na temat ewentualnych zamówień, jak i o wykonaniach utworu za życia Mozarta. Wiele więcej mówi o sobie sam utwór. Jak na standardy symfoniki okresu klasycyzmu to dzieło bardzo rozbudowane, stanowiące niejako syntezę osiągnięć epoki w tym gatunku. Cechą charakterystyczną "Jowiszowej" jest też jej witalna energia przeplatana z nastrojowym liryzmem. McCreesh znakomicie wyczuł te nastroje: w szybkich częściach dobierał żywiołowe tempa, ale nie pogubił w nich detali. W wolne "Andante cantabile" wpuścił wiele oddechu i spokoju.
Po pełnym energii Mozarcie, "V Symfonia" Vaughana Williamsa przeniosła nas w inny emocjonalnie świat. Skomponowana na przełomie lat 30. i 40. XX wieku, posługuje się charakterystycznym językiem angielskiej muzyki tego czasu. Jest introwertyczna, pełna przestrzeni i dystansu, ale zarazem głębokich emocji. Tu także McCreesh pokazał pełne wyczucia i świadomości odczytanie partytury. W jego interpretacji słychać było zadumaną, skupioną na wewnętrznych uczuciach melancholię. Zdolną do porywów, ale pozbawioną romantycznej egzaltacji. Doświadczanie "Symfonii" pozwoliło oderwać się od rzeczywistości i estetycznie nacieszyć, ponieważ było w tym wykonaniu - jakkolwiek wyświechtanie by to nie brzmiało - wiele piękna.
McCreesh ma bardzo dobry wpływ na orkiestrę Filharmonii, która pod jego batutą brzmi soczyście i pewnie. Uwagę zwraca oszczędna, ale skuteczna komunikacja dyrygenta z muzykami. McCreesh nie nadużywa gestów, jednak każdy z nich znajduje odbicie w grze orkiestry. Potrafi także wydobyć z zespołu jego potencjał. Szczególnie imponująco brzmiały pianissima (granie bardzo cicho) sprowadzane przez dyrygenta do absolutnego minimum dźwięku, brzmiące bez zachwiania, czy pojawiającej się czasem w tej dynamice niepewności. Muzycy podążają za za pomysłami dyrygenta niemal instynktownie; wszystko to złożone razem daje wiele dobrego wykonawstwa..
Kolejny sezon z rzędu wypatrywałem w repertuarze Filharmonii nazwiska McCreesha i utwierdziłem się w przekonaniu, że warto ten klucz stosować. Prowadzone przez niego koncerty gwarantują moc muzycznych wrażeń i repertuarowych odkryć.
Paweł Binek
- Mistrzowie batuty - Paul McCreesh
- Filharmonia Poznańska
- 28.03
© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2025