Kultura w Poznaniu

Historia

opublikowano:

Wielka woda

Warta przybierająca z godziny na godzinę, zatopiona Dolna Wilda, Dębina, Luboń i Łęczyca. Zamknięte mosty, pękające wały i groble. Do jednej z największych katastrof w dziejach Poznania zabrakło zaledwie 20-30 cm. Powódź AD 1924.

Powódź w mieście, ludzie płyną łodzią środkiem ulicy. Po prawej drzewa, po lewej płot. - grafika artykułu
Poznańscy saperzy zapewniający komunikację na Dolnej Wildzie, 2 IV 1924 r., fot. R.S. Ulatowski, ze zb. Cyryl

Na stronach Cyfrowego Repozytorium Lokalnego Cyryl od kilku lat podziwiać można album fotograficzny opatrzony zamaszyście wypisanym tytułem: Wylew Warty wiosną 1924. Pochodząca ze zbiorów Miejskiego Konserwatora Zabytków w Poznaniu jednostka archiwalna ma niepozorną, wykonaną z tektury zielonkawą okładkę, która kryje ponad 20 unikatowych zdjęć. Roman Stefan Ulatowski udokumentował na nich jedną z największych powodzi w najnowszych dziejach stolicy Wielkopolski. Zdjęcia są oczywiście doskonałe technicznie, do czego Ulatowski przedwojenną publiczność przyzwyczaił. Ich autor opisał je, podając każdorazowo dokładną lokalizację kolejnych ujęć, datę i godzinę ich wykonania oraz wskazując na panujące warunki atmosferyczne. Dopiero szczegółowa analiza jego fotografii datowanych na 2 i 3 kwietnia 1924 roku pozwala nam zrozumieć potęgę żywiołu, który nawiedził wówczas Poznań, a także docenić starania tych, którzy stanęli z nim do nierównej walki. Jej stawką było ocalenie przed falą powodziową Chwaliszewa, Ostrowa Tumskiego i znacznych terenów Starego Miasta.

Główną przyczyną gwałtownego wzrostu poziomu wód w Polsce w 1924 roku były wiosenne roztopy "po zimie nader obfitej w opady i ciągłe mrozy". Mimo to jeszcze 23 marca 1924 roku - jak pisał "Dziennik Poznański" - "nikt nie myślał o powodzi". Wszak nieco dalej na południe od Poznania lód na Warcie i Prośnie wciąż był na tyle mocny, że "ruch pieszy i wozowy spokojne [po nim] się odbywał". Kilka ciepłych dni zmieniło wszystko. Wezbrana Warta najpierw zalała okolice Częstochowy i rosnąc z dnia na dzień, ruszyła ku Wielkopolsce. W tej sytuacji topniejący lód stał się dla niej dodatkową przeszkodą, tworząc potężne zatory w okolicach Pyzdr i Środy Wielkopolskiej. Ich likwidacja przez wojsko za pomocą materiałów wybuchowych była zatem nieodzowna, wpłynęła jednak na gwałtowny rozwój sytuacji powodziowej w miastach położonych w środkowym i dolnym biegu Warty. W samym Poznaniu jeszcze w środę 26 marca poziom wody oscylował wokół 1,80 m ponad rzędną zera wodowskazu przy moście Chwaliszewskim, co mieściło się w granicach poznańskiej normy (1,65-1,70 m). Dwa dni później było to już 2,50 m, co doprowadziło do zalania Tamy Berdychowskiej, zamknięcia drogi na Miasteczko i podtopień na ulicach Wenecjańskiej i Warszawskiej. Szybko okazało się, że była to zaledwie przygrywka do tego, co miało nadejść w ciągu kilku najbliższych dni.

Rankiem 1 kwietnia 1924 roku poziom Warty wynosił już 5,66 m i stale rósł (o godzinie 11 było to już 5,85 m). Przyrost w ciągu zaledwie jednej nocy sięgał 1,05 m! Reporter "Dziennika Poznańskiego", który tego dnia wdrapał się na wieżę ratuszową, pisał: "Z południa od Dębiny aż na północ do Cytadeli i dworca przy Tamie Garbarskiej woda tworzy wielkie jezioro. Tłumy ludzi, oddziały straży ogniowej i wojska zatrudnione przy pracach ratowniczych roją się po obu stronach. Tu i ówdzie drzewa i umocnione linami szałasy klubów wioślarskich tworzą ciemne punkty na błyszczącej w słońcu powierzchni wody". Obserwujący wzbierającą Wartę poznaniacy coraz częściej z trwogą wspominali wielką powódź, która nawiedziła miasto w 1888 roku. Niezależnie od faktu, że do owej tragicznej powtórki było coraz bliżej, władze postawiły na stałe informowanie mieszkańców o rosnącym zagrożeniu. W tym celu w okolicach mostu Chwaliszewskiego oraz na pobliskim komisariacie policji co godzinę wywieszano aktualny biuletyn o stanie wód, co pozwalało nie tylko zrozumieć grozę sytuacji, ale przede wszystkim podjąć działania zabezpieczające oraz przygotować się do ewentualnej ewakuacji. Doszło do niej m.in. na Dolnej Wildzie oraz w sąsiedztwie zerwanej Drogi Dębińskiej, gdzie akcję ratowniczą jeszcze tego samego dnia przeprowadzili saperzy stacjonujący na co dzień w koszarach przy ul. Rolnej. Podejmowana na pontony ludność trafiała do szkół oraz sal gimnastycznych (m.in. tej przy Zielonych Ogródkach). Poznaniakom opuszczającym swoje domy z całą pewnością nie było łatwo. Weźmy dla przykładu kamienicę przy Dolnej Wildzie 73, gdzie woda sięgała do okien parteru, a odcięci od świata mieszkańcy wyglądali ratunku, uciekając na wyższe kondygnacje. W "Kurierze Poznańskim" z 2 kwietnia 1924 roku czytamy: "Istny dopust Boży! - mówi trzęsącym się głosem jakiś staruszek. - Ot! Już mam dobrze po siedemdziesiątce, rozmaite koleje na wiosnę przechodziłem, ale jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, abym musiał opuszczać swoją sadybę i tułać się jako bezdomny! Dopust Boży! - A po jego poradlonej bruzdami twarzy ściekają powoli, powoli łzy".

Kierownictwo operacji ratowniczej wziął w tych dniach na swoje barki dowódca 7. Pułku Saperów Wielkopolskich płk Artur Górski. Niestety już na jej progu stracił jednego ze swych najlepszych ludzi. Nurt wezbranej Warty 31 marca 1924 roku pochłonął bowiem bohatera Bitwy Warszawskiej i kawalera Orderu Virtuti Militari kpt. Czesława Prusinowskiego (1893-1924), który na łąkach przy Drodze Dębińskiej, nie schodząc z konia, rzucił się na ratunek swoim podwładnym. Jak relacjonowała prasa, łódka trójki saperów porwana przez wir przewróciła się, oni sami zaś zaczęli tonąć. Ostatecznie udało się ich uratować przy wydatnej pomocy innych żołnierzy, kapitan Prusinowski w zamieszaniu spadł jednak z konia i nie wypłynął na brzeg. Jego ciało znaleziono dopiero kilkanaście dni później. Co oczywiste, wojsko, straż ogniowa oraz policja miały w tych dniach ogrom pracy. Wynikała ona z obowiązku stałego monitorowania oraz uszczelniania najbardziej newralgicznych miejsc, w których Warta zagrażała miastu, a także z faktu udzielania bezpośredniej pomocy mieszkańcom przebywającym na terenach już przez żywioł dotkniętych. Bez pomocy cywilów jednakowoż się nie obyło. Na łamach prasy oraz na poznańskich ulicach pojawiła się wkrótce odezwa wzywająca wszystkich poznaniaków zdolnych do pracy fizycznej: "Na wały! Na groble!". Szło przede wszystkim o pomoc w podnoszeniu nasypów "przemęczonemu wojsku, które od 3 dni stawia czoło groźnemu zalewowi". Dodatkowo podjęto decyzję o zamknięciu dla ruchu kołowego i tramwajowego wszystkich poznańskich mostów.

Szczyt powodzi nastąpił 2 kwietnia 1924 roku. Tego dnia fala powodziowa osiągnęła przy moście Chwaliszewskim poziom 6,38 m. Dla porównania dodajmy, że w czasie najbardziej niszczących dla miasta kataklizmów z lat 1855 i 1888 było to odpowiednio 6,72 i 6,66 m. Do osiągnięcia punktu krytycznego było zatem niebezpiecznie blisko. Inna rzecz, że jak podkreślają specjaliści, powódź AD 1924 mogłaby mieć daleko bardziej zgubne skutki, gdyby nie szczęśliwa decyzja o zniesieniu Wielkiej Śluzy przy Tamie Garbarskiej i Śluzy Katedralnej zbudowanych w XIX wieku na potrzeby twierdzy Poznań, co w znacznym stopniu pozwoliło ustabilizować bieg Warty i mimo wszystko ograniczyć skalę jej sezonowych wylewów. Tak czy inaczej, 2 i 3 kwietnia 1924 roku najgorsza sytuacja panowała na Czartorii, gdzie woda zaczęła sięgać szczytu muru oddzielającego Wartę od położonych zdecydowanie niżej ulic Chwaliszewa. Mur w wielu miejscach zaczął nawet przeciekać, ostatecznie jednak wytrzymał. Niewiele lepiej było w sąsiedztwie placu Karmelickiego, gdzie wszystkie siły rzucono dla podniesienia obwałowań. Do równie niebezpiecznej sytuacji doszło wreszcie w obrębie tzw. kamiennego mostu łączącego Chwaliszewo z Wyspą Tumską. Osunął się on tutaj na kilkumetrowym odcinku (od strony Chwaliszewa), co doprowadziło do zapadnięcia jezdni, masztu tramwajowego i latarni. Podobnych nieszczęść wywołanych powodzią było oczywiście więcej, by wspomnieć tylko podmycie nasypu toru kolejowego wiodącego do gazowni miejskiej i wykolejenie pociągu towarowego.

3 kwietnia 1924 roku umęczone miasto mogło odetchnąć. Tego dnia po raz pierwszy od dłuższego czasu woda w Warcie przestała rosnąć i wprawdzie powoli, ale zaczęła opadać. Przystępowano do porządków oraz organizacji pomocy dla powodzian. Toteż dwa dni później "Dziennik Poznański" pisał na jedynce, nie kryjąc ulgi: "Jeżeli sobie przypomnimy, jakie rozmiary miała powódź w r. 1888 w porównaniu z obecną, ile ulic miasta zostało zatopionych i ile strat wskutek tego wynikło, to przyznać trzeba, że w walce z żywiołem byliśmy szczęśliwsi, ochraniając przed zalewem całe dzielnice". Smutnym epilogiem wielkiej powodzi 1924 roku był pogrzeb kapitana Prusinowskiego, który odbył się 17 kwietnia 1924 roku. Tego dnia wielotysięczny kondukt żałobny, podążając za trumną bohatera, którą ustawiono na wozie z pontonem przybranym zielenią i narzędziami saperskimi, przemierzał ulice poznańskiego śródmieścia, odprowadzając zmarłego na Cmentarz Garnizonowy.

Piotr Grzelczak

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2024