Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

Wciąż wychodził mi Conrad

O Polskim Teatrze Tańca opowiada Przemysław Śliwa, tancerz i choreograf. 

Przemysław Śliwa w "Epitafium dla Don Juana". Fot. J. Unierzyski
Przemysław Śliwa w "Epitafium dla Don Juana". Fot. J. Unierzyski

Odchodziłeś do PTT z opery z wysokim statusem I solisty. Nie żal ci było repertuaru i wygodnej pracy w "stacjonarnym teatrze z bufetem"?

Repertuar, ktory mnie interesował, przechodził z opery do teatru. Balet klasyczny miałem już "wytańczony", czekałem na coś, co mogł mi zapewnić tylko Conrad Drzewiecki. Do teatru przechodziła też cała, bardzo silna grupa świetnych tancerzy, moich przyjacioł.

Pierwsza oryginalna premiera stworzona przez Conrada Drzewieckiego dla PTT to było Epitafium dla Don Juana. Jak wyglądały Twoje próby przy budowaniu tytułowej postaci?

Miałem wiele indywidualnych prob z Conradem. Spotykaliśmy się na poziomie ruchowym i intelektualnym, literackim, a nawet filozoficznym. Conrad miał swoja wizję, interesował go Don Juan nie jako podrywacz, kochanek, ale jako człowiek, ktory prowadzi grę. Ważniejsze było zaplanowanie i przewidzenie następnego ruchu, jak w szachach, niż dążenie do spełnienia seksualnego. Bardzo istotna była też postać Scanagrella, Don Juan bez niego nie istniał. Jacek Solecki był w tej roli wymarzonym partnerem: idealnie się rozumieliśmy, on był moją siłą napędową na scenie. Ale partnerki oczywiście też: Hania Staszak, Roma Juszkat i Mira Wojtkowiak - każda z nich to wyjątkowa sceniczna osobowość. Conrad pozwalał nam na wspołkreowanie postaci w tych granicach, ktore były spojne z jego wizją. To były niuanse, detale, ale bardzo istotne, bo ostatecznie rola opierała się na indywidualnych cechach. Szczegolnie było to widać, kiedy weszły drugie obsady: Emil Wesołowski i ja byliśmy zupełnie innymi Don Juanami. Zresztą podobnie było z Cudownym Mandarynem, ktorego rolę przekazałem Arkowi Duchowi. Także poszczegolne spektakle rożniły się od siebie: znaliśmy się doskonale, wiedzieliśmy, czego się po sobie spodziewać, ale nie było kopii, kalek, lubiliśmy się zaskakiwać, byliśmy kreatywni. Ten rodzaj tworczego porozumienia jest możliwy tylko w zespole budowanym świadomie przez lata.

Wciąż mówisz o PTT z wielkim sentymentem, mimo że odszedłeś z zespołu.

Pracowałem z Conradem 15 lat. Już się za dobrze znaliśmy, przestaliśmy się zaskakiwać, potrzebna była wymiana krwi, taka artystyczna transfuzja. Długo miałem "z tyłu głowy" jego język choreograficzny, nawet kiedy chciałem zrobić coś zupełnie "do gory nogami", to i tak mi wychodził Conrad. Potrzebowałem czasu, by się z tego wpływu wyzwolić i zacząć samodzielną drogę choreograficzną. Tancerz potrzebuje rozmowy w wielu językach choreograficznych, potwierdziła to droga, ktorą poszła Ewa Wycichowska, kierując zespołem już nie w konwencji autorskiej. Mam sporo przemyśleń na ten temat, spisuję je w postaci dziennika, ktory może kiedyś opublikuję. Mam już nawet tytuł: Góra - dół, czyli moja przygoda z baletem.

Rozmawiała Jagoda Ignaczak

Przemysław Śliwa - tancerz, choreograf, w latach 1973-76 I solista PTT, kierował zespołami baletowymi w Gdyni, Bydgoszczy i Krakowie, inicjator Krakowskiej Fundacji Sztuki Baletowej, organizator festiwalu Krakowska Wiosna Baletowa.

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku, zmień ustawienia swojej przeglądarki.