Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

SESJA FOTOGRAFICZNA. Nie lubię "ładnych zdjęć"

- Fotografia nie jest dla mnie przedmiotem, tylko tym, co widzę. Nieważne, czy na papierze barytowym, czy na ekranie tabletu - mówi Mariusz Forecki*, wybitny poznański fotograf - dokumentalista.

.
"I love Poland", 1988 r., Poznań, fot. Mariusz Forecki

Jesteś fotoreporterem?

Tak, chociaż uważam, że dzisiaj to słowo ma inne znaczenie.

Kiedyś pracowałeś dla prasy - Centralna Agencja Fotograficzna, "Wprost"....

Oraz dla tygodnika "Poznaniak" i - krótko - dla "Gazety Wyborczej" w Warszawie. Ale praca w "Wyborczej" i w CAF nie była dla mnie, miałem poczucie, że robię niepotrzebne zdjęcia. Wiem, że dla społeczności fotografowanie i pisanie o dziurawych jezdniach jest bardzo ważne. Ale nie mogłem się zmusić, by było to moją pasją. Jestem przyzwyczajony do działania jak w tygodniku. Znajduję sobie temat i nad nim pracuję. Przez tydzień, miesiąc. Bez stresu, że to musi być szybko opublikowane.

Tak pracowaliście we "Wprost" i "Poznaniaku"?

W każdym numerze "Wprostu" ukazywał się fotoreportaż. Proponowaliśmy z Mariuszem Stachowiakiem swoje tematy. To była dobra szkoła fotografii. Jeździliśmy po Polsce, ale też byliśmy w Armenii, Afganistanie, Rosji. Wyjazdy do Rosji (wtedy jeszcze ZSRR) były bardzo tanie, średnia pensja pozwalała nam na samolot do Władywostoku i życie przez dwa tygodnie w hotelowym apartamencie.

Po "Wprost" przeszedłeś do "Poznaniaka". To był tygodnik tabloidowy, ale poruszana tematyka była podobna do tej we "Wproście".

Przejście do "Poznaniaka" pozwoliło na pozostanie w tym samym obszarze moich zainteresowań i stylu pracy. No i na wyjazdy zagraniczne - byliśmy w Wilnie czy w pałacu prezydenckim w Czeczeni. W Armenii po trzęsieniu ziemi byłem dwukrotnie, a nawet po czasie czterokrotnie, bo wróciłem tam w latach 2013-14.

Na Zachód Cię nie ciągnęło? To był czas po upadku Muru Berlińskiego.

Chciałem zrobić materiał o Murze. Udokumentowałem go jeszcze jak stał. Ale potem, gdy pojawiła się informacja od znajomych z Berlina, że "coś się dzieje przy murze" to poszedłem do sekretarza redakcji z tą informacją. A on mi mówi że nie ma sensu jechać do Berlina, bo trzeba na miejscu popracować. Pojechałem w końcu, ale na drugi dzień. I już było po wszystkim.

Zawsze ciągnęło mnie do sytuacji, gdzie można zobaczyć jak ludzie na coś reagują, jak kształtuje się masa nieokreślona jeszcze, jak pod wpływem czynników zewnętrznych to wszystko się lepi...

Jesteś fotograficznym gadżeciarzem?

Ogromnym! Wzór gadżeciarza w średnim wieku. Pierwszy mój aparat to był Olympus om-10. Miał popsutą migawkę i był bardzo zły. Fotografowałem nim potem jeszcze we "Wproście". Następny był profesjonalny Canon F1-n, który mi ukradli w pociągu jak wracałem z ostatniego zjazdu PZPR w Warszawie. Potem była Minolta, a nawet kamera wielkoformatowa. Na wielki format jestem jednak za bardzo niepoukładany. Dzisiaj też żongluję aparatami w zależności od potrzeb. Telefony też często zmieniam, lubię mieć najlepszy aparat fotograficzny w telefonie, na jaki mnie stać. Czasami używam takich zdjęć w książkach. Bardzo lubię technologię, ale nie przywiązuje się do niej. Ma służyć do tego, czego chcę.

Łatwo było przesiąść się w pociąg do cyfrowej epoki? Wiem, że niektórych fotografów to przerosło.

Dla mnie to było zbawienie. Fotografia nie jest dla mnie przedmiotem, tylko tym, co widzę. Nieważne, czy na papierze barytowym, czy na ekranie tabletu. Dlatego przesiadka na cyfrę była dla mnie bardzo dobra. Nie trzeba było wywoływać filmów, zamykać się w łazience i krzyczeć na rodzinę, by nie wchodzili.

W  jednym z wywiadów powiedziałeś, że najważniejszy w fotografii jest dla Ciebie sam moment zapisu. To wtedy dzieje się metafizyka.

Jest coś takiego jak fotografuję, że widzę to, czego szukałem, co mnie kręci. I wtedy samo naciśnięcie spustu jest najważniejsze. Pozostała reszta to tylko technologia - obróbka, naświetlenie, skopiowanie, wydrukowanie. Ile zmarnowanego czasu!

Kuba Dąbrowski opowiadał w jednym z wywiadów, że miał taką sytuację: portretował Artura Rojka i na najlepszym ujęciu Rojek miał akurat zamknięte oczy. Przekleił zatem otwarte oczy z pierwszego zdjęcia i miał taką fotografię, o jaką mu chodziło.

Może aż takim awangardzistą nie jestem, ale jeśli chodzi o obróbkę - jest mi do tego blisko. Robię wszystko, by doprowadzić obraz do tego, co widziałem, gdy fotografowałem, by najgłośniej powiedzieć to, co bym chciał. Chodzi o wzmocnienie przekazu. Mieszam tymi suwaczkami i coś zaczyna się dziać. W momencie gdy stwierdzę "To jest moje zdjęcie" - kończę.

Jednak Twoje zdjęcia nie są przeestetyzowane. Nie można powiedzieć "Och, ależ ładny obrazek".

Nie lubię słowa "ładne zdjęcie". Lubię zdjęcia brudne, zdjęcia które drapią, chroboczą. Gdy mówisz "no nie może tak być!", czujesz się niekomfortowo. Ale wracasz do nich i patrzysz na nie.

Miałem rok temu wystawę na festiwalu "Interfoto" w Białymstoku - cykl o pracy. Powiesiłem zdjęcia na ścianach, wypożyczyłem dymiarki używane na koncertach i zadymiłem całość tak bardzo, że prawie nie było nic widać. Puściłem agresywną muzykę, jakieś dźwięki z fabryki. Jeden człowiek podszedł do mnie i powiedział: "Wie Pan co, jak wszedłem tutaj to bardzo się wkurwiłem. Dziękuję, że Pan mnie tak wkurwił". O to właśnie mi chodzi. O niezgodę, o poruszenie.

Dlaczego zainteresowałeś się tematem pracy?

Pochodzę z rodziny robotniczej. Lubię klimat zakładów przemysłowych - dźwięki, zapachy, światło, procesy technologiczne. To spowodowało, że zacząłem się przyglądać zjawisku pracy, jak zmienia życie ludzi. Jak właściciele zmuszają do wydajności, precyzji; jak to wszystko działa. Zazwyczaj praca kojarzyła się z brudem - górnikiem, hutnikiem, smarami w fabryce. To już jest historia, dzisiaj w korporacjach wszystko odbywa się w sterylnych warunkach. Postrzegam pracę jako zjawisko ważne dla ludzi. W końcu spędzamy w niej jedną trzecią życia.

Łatwo było wytłumaczyć właścicielom Volkswagen Poznań, czy Cegielskiego, że chcesz tam przyjść i fotografować?

W Cegielskim było prościej, bo ludzie zarządzający byli starsi ode mnie i rozumieli cel moich zdjęć. W Volkswagenie parę razy się wprosiłem, by móc robić zdjęcia. Im dłużej się tym zajmuję, to mam wrażenie że coraz trudniej wejść i fotografować w zakładach i fabrykach. Chociażby z tego powodu, że niektóre maszyny i procesy technologiczne są opatentowane. Rozszerzam ten projekt, staram się fotografować także wszystko dookoła pracy, to co na nią wpływa. Parę razy byłem na spotkaniach rodzin pracowniczych. Po raz pierwszy jeszcze w latach 90. w Pleszewie fotografowałem piknik pracowniczy. Pracownicy pokazywali swoim żonom i dzieciom maszyny, na których pracowali, byli dumni ze swojej pracy.

Zarówno cykl "W pracy" jak  i "Okruchy dnia" pokazują obrzeża życia, obrzeża Polski. To nie są "general news" jak to kategoryzuje konkurs World Press Photo.

Uważam, że każde wydarzenie wzbudza emocje. Gdy na przykład przyjeżdża prezydent do Poznania to ludzie się gromadzą - jedni są za, inni przeciw. Dziesiątki fotoreporterów fotografują wtedy centrum wydarzeń. A według mnie to, co się dzieje na obrzeżach opowie mi więcej o stosunku ludzi do prezydenta, o tym, co oni o nim sądzą. Z tych okruchów, małych kadrów składam sobie to, co jest w środku. Nie układam opowieści o prezydencie, a o tym, jakie wzbudza emocje w mieszkańcach, którzy przyszli go zobaczyć. Te fotografie często są niesprzedawalne, niewielu interesuje taki punkt widzenia. Ale gdy złożę to w całość, to powiedzą o nas samych o wiele więcej niż zdjęcia z centrum akcji.

Mówisz, że są niesprzedawalne, czyli niepublikowalne w gazetach. A zatem - dla kogo to robisz?

Dobre pytanie. Dla mnie ważne jest, by zachować to, jak żyjemy. Nie mówię, że to moja misja. Po prostu uważam, że tak należy robić. To jest mój zawód, moja pasja. A dlaczego to robię? To jest pytanie, na którym przewraca się wielu twórców.

"Okruchy dnia" i "I love Poland" to skończone projekty? Wydałeś książkę, ale czy skończyłeś fotografować?

Dla mnie książki są potrzebne jako podsumowanie. Przejście do kolejnego etapu. "I love Poland" i "Człowiek w ciemnych okularach" przeradzają się w kolejny projekt, nad którym teraz pracuję - dokument o inżynierii społecznej. Chcę pokazać, jakimi metodami kształtuje się społeczeństwa. Żyjemy w czasach, gdzie to widać. Dla dokumentalistów to świetny okres.

Patrzę chociażby na moje pocztówki z Polski dostępne w Pix House i uświadamiam sobie jak ważna jest dzisiaj codzienna praca dokumentalisty. Wydaje się, że bez konkretnego tematu, celu.

Chodzisz tak jeszcze z aparatem?

Dosyć często. Dzisiaj wielu fotografów zajmuje się "street photo". Na ich zdjęciach są relacje kolorów, ludzi czy sytuacji. Ale niewielu jest fotografów, którzy świadomie dokumentują to, co się dzieje na ulicy, gdzie na ich zdjęciach nie jest najważniejsza gra kolorów czy anegdota, ale opowieść.

Żadnego z Twoich zdjęć nie powiesi się w salonie.

Dla mnie to słowa uznania.

rozmawiał Adam Jastrzębowski

*Mariusz Forecki - fotograf-dokumentalista, członek ZPAF, absolwent Instytutu Twórczej Fotografii Uniwersytetu Śląskiego w Opawie (Czechy). Autor książek: "I love Poland", "Poznań - kultura na każdą porę", "Kolekcja wrzesińska 2011", "W pracy", "Człowiek w ciemnych okularach". Współzałożyciel Fundacji Pix.House. Fotografuje dla portalu Kulturaupodstaw.pl.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018