Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

Ale gdzie pan widzi ten faszyzm?

Z Marcinem Kąckim*, reporterem, autorem książki Poznań. Miasto grzechu, rozmawia Anna Solak.

.
Marcin Kącki, fot. A. Stępień

W Poznaniu. Mieście grzechu piszesz o mieście, w którym sam żyjesz. Było łatwiej czy trudniej?

Trudniej. Ktoś, kto przeczyta tę książkę, pomyśli sobie: "Zaraz, zaraz, ale o co chodzi? Jest prezydent Jaśkowiak, są tęczowe marsze, ścieżki rowerowe, Grupa Stonewall, in vitro... o co temu facetowi chodzi?". O to, że gdy idzie Marsz Równości, to zawsze znajdą się kibice-faszyści, a jak jest PrideWeek środowisk LGBT, to jest i PrayerWeek ich przeciwników.

Przecież tak jest w każdym polskim mieście.

Na pewno. Tylko skąd u nas Paetz i Krolopp, skąd te elity, które ich kryły? Dlaczego przy sprzyjających warunkach nagle wybija coś, co jest nacjonalizmem albo faszyzmem? Mnie kompletnie nie interesuje Jacek Jaśkowiak, bo to bieżąca sytuacja polityczna. Interesuje mnie, co było przed nim i co będzie po nim.

Myślisz, że obecny prezydent i jego polityka to jedynie incydent?

Tego nie wiem, ale większość ludzi, z którymi rozmawiałem na potrzeby książki, ta stara elita poznańska, mówiła mi: "Przeczekamy tego Jaśkowiaka". Zastanawiałem się więc, kim są ci, którzy tworzą ten trzon poznańskości. Na ile są to "zblatowane elity".

Co to właściwie oznacza?

To termin ukuty przez mojego bohatera, profesora Tomasza Polaka. Rozumiem go w ten sposób, że to pewna mediana. W strukturze społecznej istnieje taka sinusoida, że jedni są wybitni, inni średni, ale jakoś to razem ze sobą współgra. Jeśli jednak wybijesz się za bardzo, to cię ściągną na dół, zblatują. Jeśli będziesz mierny, to...

...to wypadasz.

Nie. To wciągną do góry, nie dadzą ci zginąć. Właśnie na tym polega problem, że nie wypadasz. Jesteś profesorem na jakimś uniwersytecie, bez względu na to, czy jesteś dobry czy nie.

Nie masz wrażenia, że ta zasada dotyczy wszelkich elit? Całej Polski?

Nie wiem, nie zajmowałem się całą Polską. Ty mnie ciągle pytasz o tę całą Polskę. Wyobraźmy sobie, że napisałem książkę o kartelach narkotykowych w Meksyku, a ty przychodzisz i mówisz: "A czy w Kolumbii nie jest tak samo?". Napisałem o zimie na Islandii, a Ty mówisz: "Na Syberii jest jeszcze zimniej". No i co z tego? Ale wiesz co jest fajnego w tych twoich pytaniach? Jeśli się okaże, że ta książka jest taką próbką bakteryjną całej Polski, to będzie to komplement. Gdy wydałem "Białystok" dwa lata temu, ludzie na spotkaniach autorskich pytali: "Ale gdzie pan widzi ten faszyzm?". Wtedy w Marszu Niepodległości szło może tysiąc osób. W tym roku 60 tysięcy, z faszystowskimi hasłami, i nawet minister rządu nie widział tam faszyzmu.

W odróżnieniu od Warszawy Poznań nazywa siebie "Miastem otwartym".

I będzie takim, jeśli ktoś z tego powodu będzie chciał do nas przyjechać, a nie wtedy, kiedy wydrukujemy sobie taką deklarację na koszulkach. Nie mam zamiaru pisać o tym, jak jest fajnie i mówić: "Przepraszam was kochani, do 154 strony nie będziecie mogli spać, ale teraz będziecie mieli 75 stron kołysanki". Reportaż - tak jak ja go rozumiem - jest po to, żeby wyrwać z dobrego samopoczucia.

Tak jak książka Marii Rataj, której poświęciłeś cały rozdział - kompletnie zapomniana w Poznaniu.

Maria Rataj jest bardzo poznańska i niepoznańska jednocześnie. Poznańska, bo mama Niemka i tata Polak. Razem z matką wyklętą przez polską rodzinę ląduje na bruku. Bieda, alkohol, prostytucja, koszmarne dzieciństwo tej kobiety. A mimo to niezwykła mądrość życiowa i bardzo literacki język.

Czytałeś jej Grzeszne miasto przed czy po wygładzeniu?

Czytałem obie wersje. Ta ocenzurowana z lat 60. nie ma w sobie np. wątków homoseksualnych. W tej pierwotnej, mówiąc językiem ulicy, Rataj się z Poznaniem "nie pierdoli", po prostu chlaszcze go na lewo i prawo w sposób niezwykle szczery, ale też z dużym uczuciem, będąc w tym mieście zakochaną. Sama siebie też nie oszczędza, pokazuje wszystkie brudy rodziny. I znów - poznańskie pochodzenie, ale kompletnie niepoznańskie wywalanie z siebie emocji. Nie ma tu udawania, gry, kołtuństwa. Bardziej interesuje ją to, dlaczego poznaniacy kolaborują z Niemcami niż ich bohaterstwo.

Można to nazwać reportażem?

Bardziej biografią, której tytuł maszynopisu to "Pamiętnik grzesznicy". Ale Rataj pisze też opowiadania. Powiem jedno - jeśli napisała je ot tak, z palca, bez jakiejkolwiek korekty, to jest to po prostu literacki geniusz. Rozdział o niej i podtytuł mojej książki, to mój hołd dla tej niezwykłej kobiety.

Rataj zasłużyłaby na Nagrodę Literacką im. Barańczaka? Swoją drogą, nie wiedziałam, że nagroda literacka już w Poznaniu była.

Tak, miasto ogłosiło konkurs przed wojną na miejską nagrodę literacką, gdy przyjeżdżali artyści, różne kolorowe ptaki. A potem, kiedy zaczęli robić kabarety i wyśmiewać się z Poznania, dostali po łapach. Nominowany został Stanisław Przybyszewski, wygrał Roman Dmowski. Wiadomo, wybitny literat. Trzy lata temu miasto przywróciło nagrodę i co się okazuje? Że głównej nagrodzie dla zasłużonych dla literatury patronuje Mickiewicz, czyli mile widziane, fajne wierszyki, a jeden z największych poznańskich pisarzy patronuje nagrodzie dla młodzieży. To z gruntu ustawia tę nagrodę. Już nie chcę czytać książek, które zasługują na Nagrodę im. Mickiewicza. Chcę czytać książki, które zasługują na Barańczaka!

Nie czepiałabym się tego tak kurczowo.

A ja bym się czepiał. Za życia Barańczaka, gdy był w opozycji, część środowiska uniwersyteckiego nie podawała mu ręki, został sam. Jest śledzony, wzywany na przesłuchania, podpisuje listę KOR-owską, sąsiedzi na niego plują. W tym samym czasie jego siostra, Małgorzata Musierowicz, pisze fajne powieści dla dziewczynek, chodzi do Dominikanów, ma przykładne małżeństwo i dzieci, dostaje nagrody.

Właśnie, jego siostra. Nie wiedziałam o tym, dopóki nie przeczytałam Twojej książki.

Tak, to ciekawe jak Poznań niewiele wie o sobie.

Nie pochodzę z Poznania. W podstawówce czytałam Niziurskiego i Nienackiego, nie Musierowicz. Ale to, że jej łatwe i przyjemne książki są bardziej znane niż trudna poezja Barańczaka akurat mnie nie dziwi. To wszystko mechanizmy rynkowe.

Okej, jasne że to popkultura, ale o patronowaniu nagrodzie decyduje już nie lud, a władza.

Kilkoro znajomych, którzy czytali Twoją książkę, oburzało się na to, że przedstawiasz w niej Musierowicz jako jędzę.

Nie zgadzam się. Opisuję ich rodziny z delikatnością, bo to złożony portret życia.

Jest. Nie otwiera drzwi, nie chce rozmawiać i ma pretensje do całego świata.

I próbuję się dowiedzieć, dlaczego tak jest.

Ja tego nie wiem.

Kiedy Musierowicz przyszła mi do głowy, pomyślałem: "Wow. Mam fajną, sympatyczną mieszczkę, zobaczmy co tam słychać". I nagle się okazuje, że udaje, że nie ma jej w domu i nawet bliscy znajomi stracili z nią kontakt...

Ile razy byłeś u niej w domu?

W domu nie byłem nigdy, bo mnie nie wpuściła. Dwa razy stałem pod drzwiami, w tym raz udało nam się porozmawiać przez domofon.

Wydaje mi się, że to za mało. Mogłeś postarać się bardziej. A o próbach kontaktu przez przyjaciół nie ma ani słowa w książce.

Wysłałem taką prośbę do wszystkich jej przyjaciół, jakich poznałem - pewnie z dziesięć osób. Cztery przekazały mi, że ona nie będzie rozmawiać, reszta nawet nie odpowiedziała. Cały rozdział jest o tym, jak Musierowicz zerwała ze wszystkimi kontakty i nie można się z nią spotkać. Zdobyłem numer jej komórki - okazało się, że nieaktualny, bo często zmienia. Pojechałem do jej starego mieszkania, poszedłem na spotkanie z czytelnikami, ale chyba było przełożone, uruchomiłem jej przyjaciół...

Odezwał się do Ciebie ktoś, kto uznał, że podeptałeś w ten sposób wszelkie świętości?

Nie, wręcz przeciwnie - odezwały się do mnie nawet fanki Musierowicz, które w pewnym momencie przestały być fankami, bo po prostu dojrzały i pomyślały: "Hej, za dużo w tym lukru". Ale i tak wracają do jej książek, bo czują się w nich bezpiecznie. W tym rozdziale starałem się pokazać niejednoznaczność czasu i miejsca. Sukcesy siostry w momencie porażek jej brata, albo pytanie, czy jest z niego dumna, bo najczęściej opowiada o nim, że mały Stasiu wlazł pod stół i lizał żyletki. Zresztą sam Barańczak powiedział kiedyś, że pisarz ma zmieniać rzeczywistość. A kiedy ona chce się buntować, słyszy od wydawców: "Krzycz, ale ciszej". I bez wahania ścisza głos. Bardzo byłem ciekaw, dlaczego tak się rozjechały te dwa życiorysy.

Ludzie wściekają się na Twoją książkę? Mają pretensje? Na spotkaniach autorskich często opowiadasz o pogróżkach i epitetach, jakie płyną w Twoim kierunku, chociażby na FB.

Jedna ze znajomych dziennikarek napisała mi na fejsie: "Marcin, dlaczego opluwasz Poznań?". Wszyscy uznali, że to świetny dowcip. Okazało się, że było na serio. Przyszła nawet na spotkanie autorskie i przyznała, że książki nie czytała i czytać nie zamierza.

rozmawiała Anna Solak

*Marcin Kącki - reporter, redaktor "Dużego Formatu", zdobywca m.in. tytułu Dziennikarza Roku w konkursie Grand Press 2007. Autor książek reporterskich Lepperiada, Maestro. Historia milczenia, Białystok. Biała siła, czarna pamięć i Plaża za szafą.

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku, zmień ustawienia swojej przeglądarki.