Kultura w Poznaniu

Opinie

opublikowano:

Taneczne konfrontacje

Na festiwal Atelier PTT czeka się z niecierpliwością podszytą zaciekawieniem. Organizatorzy utrzymują, że prezentowane spektakle powstają w wyniku poszukiwań nowych sposobów wypowiedzi artystycznej, co zawsze rodzi nadzieję na odrobinę świeżości. Tancerze PTT debiutują w roli choreografów, co dodatkowo rozgrzewa emocje. Pojawiają się spektakle gościnne, które również przyciągają tłumy. Przez cztery dni ogląda się premiery, nie brakuje owacji. 

. - grafika artykułu
"Touch me", chor. Andrzej Adamczak. Fot. Maciej Zakrzewski

Nie zawsze jednak dążenie do nowatorstwa przynosi korzystne efekty. Nie da się ukryć, że Adrian Radwański popuścił wodze fantazji! Scena zagrzebana została w stertach papierowych toreb, wśród których kotłują się tancerze, przez większość czasu z torbami również na głowach. Kojarzy się to z wysypiskiem śmieci albo zapleczem supermarketu. Bohaterowie budują efemeryczne konstrukcje niczym twierdze, burzą je, co wiedzie do konfliktów, ale i chwilowych przymierzy. Pozostają anonimowi, choć w zamierzeniu spektakl "UNISOno" miał opowiadać o cechach wyróżniających i dojrzewaniu. Zapewne z uwagi na drugi temat nie brakuje scen miłości ani przemocy. Dostajemy więc metaforę świata; dość oczywistą, nie spodziewałabym się jednak odkrycia Ameryki w pół godziny. Bardziej szkoda mi tancerzy, których ruchy gubią się w scenograficznym zamęcie. Nie służy też rozkładanie działań na wiele planów, które zdaje się niewiele wnosić, za to przytłacza i potęguje wrażenie wszechobecnej przypadkowości. W połowie zaprzestałam zadawać pytania "Dlaczego?" i "Po co?". Jeśli dla młodziutkiego choreografa dorosłość wiąże się ze stanem dezorientacji, to skutecznie udało mu się wywołać te odczucia w widzu. Tak czy inaczej, mam nadzieję, że kolejne jego spektakle cechować będzie większa przejrzystość.

Zabawa i dramat

Mimo żonglerki konwencjami, klarownie są zbudowane spektakle Andrzeja Adamczaka. O spójności przedstawienia przesądza specyfika ruchu bazującego na kontrastach i izolacjach. Wyjątkowo przyciągają uwagę momenty, gdy w całkiem usztywnionym ciele zachodzą wyraźne drgawki tylko w jednej części. "Touch me", jak sam tytuł sugeruje, bada temat dotyku. Najciekawsze wydają się fragmenty, gdy ciało któregoś z tancerzy traktowane jest jak obiekt, poddające się działaniom pozostałej dwójki. Dotyk wówczas staje się neutralny, bada, eksperymentuje. Przypomina to zabawę pochłaniającą dzieci, które dopiero poznają możliwości stawów, mięśni. Sceny te fascynują, być może nawet uruchamiając w widzu pragnienie podobnych eksploracji i wyjścia poza oczywistość ciała, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Fragmenty te przeplatają się z choreografiami, w których dotyk służy budowaniu relacji interpersonalnych. Na scenie mamy mężczyznę i dwie kobiety, co zapowiada melodramatyczne zwroty akcji. W tym trójkącie tancerki walczą o uwagę, na zmianę zbliżając się do Adamczaka i będąc przez niego odrzucanymi. Rywalizacja i zazdrość o chwilowe zwycięstwa podkreślone zostają wymownymi spojrzeniami. Gdy jedna z nich triumfuje, druga mierzy się z samotnością. Zestawienie duetu z solo pozwala skontrastować odmienne dynamiki i choreograficznie się sprawdza. Niestety, na poziomie narracyjnym całość ciąży ku banałowi, opartemu na tanim dramacie. Adamczak wydaje się świadomy tego i w kulminacyjnym momencie wprowadza operę Monteverdiego, która miesza się z ostrymi elektronicznymi bitami. Zmieniające się konwencje wywołują komiczny efekt, śmiech nieco unieszkodliwia frazesy.

Poza planem

Bez wątpienia za sukces należy uznać debiut choreograficzny Marcina Motyla. Jego "Plan" opowiada o spotkaniu kultury zachodniej z islamską, nie tylko portretując stereotypy, ale także dając wyraz narastającej społecznej niepewności. Mimo grząskiego tematu, zachowuje lekkość dzięki licznym humorystycznym epizodom. Konstruuje spektakl ze scenek, mniej lub bardziej prawdopodobnych. Zaczyna się od gry basenowej - trójka tancerzy, leżąc, wykonuje pływackie ruchy przy muzyce przywodzącej na myśl pluskającą wodę. Atmosferę beztroskiej zabawy przerywa groteskowy konflikt o kamizelkę ratunkową, którą każdy pragnie posiąść na wyłączność. Wyróżnia się też satyryczny motyw przepychania gigantycznej skrzyni przez superbohaterkę ubraną w pelerynę z flagi amerykańskiej, która spektakularnie powiewa dzięki wiatrakowi trzymanemu przez towarzyszącego jej tancerza. Jeśli kultura zachodnia opiera się na grze pozorów, za którymi stoi chciwość i bezwzględna konkurencja, to jaki jest świat islamu? Motyl miesza przypadkowe chodzenie z modlitwami, nie omieszkuje też sięgnąć po temat napędzający lęk - terroryzm, tworząc jedną z mocniejszych, pamiętnych scen. Zakapturzona kobieta dzierży karabin, podczas gdy dwóch mężczyzn oddaje się rygorystycznemu treningowi. Zwinność ich ciał kontrastuje z władczą sztywnością tancerki. Ten prosty zabieg odwraca stereotyp ról płciowych, każąc się zastanowić nad jego zasadnością. Nad całością ciąży pytanie na ile kultura, w której funkcjonujemy, określa nasze wzorce zachowań i jak one się zmienią, gdy wejdziemy w inny krąg.

Spektakl stanowi krzywe zwierciadło, w którym odbija się Europa zmagająca się z kryzysem imigracyjnym. Można przyjmować ów karykaturalny obraz bądź nie, bez wątpienia uznanie się jednak należy Motylowi za zmierzenie się ze społecznie ważnym tematem, co wciąż należy do rzadkości w tańcu. Dodając do tego precyzyjną konstrukcję i świetne role czwórki tancerzy, dostajemy najciekawszą realizację tegorocznego Atelier.

Jako niewątpliwą zaletę festiwalu należy wskazać jego otwartość. Premierowe spektakle utrzymane są w odmiennych stylistykach, nie łączy ich konkretny temat. Prezentowane w konkretny dzień przedstawienia pozostają jednak spójne, co chroni przed programowym chaosem. W pierwszy dzień zestawienie kameralnych "Touch me" z "Need me" pozwala obserwować rozwój charakterystycznego ruchowego języka Andrzeja Adamczaka. Sprawdza się również połączenie "Planu" Marcina Motyla z wyczekiwanymi "Zagubionymi w skórze" Bytomskiego Teatru Tańca i Ruchu ROZBARK, gdyż oba poruszają temat kulturowych stereotypów. Wątpliwości budzi jedynie para "UNISOno" Adriana Radwańskiego i "Zbliżenia" Teatru Tańca Zawirowania, jednak przez specyfikę spektaklu debiutanta każde zestawienie sprawiałoby wrażenie przypadkowego. Świetnym pomysłem okazuje się zakończenie festiwalu monumentalnym działaniem w choreografii Moniki Błaszczak, która ożywia sale i korytarze szkoły baletowej, opowiadając tak o codzienności związanej z trudnymi początkami tanecznej przygody, jak i o ekscytacji, jaką wywołuje tworzenie.

Chociaż propozycje festiwalowe reprezentują nierówny poziom, docenić należy Polski Teatr Tańca za stworzenie otwartej przestrzeni, w której młodzi twórcy mogą eksperymentować, debiutować i konfrontować się z szerszą publicznością. Ta przybywa tłumnie i braw nie szczędzi, co daje nadzieję, że i ona wyczekuje podobnych inicjatyw.

Agnieszka Dul

  • IX Festiwal Atelier Polskiego Teatru Tańca
  • 10-13.03