Kultura Poznań.pl

Opinie

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Show must go on

Muzykę Queen zna chyba każdy. Ale chyba nie każdy wie, że Freddie Mercury tak naprawdę nazywał się Farrokh Bulsara i urodził się w Tanzanii. Albo że jeden z flagowych utworów zespołu We Will Rock You początkowo był tylko prostym rytmem, wymyślonym po to, by koncertowa publiczność mogła jeszcze bardziej uczestniczyć w artystycznym performensie, jakim niewątpliwie był każdy z koncertów zespołu.

.
fot. materiały dystrybutora

Historia jednej z najbardziej legendarnych kapeli w historii zaczyna się w 1970 roku, kiedy wówczas kompletnie anonimowy wokalista i autor tekstów (który w przyszłości będzie nosił pseudonim artystyczny Freddie Mercury) poznaje chłopaków z niszowego, garażowego zespołu rockowego. Grupa akurat straciła swojego wokalistę, a jej gitarzyści początkowo są bardziej zaskoczeni niż zainteresowani niemalże bezczelną propozycją współpracy ze strony chłopaka z widoczną wadą zgryzu, który tak bardzo wierzy w siebie, że nawet ten element potrafi przekuć w swoją zaletę.

Dalej rzeczy dzieją się już lawinowo: zespół gromadzi coraz większą publiczność, zostaje zauważony przez poważną wytwórnię i nagrywa pierwszą płytę. Ta z kolei okazuje się być gigantycznym sukcesem, mimo iż początkowo mało kto wierzył w powodzenie krążka, na którym bezpardonowo miesza się kilka odrębnych gatunków muzycznych, a najbardziej zaskakujące efekty dźwiękowe powstają wyłącznie dzięki kreatywności i determinacji młodych muzyków i wokalisty-wizjonera, który już wtedy zdecydowanie wyprzedza swój czas.

Muzyka nie jest jednak dominująca w wizji Bryana Singera. Owszem, w filmie pojawiają się największe przeboje Queen (bez których zresztą trudno byłoby wyobrazić sobie tę opowieść), ale najważniejsze są tutaj emocje - zarówno te związane z muzyką, jak i te wynikające z wielu skomplikowanych relacji pomiędzy bohaterami. Jest tu i prawdziwa przyjaźń, i zimne wyrachowanie, bezwarunkowe wsparcie i bolesne rozczarowanie, miłość platoniczna i ta niosąca ze sobą jedynie doznania cielesne. Wszystko, co tylko może zmieścić się w jednym, jednocześnie spełnionym i tragicznym życiorysie.

Każdy z fabularnych wątków jest przy tym zrealizowany w punkt. Biografia samego Mercury'ego to wprawdzie motyw wiodący, historia zespołu jest właściwie jej (wprawdzie bardzo wyraźnym, ale jednak) tłem, jednak proporcje między tymi nierozerwalnie powiązanymi ze sobą motywami są naprawdę dobrze wyważone i przemyślane. Najbardziej kontrowersyjne wątki, jak bujne życie seksualne Mercury'ego, jego problem z narkotykami czy w końcu diagnoza dotycząca AIDS nie są pokazane wprost, a jedynie dyskretnie zaznaczone, dzięki czemu nie jest to kolejny film z gatunku sex&drugs&rock'n'roll, a znacznie bardziej wysmakowane studium ludzkiego losu. Studium, w którym - tak samo jak w życiu - smutek i melancholia miesza się z nieskrępowaną radością i poczuciem humoru. Kamera śledzi losy bohaterów w każdy możliwy sposób, od ujęć bardzo intymnych, prywatnych, jak rozmowy Freddiego z Mary - najpierw dziewczyną, potem narzeczoną, aż w końcu dozgonną przyjaciółką, aż po te zrealizowane z prawdziwym rozmachem, jak choćby finałowa scena koncertu z cyklu Live Aid na Wembley z 1985 roku, którego retransmisję obejrzało wówczas ponad 1,5 miliarda ludzi z ponad stu krajów na świecie.

Jedno jest pewne - ten film zdecydowanie nie byłby tak dobry, gdyby nie rewelacyjny Rami Malek, przez bite 2,5 godziny dosłownie wbijający widza w fotel hipnotyzującym spojrzeniem, sposobem mówienia i płynnością ruchów, jakie nadaje swojemu ciału naśladując sposób bycia charyzmatycznego lidera. Aktor znany części kinomanów głównie z serialu Mr. Robot jest dla mnie bezapelacyjnym aktorskim odkryciem roku, a jego kreacja w Bohemian Rhapsody rolą bezsprzecznie zasługującą na Oscara.

Anna Solak

  • "Bohemian Rhapsody"
  • reż. Bryan Singer

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018