Kultura Poznań.pl

Opinie

opublikowano:

Gdzie nigdy staje się teraz

W Poznaniu trwa Mediations Biennale - festiwal, który jego organizatorzy nazywają "największym wydarzeniem sztuki współczesnej w Europie Środkowej". 

.
Fot. M. Ciesielski

Program festiwalu tworzą trzy wystawy główne oraz kilka wydarzeń pobocznych. Dzieła wybitne sąsiadują z kiczem, a uzbierane z odpadów instalacje występują razem z ultraestetycznymi filmami. Idiom łączący poszczególne elementy Kiedy nigdzie staje się tutaj w swoim enigmatycznym, okołoglobalnym charakterze pozwala zawrzeć w sobie wszystko i nic...

Ten festiwal wyraźnie różni się od jego poprzednich edycji. Jest znacznie mniejszy. Mniej na nim prac, artystów, ale też mieści się na stosunkowo mniejszym obszarze. Poza Galerią U Jezuitów przy ul. Dominikańskiej i CK Zamek przy Św. Marcinie wszystkie wydarzenia krążą wokół Al. Marcinkowskiego, które organizatorzy na miesiąc zamienili w Aleję Sztuki. Ta mniejsza skala Mediations moim zdaniem, wcale nie jest wadą. Pozwala na przyswojenie przez widza większości atrakcji festiwalu nawet w jeden dzień. Znacznie ograniczono ilość pochłaniających czas filmów. Ci bardziej leniwi amatorzy sztuki nie znajdą już żadnej wymówki.

Mediations otwiera ekspozycja Berlin Heist w Muzeum Narodowym i Bibliotece Raczyńskich. Prezentowane tam wypowiedzi artystyczne są bardzo różne. Znajdziemy prace minimalistyczne, malarstwo mniej lub bardziej klasyczne, performance, instalacje oraz wideo. Najwięcej uwagi skupiają na sobie dwa filmy Juliana Rosefeldta. To bardzo estetyczne realizacje, o trochę literackim przekazie. Na próżno jednak można szukać w nich fabuły. Stanowią przede wszystkim kompozycję z pięknych obrazów i skojarzeń, które na długo pozostają w pamięci.

Kolonizowanie Afryki

Wystawa Shifting Africa w Galerii u Jezuitów budzi moje największe wątpliwości. Miałem wobec niej duże oczekiwania. Przegląd sztuki afrykańskiej mógł stanowić namiastkę zupełnie nieznanej w Polsce kultury. Niestety, ilość prac autentycznie afrykańskich jest ograniczona.

Moją szczególną uwagę przykuł minimalistyczny film Em'kala Eyongakpa. Realizacja nie tylko piękna i dobrze zaaranżowana, ale też niezwykle mądra. Prosty kadr na postać ubranego w garnitur rowerzysty, o którym wiemy tylko tyle, że ma czarną skórę. Jego twarz znajduje się poza kadrem. Jedzie w stronę widza, jednak nie przemieszcza się. Tło za nim jest wciąż tak samo jałowe. Rowerzysta rozluźnia krępujący go krawat i zapięcie koszuli. Interpretować to dzieło można na wiele sposobów. Film ten, fotografie Edsona Chagasa oraz performance innych artystów z Afryki (Jelili Atiku, Julie Dijkey, Serge Olivier Fokoua, Hervé Yamguen) dowodzą, że twórcy ci znają dobrze trendy w sztuce współczesnej, ale potrafią zachować wobec nich dystans.

Druga część wystawy to sztuka europejska, która stara się włączyć w temat afrykański. Chociaż dużo się mówi w kontekście wystawy o kolonializmie, same realizacje są - moim zdaniem - takim właśnie kolonizowaniem afrykańskiej sztuki. Europejczycy traktują myślenie o Afryce powierzchownie, wpisując się w oczekiwania europejskiego konsumenta sztuki. Peter Puype w ramach fikcyjnego biura podróży przeprowadził wywiady z emigrantami. Norbert Meissner komentuje zalew cyfrowej informacji. Do analogowego monitora dołącza różnorodne nagrania m.in. wypowiedź George'a Busha o terroryzmie. Całość z Afryką ma niewiele wspólnego. Dennis Feser realizuje wideoperformance, w którym ubiera się w elektroniczne odpady. Tom Otto prezentuje rzeźby-kosze, imitujące afrykańskie rękodzieło. Dwie prace pokazuje Rolf Bier. Porusza ciekawy problem mylnego postrzegania Afryki przez Europę. Niestety, cytując uniwersalny motyw z obrazu Rene Magritte'a, mógłby mówić tak samo o każdym innym kontynencie. Wolf Böwig prezentuje swoje fotografie z brutalnych afrykańskich wojen. Był za nie nominowany do nagrody Pulitzera. Problem w tym, że od 2007 roku wciąż odcina kupony od projektu realizując m.in. warsztaty, na których uczestnicy malują bezpośrednio na jego fotografiach. Daje to dziwny, ilustracyjny efekt. Dawno nie spotkałem się z tak chłodnym traktowaniem ludzkiej tragedii. Spośród tego grona wyróżnia się akcja Kristiana von Hornsletha, która w bezwzględny sposób, nie tuszując cynizmu, opisuje wzajemny stosunek obu światów i tym samym ratuje nasz kontynentalny honor. Artysta zaproponował wszystkim mieszkańcom wioski Butyongera bydło tak, by mogli rozpocząć własne hodowle. W zamian poprosił jedynie o wstawienie jego nazwiska do ich nowych dowodów osobistych. Zgadzając się dowiedli, że europejskie nazwisko jest dla nich zbyt abstrakcyjne, by mogło nieść jakiekolwiek realne konsekwencje.

Zestaw dzieł trafionych

Trzecią wystawą jest prezentacja Granice globalizacji w ramach projektu Polish Art Tomorrow. Tutaj hasło rzucone jest jako pretekst do pokazu młodych polskich artystów. Koncepcja wystawy wynika ze specyfiki ogólnopolskiego projektu, który buduje sieć - bazę danych polskiej sztuki. Obecnie projekt ograniczony jest do strony internetowej, na której można znaleźć m.in. ponad 200 sylwetek polskich artystów. Polska sztuka na tej wystawie wydaje się przeważnie refleksyjna. Opowieści dotyczą śmierci, przemijania, samotności i chyba najbardziej polskich kompleksów. Dalekie od tego smutku są prace Oli Kozioł i Michała Bałdygi.

Najbardziej skromna, ale też i najciekawsza, moim zdaniem, praca, to rysunki na wydrukach Kornela Janczy. W prosty sposób demonstrują drzemiące w każdym z nas zapędy totalitarne. Całość ekspozycji ze względu na bardziej spójny charakter oraz rodzimą bliskość może przypaść do gustu widzom łatwiej niż poprzednie przeglądy.

Głównym wystawom towarzyszą mniejsze wydarzenia. Nie znaczy to, że są one mniej warte uwagi. Szczególnie polecam wystawę w kamienicy przy ul. Gwarnej. Latex Ideology koreańskiej kurator Jung me Choi to zestaw dzieł trafionych. Niemal każda praca broni się w tej trudnej przestrzeni. Rzeźba Ohno Kouji Wymagania zajmuje 6 pokoi. Każdy z nich został w inny sposób zaaranżowany. Zamiast zwykłych czterech ścian znajdziemy w nich specyficzny jesienny ogród, dziwny staw oraz inne, mniej lub bardziej niepokojące, zjawiska. Instalacje Deok Young Gim oraz Na Hyun to dzieła wykonane specjalnie dla miejsca. Bezpośrednio i ciekawie nawiązują do jego specyfiki. Rusin Blazej Patryk również wpisuje się dobrze w charakter kamienicy, chociaż jego praca A Ty co zrobiłeś dla Ukrainy? ma już bardziej społeczno-polityczny przekaz.

Jest jeszcze wiele prac na tej wystawie. Szczególnie polecam zapoznać się z instalacjami Jacka Staniszewskiego, Noama Braslavsky'ego oraz Jannisa Markopoulosa. Jeśli widzowie po obejrzeniu wystaw głównych odczuli niedosyt, tutaj powinni go zaspokoić.

Ciekawą propozycją jest też klub festiwalowy na Placu Wolności, gdzie odbywają się pokazy filmów z Afryki oraz warsztaty dla najmłodszych. Na szybach kontenera codziennie pokazywane są bardzo różne dzieła, bez odgórnej selekcji. Można trafić na prace ciekawe, jak i kicz.

Rozczarowania

Czego najbardziej  mi brakuje w tegorocznej odsłonie Mediations Biennale, to wyjaśnienia doboru kuratorskiego prac na wystawie berlińskiej i afrykańskiej. Wszystkie główne wystawy mają charakter przeglądowy. Niczym salon sztuki, w którym pokazuje się demokratycznie bardzo różne dzieła. Nie rozumiem jaka była w tych projektach rola kuratorów. Trudno mi, jako widzowi, znaleźć klucz, który pomógłby mi rozeznać się w wystawach - oprowadzić mnie po nich, przygotować teoretycznie.

Rozczarowuje także odejście od dotychczasowej formuły festiwalu, czyli mediacji kultur w ramach poszczególnych wystaw na rzecz wystaw narodowościowych. Trzy główne propozycje są wyraźnie podzielone na obszary geograficzne i nie mieszają się specjalnie ze sobą. Cechą wspólną dla Berlin Heist, Shifting Africa oraz Polish Art Tomorrow jest jedynie enigmatyczny idiom festiwalu.

Ostatnią sprawą, która nie daje mi spokoju, jest kwestia organizacyjna. Przyzwyczailiśmy się, że przy okazji poznańskiego Biennale czasem coś nie działa - kilka dni po otwarciu potrafią gasnąć filmy, ginie dźwięk. W tym roku nie udało mi się np. dostać do Galerii Rotunda - planowana tam wystawa z niewyjaśnionych przyczyn była nieczynna. W Muzeum Narodowym z kolei zamiast na Mediations obsługa kieruje na wystawy stałe, a prezentację prac profesora Jana Berdyszaka - laureata tegorocznej nagrody festiwalu - otwiera kluczem, po okazaniu obu biletów. Takie drobnostki potrafią zniechęcić. Wydaje mi się, że przy tegorocznej - mniejszej - edycji biennale można było takich problemów uniknąć.

Michał Ciesielski

  • 4. Mediations Biennale
  • 21.09-26.10.2014