Kultura Poznań.pl

Historia

opublikowano:

Fotograf popołudniowy. Marian Stamm po wojnie

- Cała ta organizacja powstała jako przykrywka spotkań ludzi, którzy nie byli zwolennikami nowego ustroju - podsumowuje Polskie Towarzystwo Fotograficzne PTF Oddział w Poznaniu Barbara Stamm, córka Mariana, fotografa. - Gdy ojciec powiesił portret Sikorskiego w swoim biurze, o mało co nie wyleciał z pracy.

.
Św. Jan pod strzechą, ok. 1945-1946 (fot. M. Stamm)

Pierwsza wystawa w Poznaniu po okupacji była zarazem pierwszą, w której Stamm uczestniczył. Dała początek realizacji jego marzeń sprzed wojny. I cóż z tego, że w gmachu Wojewódzkiej Rady Narodowej, dziś budynku Urzędu Miasta? WRN roztoczyła opiekę nad fotografami Stowarzyszenia Miłośników Fotografii SMF, dała zezwolenia, zorganizowała materiały fotograficzne - w międzywojniu drogie, po wojnie deficytowe. Udostępniła też lokal do spotkań i w październiku 1945 r. Salę Białą na tę pierwszą wystawę nazywaną Gruzy Poznania, w październiku 1945 r. "Pobudowaliśmy stojaki do zdjęć" - pisze Stamm w życiorysie. Podaje, że wykorzystano je ponownie na przełomie 1945 i 1946 r. do ekspozycji z prawdziwego zdarzenia - w Muzeum Narodowym. Podobny zestaw zdjęć, będący rezultatem spacerów fotograficznych członków SMF pod hasłem W gruzy Poznania, został wtedy nobilitowany przez miejsce i szyld fotografii artystycznej, pod jakim pokaz zorganizowano.

Dla Stamma przy jego międzywojennej biedzie, o której pisałam w ubiegłym miesiącu, to było zupełnie nie do pomyślenia. Bezpośrednio po wojnie żył skromnie, ale pewnie. Dawne mieszkanie przy Różanej zburzyła bomba, dostał więc z rodziną kwaterunkowe w bloku przy Rolnej. Zatrudniono go znów w zakładach im. H. Cegielskiego, więc do pracy miał przysłowiowe pięć kroków. Po jakimś czasie Stammom dokwaterowano rodzinę kolejarza, zrobiło się bardzo ciasno. Mieli dwa pokoje z kuchnią, ale z sąsiadami się zaprzyjaźnili. W końcu rano on sam i tak wychodził do fabryki, a po południu przez lata pochłaniało go życie fotograficzne - poza domem. - Jak przychodził, to z reguły go nie było - stwierdzają córki. Nawet wtedy, gdy w mieszkaniu robił odbitki. Anektował na ten cel kuchnię (łazienki w ogóle nie mieli). - To trwało czasem kilka godzin, musiałyśmy brać ze sobą miskę do mycia, picie, jedzenie.

Pełen patriarchat

Lubił pracę. Konstruował narzędzia do obróbki detali przy silnikach okrętowych. - Wychodził punkt szósta, a miał drogi na pięć minut. Zaczynał o 6.15. Szedł jeszcze wcześniej na spacer przez Wspólną do Bluszczowej. Wtedy było inne podejście do pracy - mówi Barbara Stamm. Kiedy wracał, obiad czekał na stole. Ten posiłek i jego godzina stanowiły rzecz świętą.

- Wszyscy czekali na ojca i wszystko trzeba było zjeść - pamiętają córki. To on był w domu najważniejszą osobą, indywidualistą, do którego wszyscy musieli się bezdyskusyjnie dostosować. Rzeczowy i elegancki. W każdą niedzielę wstawał, wkładał koszulę, muszkę, bonżurkę... Żadnej pracy, nawet obiadu nie wolno było Marii gotować. Gdy już wszyscy wrócili z kościoła, mogła go podgotować. Uważał przy tym, że kobieta powinna być w domu przynajmniej tak długo, dopóki dzieci są małe. Tak więc po obiedzie następowały odwiedziny z całą rodziną u licznych krewnych czy przyjaciół albo Marian zasiadał z książką, a Maria z dziećmi. Wyrwała się do pracy dopiero w latach 50., kiedy najmłodsza pociecha poszła do szkoły. Zatrudniła się w... PTF jako sekretarka urzędująca w lokalu przy ul. Paderewskiego 7. Wychodząc stamtąd, popołudniami musiała mijać się z Marianem.

Tożsamość fotograficzna

Lokal otrzymało od miasta jeszcze SMF, Stamm zaś od początku aż do 1957 r. pełnił rolę tzw. gospodarza w obu organizacjach. "Urządzałem wystawy" - podawał lakonicznie, ale było to odpowiedzialne zajęcie. "W roku 1947 wysyłaliśmy prace do Szwajcarii Raperswille, do Holandji i Antwerpji IX 47" [pisownia oryginalna], członkowie SMF zbiorowo otrzymali wtedy brązowy medal. Obsyłanie wystaw krajowych i zagranicznych miało istotne znaczenie jeszcze w międzywojniu, nie dziwi więc, że już w lutym 1948 r. SMF reprezentowany był na pokazie w Paryżu. Stamm brał udział we wszystkich wymienionych wystawach zagranicznych, do końca lat 40. uczestniczył też w sumie w ośmiu w Polsce. Do końca kariery osiągnął wynik stu wystaw.

W kilka lat zyskał fotograficzną tożsamość, w dodatku w mieście, które pełniło zamiast zniszczonej Warszawy rolę ośrodka odbudowującego życie fotograficzne kraju. Jednak stolica szybko odzyskiwała siły - w 1946 stworzyła Polski Związek Fotografików (ob. ZPAF), który zapewniał członkom status artysty i prawo do zarabiania fotografią rozumianą jako sztuka, nie rzemiosło. Po roku poznańska WRN straciła na rzecz stolicy centrum dowodzenia polską fotografią - referat fotografiki, a tam zaczął on scalać takie towarzystwa jak lokalne SMF w jeden organizm: PTF. Poznaniacy, wspólnie z mieszkającym w Warszawie okresowo Tadeuszem Cyprianem, dali temu jeszcze radę - zdominowali zarząd główny PTF, oddział poznański zaś uczynili kopią SMF. Stamm miał jeden z kilku pierwszych numerów legitymacji - do spółki z Cyprianem, Obrąpalskimi, Poradowskim, Maćkowiakiem i Maksymowiczem. Pomijając tego ostatniego, wszyscy tworzyli grono przyjaciół Stammów.

- Cyprian troszeczkę ustawiał to towarzystwo, on ich wszystkich tonował - dodaje córka Barbara. Spędziła z ojcem najwięcej jego "fotograficznego" czasu, pomagała, gdy do 1957 r. wieszał i ustawiał wystawy w PTF przy Paderewskiego, wędrowała z ciężkim plecakiem, gdy wyruszał na rajdy w Tatry. Traktował ją jak syna, którego się nie doczekał. - Ojciec kochał nas niezmiernie i był bardzo rodzinny, ale tak, jak jemu to odpowiadało. Zapewniał nam co roku miesiąc w Zakopanem, bo to było jego ukochane miejsce. Miałam 4 lata, gdy zabrał mnie po raz pierwszy na Giewont, zresztą z Poradowskim, Maćkowiakiem i całą jego świtą. No, ale przeszliśmy dzięki tej jego pasji wszystkie nasze góry po kolei, na własnych nogach. Byliśmy niezależni, spaliśmy na polu. To było fascynujące.

Góry, turystyka i przyroda stały się "wyjściem ewakuacyjnym" Stamma, gdy gęstniała atmosfera polityczna. W 1950 r. wstąpił do Związku - tego dającego status artysty, i zgodę na zarabianie zleceniami fotograficznymi. Już w 1951 r. zabroniono jego członkom wystawiać razem z PTF, który miał się zająć wyłącznie amatorami. Poznań się zagotował, bo nie tylko Stamm należał do obu organizacji. On i Obrąpalski oraz Schramm rzucili wtedy legitymacjami Związku. Mogli sobie na to pozwolić - nie żyli z fotografii. Cyprian nie zdołał ich najwyraźniej wtedy opanować, ale być może wpłynął na to, że obu w 1961 czy 1962 r. reaktywowano. Stamm żył jednak PTF-em: kierował sekcją artystyczną (1955-58), był wiceprezesem (1957-63), wreszcie w 1962 r. założył i do 1982 r. prowadził sekcję przyrodniczą. Sypały się medale, odznaki, tytuły, dwa razy nagrodził go minister kultury i sztuki. Był instruktorem fotografii w kółkach młodzieżowych i instruktorem krajoznawstwa, fotografii krajoznawczej oraz ochrony przyrody w PTTK. Córka Barbara: - Wszystko społecznie. Ojciec był entuzjastą. Nigdy nie potrafił zarabiać pieniędzy.

Monika Piotrowska   

                       

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku, zmień ustawienia swojej przeglądarki.