Kultura Poznań.pl

Festiwale

opublikowano:

OFF CINEMA. Nie tylko dobre wiadomości o nas

- Emigracja w systemie dyktatury jest jak ekskomunika, wyrzucenie z kościoła - mówi Marian Marzyński*, szef jury tegorocznego konkursu filmów krótkometrażowych MFFD Off Cinema, który w tym roku otrzyma na festiwalu Platynowy Zamek - nagrodę za całokształt twórczości.

.
Marian Marzyński na planie filmu "Nigdy nie zapomnij kłamać", fot. Mikołaj Jazdon

W jakich warunkach powstawały Twoje polskie filmy dokumentalne?

Poza wyjątkiem - jednym filmem zrobionym na zamówienie ambasady sowieckiej, który nazywa się "20 lat później" i dotyczy rosyjskich oficerów wyzwalających Polskę, wszystkie inne były moimi własnymi pomysłami. W Wytwórni Filmów Dokumentalnych i Fabularnych Jerzy Bossak ustalił etapy, na jakich proponowało się filmy. Pierwszy nazywał się "temat". Nie wolno go było opisać na papierze na więcej niż pół strony. Z takim pomysłem przychodziło się do niego, a on robił wszystko, żeby go zniszczyć.

Czemu?

To metoda, którą potem stosowałem w Ameryce wobec moich studentów. Autor pomysłu musi dostać prysznic po to, żeby do niego wrócić. Jeżeli jest mocny w jego odczuciu, to wróci z lepszym pomysłem. Jeśli autor dostanie aprobatę na samym początku, to prawdopodobnie spocznie na laurach i nie będzie ciężko pracować. W dokumencie wszystko jest obietnicą. Nie możesz udowodnić, że to, co chcesz zrobić będzie wyglądało tak, jak ci się wydaje.

Dlaczego wybrałeś temat komisji wojskowej i zrobiłeś "Dzień X"?

Pójście dla wojska była dla mnie totalną tragedią. Nikt nie lubił wojska, ale ja byłem totalnie po drugiej stronie - czułem, że ktoś chce mnie zabić psychicznie. Zanim zrobiłem ten film, sam poszedłem na komisje wojskową. Z pomocą kolegów, studentów medycyny, wymyśliłem nieistniejącą chorobę serca. Żeby ją uprawomocnić, zanim wszedłem na salę komisji poborowej, dostałem lekarstwa podnoszące ciśnienie i zrobiłem pięćdziesiąt przysiadów w ubikacji. Dostałem tak zwane odroczenie służby wojskowej.

Kręcąc "Po turnieju" wróciłeś do Polski, aby odwiedzić Syców i mieszkańców pamiętających udział w prowadzonym przez ciebie programie telewizyjnym Turniej Miast. Na koniec, jadąc w pociągu, cieszysz się ze zmian w mentalności i mówisz, że w przeszłości wiele razy czułeś się w Polsce niechciany. W jakich sytuacjach?

To były dwa potężne momenty. Jeden był związany z życiem i śmiercią, a drugi z wykorzenieniem się i przeniesieniem rodziny. Przede wszystkim czułem się niechciany w czasie wojny jako dziecko. To zawsze problem losu indywidualnego i kraju, w którym siężyje. Wiadomo, że wojna nie była wywołana przez Polaków - byli oni jej ofiarami. Ale to się działo w tym kraju. Najbardziej więc czułem się niechciany, gdy mnie chciano zabić- jeżeli chodzi o Niemców - albo wydać Niemcom ze strony Polaków. Potem czułem się niechciany w czasie emigracji marcowej. Wszyscy ludzie zazdroszczą tym, którzy emigrują, ale nie rozumieją, że oderwanie się od własnej kultury jest olbrzymim bólem.

A potem?

Potem odwrotnie - byłem już bardzo chciany. Stawałem się coraz bardziej rodzajem odkrycia archeologicznego. Miałem do czynienia z pokoleniem takim jak twoje, które nie znało mojej historii. A pamiętaj, że przez te trzydzieści, dziś już pięćdziesiąt lat nieobecności, rodziły się nowe pokolenia Polaków "bez naszej wiedzy". Te pokolenia zaczęły mnie interesować. Wiedziałem co było "potem" w Ameryce, ale co było tutaj? Ci młodzi ludzie nie wiedzieli nic albo prawie nic o mnie, zadawali pytania i odkrywali - co było bardzo przyjemne. I bardzo chciane.

Przeglądałem prasę, książki, wydania DVD - Ciebie tam nie ma wcale, bądź prawie wcale...

Bo byłem wyklęty z kościoła. Po moim wyjeździe nikt przez najbliższe dziesięć-piętnaście lat nie mógł o mnie pisać. Sprawa cenzury jest dość skomplikowana - bo poza zewnętrzną jest jeszcze gorsza, wewnętrzna. Ludzie nie pisali nie dlatego, że im nie pozwalano - ale uważali, że jest bezpieczniej, żeby nie wspominać o Żydach, którzy wyjechali. Bo opuścili kraj w ramach konfliktu z ustrojem - a ci, co zostali, musieli dalej w nim funkcjonować. I taka to sytuacja z systemami cenzuralnymi - człowiek jest, jest, jest... a potem nagle go nie ma, jakby umarł. Nie jestem jedyny. Miłosz czy Gombrowicz też przecież nagle przestali istnieć. Emigracja w systemie dyktatury jest jak ekskomunika, wyrzucenie z kościoła.

Co czułeś?

Nie bolało mnie to. W życiu emigrantów przez pierwsze dziesięć lat przeszłość się oddala, bo jest się zajętym budowaniem nowego życia. Potem - jeśli jest się człowiekiem kultury, który ukształtował się tutaj - stopniowo zaczyna się wracać. Tego wyrzucić nie można. Kultura w walizce polega na tym, że jest przenośna. Funkcjonuje nie tam, gdzie się zrodziła, tylko gdzie wywędrowała. I to widać w moich filmach.

Jak tę emigrację odczułeś jako twórca filmowy?

Wniosłem do filmu i narracji amerykańskiej reakcję negatywną na to, co robiło się w Polsce w filmach. Wyjechałem z koncepcją, że fabularny film polski poza wyjątkami w ogóle nie istniał. Że istniał film dokumentalny, którego sam byłem częścią. Sfabularyzowana rzeczywistość, niezależnie od intencji reżysera, zawsze była śmierdzącym kompromisem. W filmach fabularnych cenzura miała cię w ręku. W filmach dokumentalnych, opartych całkowicie na obserwacji, można było znacznie więcej rzeczy powiedzieć.

Ale ty wróciłeś potem do komentarza...

Tak, ale na zupełnie innej zasadzie. Mój komentarz w filmie dokumentalnym jest elementem fabularyzacji. Ja - poza tym, że pokazuję inne postacie - również siebie włączam do niego jako postać. A będąc świadkiem tego, co filmuję, po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że polska metoda kradzenia rzeczywistości za pomocą długiego obiektywu po to, żeby nie być złapanym na gorącym uczynku przez cenzora, nie ma żadnego zastosowania w społeczeństwie wolnym, amerykańskim.

Co się w ten sposób zmieniło w Twoim kinie?

Przejście z długiego obiektywu na krótki to generalna zmiana estetyczna. Krótki obiektyw daje bezpośredni kontakt z człowiekiem. Konsekwencją tego było opowiadanie co czułem w czasie filmowania. Niezależnie od tego co chcielibyśmy w dokumencie osiągnąć, jesteśmy skazani na przypadki i to, co dadzą nam inni. Odkryłem bardzo szybko, że istnieje konflikt między dwoma manipulantami - szczególnie w świecie, w którym media zaczynają odgrywać rolę. Że to filmowiec manipuluje i to filmowcem się manipuluje. I to nie ze strony cenzury, a filmowanych ludzi, którzy mają koncepcję, jak chcieliby wypaść. Trzeba im to wykradać i przekonywać ich różnymi metodami. Nigdy nie osiągnąłbym takiej szczerości, jaką udaje mi się uzyskać, gdy daję do kamery siebie i swoją rodzinę. Chcemy się podzielić tym, kim jesteśmy - a nie tylko dobrą wiadomością o nas.

rozmawiał Marek S. Bochniarz

*Marian Marzyński - reżyser i scenarzysta filmów dokumentalnych. Urodził się w Polsce, ocalał z Holokaustu jako żydowski chłopiec ukrywany przez chrześcijan. Karierę rozpoczął w Polskim Radiu. Dziennikarz radiowy i twórca popularnych telewizyjnych programów Turniej miast, Lot, Wszyscy jesteśmy sędziami. Na skutek marca '68 wyjechał do Danii, a następnie do USA, gdzie pracował w Rhode Island School of Design.

  • spotkania z Marianem Marzyńskim na MFFD Off Cinema:
  • 17.10, g. 20.30, Scena Nowa CK Zamek, Krótki metraż z Polski: "Powrót statku", "Dzień X", "Być", "Przed turniejem", "Po turnieju"
  • 18.10, g. 17, Atelier Wimar Stowarzyszenia Łazęga Poznańska, pokaz filmu "Sztetl" i promocja książki "Kino-Ja. Życie w kadrach filmowych"
  • 20.10, g. 16, Scena Nowa CK Zamek, Na obczyźnie. Filmy długometrażowe: "Skibet / Hatikvah", "Nigdy nie zapomnij kłamać"

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019