Kultura Poznań.pl

Varia

opublikowano:

Kryzys pełen szans

Nieczęsto się zdarza, by recepta na nagły kryzys była znana i gotowa do wdrożenia od ręki. Takie szczęście spotkało przestrzeń publiczną. Uwypuklone przez pandemię niedostatki ulic, placów i zieleńców można naprawić dość szybko i sprawnie. Bo rozwiązania są znane od dawna.

. - grafika artykułu
Zrewitalizowany Park Drwęskich na Wildzie, fot. Miasto Poznań

Pandemia miewa i swoje plusy. Owszem - z jednej strony inwazja wirusa obudziła drzemiące wszędzie pokłady bezmyślności. Ale, z drugiej - zmusiła obywateli do myślenia o sprawach, które wcześniej rzadko zaprzątały ich uwagę. Dwie z nich dotyczą architektury i urbanistyki. Pierwsza kwestia to niska jakość mieszkań, w których musieliśmy spędzać więcej czasu. Druga to kształt przestrzeni publicznej, gdzie szukaliśmy wytchnienia od mieszkaniowej ciasnoty i niefunkcjonalności. O ile jednak reforma polskiego mieszkalnictwa nadal wydaje się zadaniem niewykonalnym, o tyle możliwa jest - i to w szybkim tempie - poprawa przestrzeni wspólnej, która również silniej ujawniła swoje braki.

Wymuszony przez pandemię dystans społeczny uwypuklił niedostatki, które i tak od co najmniej dekady były zgłaszane przez specjalistów oraz społeczników. Od zbyt wąskich chodników, przez rwaną sieć dróg rowerowych, brak priorytetu dla komunikacji miejskiej, po mało przyjaźnie urządzone place lub skwery. Owszem, od kilku lat Poznań zmieniał w tych kwestiach wiele rzeczy na lepsze. Jednak pod naciskiem przyzwyczajonych do status quo polityków i mieszkańców często działał nieco zbyt asekuracyjnie, korzystając połowicznie z gotowych od dawna rozwiązań.

Wraz z nastaniem pandemii władze miasta narzuciły żwawsze tempo - częściowo dzięki korzystnemu zbiegowi okoliczności. Przyspieszenie w kwestii transportu publicznego i rowerowego wiceprezydent Mariusz Wiśniewski ogłosił na krótko przed pandemią. Reszty dopełnił przyjęty w maju 2020 roku, podyktowany już kryzysem, "pakiet dla mobilności". Bardzo ważnej zmianie uległa zatem w zeszłym roku ulica Garbary, na której wytyczono (po wieloletniej zwłoce) buspas, stanęły donice z drzewami, pojawiły się ławki i stojaki na rowery. Nie ma już parkowania na chodnikach. Rewolucja zaszła też na Głogowskiej zwężonej na środkowym odcinku do jednego pasa ruchu, za to z wydzielonym pasem dla rowerów. W centrum i przyległych dzielnicach załatano wyrwy w systemie dróg dla cyklistów - łącznie z likwidacją liczącego sobie 17 lat wąskiego gardła przy Starym Browarze na ulicy Kościuszki. Powstały długie drogi rowerowe na Grunwaldzkiej i Dolnej Wildzie. Od razu pojawili się na nich tłumnie rowerzyści, których liczba w czasie pandemii gwałtownie wzrosła. Natomiast piesi zagłosowali nogami na odmieniony fragment ulicy Kwiatowej - uwolniony od samochodów i obsadzony częściowo drzewami. Podobnie stało się w przypadku przedpola Starego Browaru od strony ul. Ratajczaka. Na zlecenie właściciela tego centrum handlu projektanci z Pracowni 1050 złagodzili zielenią i małą architekturą kamienno-betonowy plac nad podziemnym parkingiem.

W ten sposób pandemia okazała się szansą. W obliczu kryzysu większość szybko wprowadzonych zmian osłabiła częściowo silny opór mieszkańców przyzwyczajonych do dominacji ruchu samochodowego. Potrzeba przyjaznej i bezpiecznej przestrzeni zaczęła brać górę nad upodobaniem do starych rozwiązań. Podobnie zresztą jak w wielu innych miastach świata, od Wiednia, przez Mediolan, po Bogotę i Nowy Jork, które niemal natychmiast udostępniły jezdnie pieszym, stworzyły nowe pasy dla rowerów - część tymczasowych, a część stałych. Zrobiły to jednak na znacznie większą skalę niż polskie ośrodki - z Poznaniem włącznie.

Jednak nic straconego. Tym bardziej że na nagły kryzys pandemiczny nakładają się inne, bardziej rozłożone w czasie zjawiska - zmiany klimatyczne oraz starzenie się społeczeństwa. Im także trzeba będzie stawić czoło, tym bardziej że odpowiedź na wiele problemów jest bardzo podobna. Rozwiązania leżą dosłownie na ulicy. Przede wszystkim potrzeba nam więcej przestrzeni, w których mieszkańcy mogą czuć się swobodnie i bezpiecznie: jeszcze więcej szerokich i równych chodników wyposażonych nie tylko w ławki, ale i inne rzadkie dziś jeszcze miejskie meble, np. przemyślne podpórki lub oparcia, przy których mogą odpocząć idący na zakupy seniorzy. Chodnikom dobrze też robi uwalnianie od parkujących samochodów, których miejsce powinno być jedynie na jezdni - równolegle do krawężnika. Krok po kroku tak już się dzieje - m.in. tam, gdzie wprowadzana jest strefa płatnego parkowania.

Wreszcie: deptaki. Tylko dwa piesze ciągi w takim mieście jak Poznań, pełnym wąskich i dość krótkich ulic, to liczba zupełnie niewystarczająca. Dziś trudno dziwić się tłokowi i hałasowi na Wrocławskiej oraz Półwiejskiej: to wynik kumulacji nadmiernej liczby ludzi w jednym miejscu. Strefą pieszą powinien być zatem od dawna obszar niemal całego Starego Miasta w jego średniowiecznych granicach. Rzecz jasna: strefą o nawierzchni wygodnej również dla seniorów i osób z niepełnosprawnościami, choćby takiej jak zeszlifowane kilka lat temu historyczne bruki na ulicach Wodnej i Woźnej. W Poznaniu nierówna, łupana, a nie cięta kostka w obrębie chodników i deptaków powinna (z drobnymi wyjątkami) przejść do historii.

Stare Miasto to idealne miejsce nie tylko na deptaki, ale i woonerfy, czyli - mające swój rodowód w Holandii - pieszojezdnie z uspokojonym ruchem i małą architekturą w postaci ławek, kwietników czy placów zabaw (tych ostatnich na Starym Mieście jest stanowczo za mało). Woonerfy to także bardzo trafne rozwiązanie dla części ulic całego śródmieścia i historycznych dzielnic. Będąc rodzajem ulicznego podwórka, sprzyjają sąsiedzkiej integracji, a seniorom pozwalają na odpoczynek tuż przy domu.

Ulice można też uwalniać od nadmiaru ruchu kołowego i parkowania w duchu "superkwartałów", które od połowy lat dziesiątych tego wieku wprowadza u siebie Barcelona. W każdym kwartale, na który podzielono centrum, ulice obwodowe mają bardziej tradycyjny charakter, a wewnętrzne służą przede wszystkim pieszym i rowerzystom oraz ruchowi lokalnemu (rodzaj woonerfów). Rzecz jasna, adaptując tę ideę, trzeba pamiętać o rodzimych warunkach, bo Poznań nie ma tak regularnej i powtarzalnej siatki ulic jak stolica Katalonii.

Sprawy komunikacyjne to tylko część koniecznych zmian (więcej o nich w wywiadzie z dr. Michałem Beimem). Niezwykle istotna jest również wysoka jakość wszystkich elementów, w które miasto wyposaża ulice. Tu cały czas trwa konkurencja z centrami handlowymi. Te - by odbić sobie pandemiczne straty - mogą jeszcze silniej kusić wypieszczonymi pasażami pod dachem. Aktualizując katalog mebli miejskich, warto zatem pochylić się mocniej nad ich ergonomią i trwałością. Trzeba wprowadzać rozwiązania przewidziane dla konkretnych grup mieszkańców, takie jak choćby ławki z przewijakami (są już takie m.in. na Naramowicach) czy siedziska lub meble projektowane z myślą o seniorach i osobach z niepełnosprawnościami. W doborze najlepszych rozwiązań mogą pomóc warsztaty i prototypowanie. W zeszłym roku studenci School of Form prowadzeni przez Adriana Krężlika badali jeżycką małą architekturę i wymyślali proste sposoby na poprawę jej funkcjonalności. Na przykład: specjalne pochwyty, dzięki którym łatwiej jest wstać seniorom ze zbyt niskich ławek.

Ponadto prototypy miejskich mebli przygotowywane przez designerów lub studentów mogą stanowić atrakcję wizualną, która przyciągać będzie mieszkańców. Być może różne (w tym również barwne) warianty siedzisk wykonanych z przyjaznych i ekologicznych materiałów powinny zostać zaprojektowane dla "odpuszczonego" pod tym względem odcinka Świętego Marcina po remoncie? Warto też pomyśleć o nietypowych meblach - także takich, które mogą służyć pracy w plenerze. Pandemia przyspieszyła triumf pracy zdalnej, ale już wcześniej powstawały na świecie miejskie meble przeznaczone do pracy poza biurem: z elektrycznym gniazdkiem i stacją wi-fi. Dla paryskiej dzielnicy La Defense zaprojektował je również ceniony poznański projektant Paweł Grobelny (w Poznaniu oryginalna platforma do siedzenia jego autorstwa znajduje się na Chwaliszewie). Temat mogą podjąć również uczestnicy warsztatów projektowania drewnianych form Mood for Wood organizowanych od lat w Poznaniu przez Magdalenę Wypusz (SARP, Stowarzyszenie Punkt Wspólny). W tym roku tematem są miejskie meble typu well-being o funkcji relaksacyjnej i terapeutycznej. Dendroterapia, orniterapia, kąpiele leśne - to hasła klucze dla form, które staną latem na Łęgach Dębińskich.

I tak przechodzimy do bardzo ważnego tematu miejskiej zieleni. Nie tylko zmiany klimatyczne, korzystny wpływ na miejski mikroklimat (cień, redukcja temperatury, regulacja wilgotności), ale i pozytywne oddziaływanie na psychikę powinny być dla władz bardzo silną motywacją do wprowadzania zieleni wszędzie i w każdej postaci, zwłaszcza dorodnych drzew. Nie jako estetyczny dodatek, ale ważny element miejskiej układanki wpływający na zdrowie i samopoczucie (już dawno badania wykazały, że chorzy zdrowieją szybciej, gdy ich szpitalne okna wychodzą na zieleń). Sprawa niby oczywista, ale w kwestiach przyrodniczych panuje w Poznaniu spora niekonsekwencja W jednych miejscach przybywa sensownych nasadzeń, w innych dobrze ma się "betonoza" - tnie się setki drzew pod przeskalowane drogowe inwestycje. Tymczasem, choćby wzorem planów Hamburga, miejska zieleń powinna tworzyć spójny system obejmujący lasy, parki, cmentarze i ogrody działkowe połączone przyrodniczymi korytarzami biegnącymi wzdłuż ulic lub przez teren osiedli. Uzupełnieniem powinny być też zielone ściany domów (choćby i bluszcz, nie muszą to być wcale drogie instalacje), dachy, zielone przystanki (kilka już jest!) i - w trosce o bioróżnorodność - budki lęgowe dla ptaków i miejskie ule. Najwyższy też czas na rzadkie jeszcze w Polsce tzw. parki kieszonkowe. Nie wielkie zielone założenia, do których trzeba iść parę kilometrów, lecz zielone enklawy urządzane na wolnych i zaniedbanych wcześniej terenach - nierzadko o powierzchni jednej śródmiejskiej działki budowlanej.

Taka zielona kieszeń to przyroda na wyciągnięcie ręki, w zasięgu kilku minut, co przekierowuje nas do ostatniego już tematu, który wybrzmiał silniej podczas pandemii. Chodzi o ideę miasta piętnastominutowego - takiego, gdzie większość życiowych aktywności (z pracą włącznie) można prowadzić w zasięgu kwadransa od domu, co pozwala uniknąć wielogodzinnych dojazdów. Idea nie jest nowa, do dziś sprawdza się w formie tzw. jednostki sąsiedzkiej w dawnych modernistycznych osiedlach (pod ręką szkoła, sklep, żłobek, usługi, zieleń itp.). Podobnie jest również w centrum, choć tutaj trzeba powalczyć o podniesienie poziomu i estetyki śródmiejskich targowisk, a także o powrót handlu i usług na partery ulic. Pamięć o wielotygodniowym zamknięciu centrów handlowych może korzystnie wpłynąć na decyzje handlowców o przeprowadzce do opustoszałych dziś lokali.  

Pomysłem na takie piętnastominutowe miasto walczyła rok temu o reelekcję mer stolicy Francji, Anne Hidalgo. Skutecznie. Co zresztą nie dziwi, bo to polityczka, która od 2015 roku szybko i konsekwentnie przerabia Paryż na miasto pełne zieleni, z uspokojonym ruchem kołowym, przyjazne pieszym i rowerzystom. W najbliższych latach planuje zwęzić o połowę Pola Elizejskie i mocno je zazielenić, podobnie zresztą jak czołowe paryskie place: Zgody i Gwiazdy. Takiej determinacji i konsekwencji należy życzyć również Poznaniowi. 

Jakub Głaz

  © Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021