Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

Z oddalenia widać więcej

- Wzdycha się do prowincji, trochę się ją idealizuje, wiadomo, to wszystko pewnie z oddalenia - ale gdyby nie to oddalenie, może nie pisałoby się o niej wcale. Lubię Poznań, mieszkam tu kilkanaście lat, jestem tu zadomowiony, ale taka jest chyba właściwość mojej wyobraźni, że łatwiej odnajduję się w mniejszej przestrzeni, cichszej, oddalonej - mówi Maciej Płaza*, nagradzany pisarz i tłumacz.

. - grafika artykułu
Maciej Płaza, "Golem", fot. materiały prasowe

Natknęłam się kiedyś w "Dwutygodniku" na zabawną dygresję, że wielu pisarzy odnajdujących się w pisaniu o dalekich prowincjach żyje jednocześnie w wielkich miastach. Pan już od wielu lat mieszka w Poznaniu. Lubi Pan to miasto? Czy zamieniłby jednak na prowincję, jak ze Skorunia?

Nie ma w tym nic dziwnego, pisanie często rodzi się z jakiegoś braku, z nieobecności czegoś czy kogoś, nieobecności nas w innych miejscach... Wyjście z prowincji "w świat", czyli przeprowadzka do dużego miasta, a potem wyrywanie się myślami do tej utraconej prowincji, to rzecz znana w literaturze co najmniej od czasów romantyzmu. Wzdycha się do prowincji, trochę się ją idealizuje, wiadomo, to wszystko pewnie z oddalenia - ale gdyby nie to oddalenie, może nie pisałoby się o niej wcale. Lubię Poznań, mieszkam tu kilkanaście lat, jestem tu zadomowiony, ale taka jest chyba właściwość mojej wyobraźni, że łatwiej odnajduję się w mniejszej przestrzeni, cichszej, oddalonej. Z oddalenia więcej widać.

Podobną oddaloną perspektywę widać w Golemie, w którym opisuje Pan przede wszystkim ukształtowaną na Podolu społeczność Chasydów. Dlaczego Chasydzi?

No tak, Golem to też bardzo prowincjonalna powieść. Sztetl wybrałem sobie na miejsce akcji dlatego, że świadomie nawiązałem do bogatej tradycji literackiej, nie tylko zresztą literackiej, związanej ze światem wschodnioeuropejskich Żydów. Społeczności żydowskie przełomu XIX i XX wieku wyobrażamy sobie zwykle właśnie w małych, ciasnych i biednych miasteczkach dzięki twórczości takich pisarzy jak Julian Stryjkowski, Icchok Lejbusz Perec, Szalom Asz, Szolem Alejchem, Isaac Bashevis Singer. Niektóre z ich kreacji przedostały się do kultury popularnej, np. powieść Szolem Alejchema Dzieje Tewji Mleczarza stała się kanwą musicalu Skrzypek na dachu, który każdy chyba zna przynajmniej z piosenki. Znana jest też twórczość plastyczna Marca Chagalla.

Nie chciałem żydowskiego sztetla kopiować w oparciu o znane klisze, starałem się raczej zgłębić go i odtworzyć w jak najbardziej sugestywny sposób. Społeczności chasydzkie były jednym z najbarwniejszych rysów tego świata: cadykowie, otoczeni czcią i uważani za cudotwórców, chasydzkie zwyczaje, tańce, muzyka, ale przede wszystkim ich głęboka, mistyczna duchowość, radosna, żywiołowa - wszystko to bardzo mnie zaintrygowało. Chasydyzm z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się ruchem niebywale ortodoksyjnym, ale w tamtych czasach chasydzi byli przez tradycyjny judaizm uważani niemal za heretyków.

Muszę zadać też to pytanie - czy poznański wątek związany z Golemem też był dla Pana swojego rodzaju inspiracją lub kompasem w trakcie źródłowych poszukiwań?

Trop poznański w legendzie o golemie jest wątły. Kanoniczna wersja tej legendy brzmi tak, że naczelny rabin Pragi, Jehuda Loew zwany Maharalem, ulepił golema i ożywił go za pomocą kabalistycznych zaklęć, by ten bronił praskich Żydów przed oskarżeniami o mord rytualny i groźbą pogromu. Praga szczyci się tą legendą. Tyle że Maharal, owszem, istniał naprawdę, żył w drugiej połowie XVI wieku, ale legenda o nim jako twórcy golema powstała dopiero pod koniec XIX wieku, wymyślił ją warszawski rabin Judl Rosenberg. Miała ona służyć Żydom ku pokrzepieniu serc, bo w tym czasie w Cesarstwie Rosyjskim i na wschodnich kresach Rzeczpospolitej, pozostających pod zaborem rosyjskim, szerzył się antysemityzm, i to bardzo groźny, przez Ukrainę szła fala krwawych pogromów. Legenda o golemie-obrońcy Żydów spełniła swoją funkcję, stała się bardzo popularna, w świadomości żydowskiej golem do dziś jest właśnie mitycznym obrońcą.

Skąd w tym wszystkim Poznań? Ano stąd, że rabin Maharal, pamiętany głównie jako naczelny rabin Pragi, przez wiele lat był też rabinem Poznania, być może nawet w Poznaniu się urodził. Ale to wszystko. Według legendy Maharal stworzył golema w Pradze. Mnie Praga nie była potrzebna, dlatego przeniosłem tę legendę na Kresy. Ale nie bez kozery: o wielu sławnych rabinach-kabalistach krążyły legendy, jakoby byli twórcami golema, także o Baal Szem Towie, twórcy chasydyzmu, który żył w XVIII wieku właśnie na wschodnich terenach Rzeczpospolitej.

Jednocześnie mam ciągle w pamięci Pana posłowie do wydanego w 1915 (i wznowionego przez m.in. Vesper w 2014 roku) Golema Meyrinka - powieści egzystencjalnej, oniryczno-ezoterycznej, uważanej przez wielu za klasykę grozy. Czy Pana Golem koresponduje jakoś z Meyrinkiem, a może jest dekonstrukcją mitu, na którym opiera się ta powieść?

Raczej wyminięciem. Bardzo lubię i cenię tę powieść, ale legendę o golemie Gustav Meyrink potraktował pretekstowo. To powieść ezoteryczna, w której motywy kabalistyczne swobodnie łączą się z elementami filozofii Wschodu, a postać golema pojawia się w niej raczej widmowo. Podśmiewał się z niej zresztą trochę Gershom Scholem w swoim znanym eseju o golemach, przyznając jednak, że to świetnie napisana powieść. Przystępując do pracy nad swoim Golemem po prostu ją pominąłem, nie odniosłem się do niej w żaden sposób, nawet nie przeczytałem jej ponownie, by sobie lepiej przypomnieć - nie ma jej na liście moich inspiracji. Zależało mi na tym, by zejść samego korzenia, czyli nawiązać do oryginalnych żydowskich legend o golemie, nie zakłóconych wpływami z zewnątrz.

Czytając Golema nie sposób opędzić się od myśli, jak piękna językowo jest to powieść, jak wiele w niej słów i znaczeń dawno zapomnianych lub niszowych, charakterystycznych tylko dla pewnych grup lub rejonów Polski. Podobnie było zresztą w przypadku Skorunia i Robinsona w Bolechowie, choć to były już zupełnie inne stylizacje językowe. To w ogóle dość niepowtarzalne obecnie zjawisko w polskiej literaturze - podążanie języka za fabułą. Czy to praca tłumacza sprawiła, że zaczął Pan poszukiwać nowych słów i znaczeń, które można umieścić w miejsce starych? Czy to zaczęło się może jeszcze wcześniej, wraz z zainteresowaniem Stanisławem Lemem?

Dziękuję! Wrażliwość na język mam pewnie wrodzoną, zawsze ceniłem i chętnie czytałem dobrych stylistów. Moja praca w języku częściowo wynika z wcześniejszego namysłu: ze Skoruniem na początku się męczyłem, robota zaczęła mi iść płynnie dopiero wtedy, gdy usłyszałem w głowie język, jakim ta książka ma być napisana - czy raczej opowiedziana, bo to trochę język gadany; przystępując do pracy nad Golemem wiedziałem, że jego styl będzie nasycony hebraizmami i jidyszyzmami i utkany w sporej części z cytatów z psalmów, modlitw żydowskich, także z zaklęć, powiedzeń i przysłów. Ale gdy już zacznę pisać, język płynie mi sam, nie szlifuję go żmudnie. Poprawiam sporo, to oczywiste, ale to głównie poprawki kosmetyczne. Nie potrafiłbym pisać jak Wiesław Myśliwski czy John Banville, którzy podobno piszą nie więcej niż jedną stronę dziennie.

Tak, jestem głęboko przekonany, że język musi tworzyć spójną całość z tym, o czym opowiada. Gdy wybieram sobie wycinek przestrzeni i historii, o którym chcę napisać, muszę zgłębić i przyswoić sobie język, jaki jest dla niego odpowiedni, i spróbować go odtworzyć. Czasem jest to zadanie karkołomne, choćby w Golemie, gdzie musiałem uwzględnić dwa języki obce (hebrajski i jidysz), regionalizmy kresowe, rusycyzmy i ukrainizmy, a do tego styl, czyli coś nadbudowanego nad samym doborem słów: styl opowieści chasydzkich, styl prozaików polskich i tłumaczonych z jidysz. Cytując Biblię, wybrałem mało znany przekład Izaaka Cylkowa, stworzony na początku XX wieku, przeznaczony dla polskojęzycznych Żydów. Musiałem podjąć wiele takich decyzji. Ale zawsze gdy przystępuję do pisania, moje ręce już same wiedzą, jak to zrobić.

Pisanie doktoratu o Lemie chyba nie miało na to wpływu, bo w jego twórczości zajmowała mnie problematyka filozoficzna, ale zawsze ceniłem Lema jako stylistę i również jest to stylista wielowarstwowy, wiele różnych języków stapia się u niego w niepowtarzalną całość. Ale ma Pani chyba rację: moja wcześniejsza praktyka tłumacka, i to nad tekstami stylizowanymi - takimi jak Frankenstein czy opowiadania Lovecrafta - pewnie była dla mnie świetną, choć nieświadomą szkołą, uwrażliwiła mnie na wagę języka. Piszę takie książki, jakie sam lubię czytać. Jeśli więc moja proza jest pewnym wyzwaniem, to dlatego, że sam lubię wyzwania jako czytelnik.

Pozostając w temacie przekładów i wskrzeszania nieznanych klasyków - w 2012 roku został Pan laureatem nagrody "Literatury na Świecie" za wyborne tłumaczenie opowiadań H.P. Lovecrafta. Mniej więcej od tamtej pory promuje Pan zupełnie u nas nieznanych, a jednak szalenie interesujących pisarzy, głównie brytyjskich. Wcześniej, na łamach "Literatury na Świecie" zwrócił Pan uwagę na Walijczyka Artura Machena i to z takim powodzeniem, że w minionym roku PiW wydało jego Wzgórze Przyśnień w Pana tłumaczeniu, a teraz zajmuje się Pan wyborem i przekładem opowiadań Irlandczyka Lorda Dunsany, które ukażą się pod koniec roku. Czy jest jeszcze jakiś autor, o którego polskie wydanie będzie Pan zabiegał?

Z okolic literatury niesamowitej raczej już nie, żaden inny autor oprócz Poego, Lovecrafta, Machena i Dunsany'ego nie pochłonął mnie na tyle, by poświęcić mu tyle czasu, pracy i zachodu. Ale chętnie przyswoiłbym polskiemu czytelnikowi Johna McGaherna, prozaika irlandzkiego, który jest po polsku trochę znany, ale akurat nie z najważniejszych książek, te najlepsze ciągle nie są przetłumaczone. Chciałbym ułożyć i przełożyć wybór opowiadań Nathaniela Hawthorne'a, wspaniałego romantyka amerykańskiego, którego powieści akurat są znane u nas, i to z dobrych przekładów, ale słabo znane są opowiadania, a tym gatunku Hawthorne był mistrzem. Warto by też odświeżyć niektórych pisarzy, którzy od dawna są po polsku znani, ale przekłady się zestarzały, na przykład Williama Faulknera czy Jamesa Baldwina - przykłady pierwsze z brzegu.

Wydawnictwa nieczęsto słuchają tłumaczy; i tak mam trochę szczęścia, z Lovecraftem i Machenem udało się znakomicie, ale to są raczej wyjątki. Trochę szkoda, bo tłumacze to często ludzie z pasją i warto ją wykorzystywać, wsłuchiwać się w ich podpowiedzi. Nie zawsze można na tym zarobić, ale ile można wydać świetnych książek!

Rozmawiała Izabela Zagdan

*Maciej Płaza -  nagradzany tłumacz i prozaik, doktor nauk humanistycznych. Jest pierwszym Polakiem-laureatem Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus za powieść Robinson w Bolechowie. Za tom opowiadań Skoruń otrzymał Nagrodę Literacką Gdynia oraz Nagrodę Fundacji im. Kościelskich. W lutym ukazała się jego trzecia powieść - Golem.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021