Kultura w Poznaniu

Rozmowy

opublikowano:

Połączył nas orzeł

Łączy ich zbliżony światopogląd i podobna wrażliwość. Obaj tworzą w myśl społecznej sprawiedliwości. Zazwyczaj w maksymalnie trzech kolorach. Z Szymonem Szymankiewiczem - autorem i Grzegorzem Myćką - kuratorem wystawy Nur für Polen rozmawia Monika Nawrocka-Leśnik.

Dwóch mężczyzn w czarnych ubraniach i okularach przeciwsłonecznych, zwróconych ku sobie. Wspólnie trzymają książkę z biała okładką i czarnym tytułem. - grafika artykułu
Od lewej: Szymon Szymankiewicz i Grzegorz Myćka, fot. Grzegorz Dembiński

Choć nie chcę i nie lubię rozmawiać o polityce, to chyba jednak musimy. Spróbujmy może tak: zamieńmy popularny kwestionariusz Prousta na Katechizm polskiego dziecka Władysława Bełzy. Od początku - Kto Ty jesteś?

Szymon Szymankiewicz: Ja, szczerze mówiąc, polityki też nie lubię. Ma ona jednak ogromny wpływ na nasze życie. Tak mnie to drażni, że właśnie dlatego zajmuję się jej komentowaniem. Właściwie mógłbym odpowiedzieć, że "Polak mały". Przyjechałam do Poznania z Łodzi dziewiętnaście lat temu i myślę, że zostanę jeszcze trochę. Po studiach na dzisiejszym Uniwersytecie Artystycznym zostałem tam asystentem, teraz jestem adiunktem, a w przyszłości prawdopodobnie zostanę profesorem II Pracowni Plakatu, którą obecnie mam przyjemność współprowadzić z moim mentorem i przyjacielem prof. Eugeniuszem Skorwiderem.

Jaki znak Twój?

Sz.Sz.: W tym kontekście - Orzeł Biały.

Taki zwyczajny?

Sz.Sz.: Po to są znaki. Ja korzystam z tych rozpoznawalnych, bo dają dużo plakatowych możliwości. Ludzie mają je w głowach jako bibliotekę kulturową, mogę do nich swobodnie nawiązywać. To taki link do odbiorcy, którym mogę manipulować, grać na nastrojach czy skojarzeniach.

Czym ta ziemia, coś Ty dla niej? A w co wierzysz?

Sz.Sz.: No ja wierzę w tę Polskę mimo wszystko. To Polska otwarta, różnorodna i demokratyczna. To też bezpieczna Polska, w której można mówić, co się myśli, i walczyć o to, w co się wierzy. Kiedy powstawało Nur für Polen, byliśmy w ósmym roku rządów wiadomo jakiej partii, wtedy to było marzenie raczej z tych nie do spełnienia. Teraz wydaje się to realne.

Jesteś coś winien Polsce?

Sz.Sz.: Nie. Nikt nikomu nie jest nic winien. Skończmy z tym cierpiętnictwem i ruszmy dalej.

Grzegorzu, a kim Ty jesteś?

Grzegorz Myćka: Prosty chłopak ze mnie, przyjechałem do Poznania z Zielonej Góry i obecnie pracuję jako wykładowca w Collegium Da Vinci. Też zajmuję się plakatem, choć trochę innego rodzaju. A z Szymonem połączył nas orzeł. Stworzyliśmy kiedyś podobne rzeczy i obie zaistniały w przestrzeni publicznej. Musieliśmy to sobie wyjaśnić.

Ja zrobiłem koronę z logo McDonalds'a, a Szymon z gwiazdki unijnej. Powstał swoisty dyptyk. I od tego czasu sobie wspólnie działamy. Teraz robimy - ja występuję w roli kuratora - po raz kolejny wystawę Nur für Polen. Jej punktem wyjścia jest wspomniana publikacja o tym samym tytule. Raz już zaistniała przy okazji premiery książki. To był jednak inny czas i inne warunki polityczne, o których wspomniał Szymon. Teraz przyszedł moment na to, żeby pokazać, co się zmieniło. Sprawdzić, czy zmieni się odbiór, skoro zmieniły się nastroje. Bo ta sztuka jest nadal intensywnie komentująca, ale już w innym obszarze. Na tym aspekcie chcę się skupić - na transformacji. To ważne, bo pokażemy wystawę w Galerii Rotunda w Collegium Da Vinci, gdzie uczy się dużo osób z Ukrainy i Białorusi. To też ważny wątek w kontekście samego tytułu wystawy. Ciekawe, jak w tym kontekście znajdą się, jak odbiorą i jak zinterpretują to studenci ze Wschodu. 

Sz.Sz.: Moje prace są bardzo kontekstowe, odnoszą się do konkretnych sytuacji, które szybko przemijają. No i co teraz, co z czasem? Chcę zrobić kilka uaktualnień, sprawdzić, na ile mogę przedłużyć życie moim wypowiedziom. Wystawa nie będzie przełożeniem 1:1 tego, co jest w książce, bo kontekst zdążył się już zmienić. Plakat w ogóle w swojej naturze jest bardzo ulotny, ale warto się starać, aby działał jak najdłużej. Niektóre moje prace wydają się ponadczasowe, choćby orzeł, który się chowa ze wstydu.

Uaktualnić, tzn. wziąć plakat i np. coś dorysować?

Sz.Sz.: Można tak zrobić. Powstaje w ten sposób kilka wersji jednego plakatu.

Nie boisz się, że stracisz teraz wenę? Plakat okazał się nie pierwszy raz świetnym medium na złe czasy. Ale chyba w końcu będzie lepiej... Poza tym nakładem Wydawnictwa Miejskiego Posnania ukazała się Twoja monografia, a to jakiś koniec. Co teraz?

Sz.Sz.: Dużo osób mnie o to pyta. Odpowiem bardzo stanowczo, bo uważam, że pytanie jest nieprzemyślane. Zawsze będę miał co robić. Zawsze będę miał co komentować i o co walczyć. To, co się działo, nie przestanie się dziać. Zmieni się jedynie skala. O złu trzeba pamiętać, bo wystarczy chwila nieuwagi i ono się odrodzi. Taka jest natura ludzka, a jej częścią jest też bardzo krótka pamięć.

Ile plakatów z Nur für Polen zobaczymy na wystawie? Jaki jest klucz ich doboru?

G.M.: Będzie około 50 prac. Chcemy jednak rozwinąć wystawę o coś więcej niż plakat, ale dopiero nad tym pracujemy. Będziemy się zastanawiać nad nowym kontekstem. Sama sytuacja galeryjno-muzealna nakłada na nas pewne ograniczenia. Pierwsza odsłona wystawy  w Lokum Stonewall była bardziej inkluzywna. To co innego niż uczelnia. Dla mnie jako wykładowcy to szalenie ciekawe. Co ważne też, na wernisażu będzie można kupić monografię Szymona z opracowaniem Mike'a Urbaniaka. Nie można też nie zwrócić uwagi na jej formę graficzną, której autorem jest Marcin Markowski.

Plakat musi żyć, a Wy musicie dialogować z odbiorcami. Wy od odpowiedzi na zadane przeze mnie pytania możecie się uchylić i moja w tym głowa, żebym dowiedziała się tego, czego chcę. Ale wiem przynajmniej od razu, czy zostałam zrozumiana. A Wy, tj. plakaciści, dostajecie wyraźny feedback? Plakaty są przecież obecne na ulicy, zalały internet.

G.M.: To pytanie, jaką to teraz przyjmie kontrformę, bo od lat mówi się, że plakat umiera, a tak wcale nie jest. Plakat zmienia tylko swoją naturę i np. właśnie jest obecny w internecie, gdzie jest migającym obrazkiem, nie wisi, dociera do nomen omen - rzeszy. To oczywiście zależy od profilu, gdzie jest eksponowany. Inny odbiorca ogląda plakat w muzeum, inny w sieci, jeszcze inny na ulicy czy w formie książki albo pocztówki. My teraz przy okazji wystawy w Rotundzie dobieramy sobie ludzi do konkretnej przestrzeni, gdzie chcemy pokazać konkretny zestaw plakatów.

Sz.Sz.: To też ciekawe, jak plakat działa w kontekście nie tylko znaczeniowym, ale też sytuacyjnym. Jeżeli ludzie przyjdą na wystawę, to już będą przygotowani na odbiór czegoś głębszego. Inaczej jest, kiedy plakat atakuje na ulicy czy się wyświetla w telefonie. Ogromnie ważną częścią plakatu - tych często tylko kilku plam, są wielopoziomowe i różnorodne konteksty. 

Piszą do Was ludzie po tym, jak zobaczą Wasze prace? Szymonie, Twoje plakaty są bardzo dobrze znane użytkownikom internetu..

Sz.Sz.: Tak, i to nie tylko w internetu. Wspieram graficzne protesty, manifestacje czy inne ważne społecznie wydarzenia. Na przykład po inwazji Rosji na Ukrainę moje prace zalały plac Wolności. Innym razem z Frankiem Sterczewskim rozdaliśmy kilkaset plakatów popierających członkostwo Polski w Unii Europejskiej. Grafiki zachęcały na ulicach do pójścia  na wybory, wyrażały solidarność z kobietami, sprzeciwiały się marginalizowaniu mniejszości...

To spełnienie marzeń twórcy plakatów?

Sz.Sz.: Oczywiście, że tak. Odbiorcy są najważniejsi. Plakat ma wykonać swoje zadanie, a twórca powinien stać za, a nie przed plakatem. Muszę dodać przy okazji, że artyści są trochę chorzy na ego, a plakaciści chyba najbardziej. Strasznie mnie irytują w internecie koła wzajemnej adoracji. Robimy przecież plakaty dla ludzi i dla sprawy, a nie dla nagród. Nagrody są miłe, ale tylko przy okazji.

Powiedziałeś, że plakat nie umarł. A nie jest tak, że się odrodził, ale co za tym idzie, ma nowe obowiązki?

G.M.: Wracamy do dyskusji, czym jest plakat, jak zmienia swoją formę.

Ale jego główne funkcje się chyba nie zmieniły?

G.M.: Po 1989 roku plakat zmienił drastycznie swoją wizualność. Twórcy zachłysnęli się nowymi narzędziami, trendami, technologiami, które pozwoliły na inny rodzaj druku. Pojawia się oczywiście jeszcze widmo Polskiej Szkoły Plakatu, trudno się od tego odciąć. Obecnie jest mnóstwo wszelkiego rodzaju biennale czy przeglądów plakatów. Kwestia popularności. Coraz więcej osób ma możliwość ich tworzenia. Programy graficzne są bardziej dostępne etc. Z drugiej strony pojawia się też głos, że jest ich za dużo, że dziś nawet twórca memów w internecie jest plakacistą. To taka sinusoida.

Sz.Sz.: Plakat jako zjawisko tak ewoluował, że potrzebuje zredefiniowania. Najczęściej przytaczana definicja mówi o plakacie jako dużym formacie druku na papierze mającym na celu przekazywanie informacji lub propagandy. Mnie jednak najbardziej kręci to, co w plakacie pozornie niewidoczne, czyli rozgrywki intelektualne i gry znaczeniowe.

G.M.: Teraz się nawet mówi bardziej o myśleniu plakatowym, bo plakat może wyjść w przestrzeń. To nie tylko wydruk sto na siedemdziesiąt. To może być rzeźba, performance, działanie w czasie, które podyktowane jest jakąś ideą.

Sz.Sz.: Czasami dowcip jest plakatem, jeżeli jest bystry i zgrabny. To puenta sytuacji.

Widzieliście w drodze na naszą rozmowę dobry, a nie ładny plakat? Już zaczęliście wyjaśniać, które takimi można nazwać. A jak nie widzieliście, to może właśnie usłyszeliście?

G.M.: Jak artyści mówią między sobą, że coś jest ładne, to mała obelga. Sam twierdzę, że
ładnie, nie znaczy fajnie, a brzydko też trzeba umieć. A w drodze chyba nie widziałem nic, co
mógłbym nazwać plakatem. No, ale jechałem tramwajem. I się prawie spóźniłem przez
remonty. To też trzeba umieć.

Sz.Sz.: A ja właśnie wymyśliłem plakat. To będą dwie koparki, które trykają się jak koziołki...

Rozmawiała Monika Nawrocka-Leśnik

  • Nur für Polen Szymona Szymankiewicza
  • Galeria Rotunda, Collegium Da Vinci, ul. Kutrzeby 10
  • wernisaż: 22.03, g. 17
  • czynna do 21.04

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2024