Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

O pewnych rzeczach wprost

- Mówi się, że do wychowania dziecka potrzeba całej wioski. Każda moja książka kończy się tym samym zdaniem, że cała Góra Deli Meli cieszy się, że Lenio robi to czy tamto, potrafi to czy tamto. Chciałam w ten sposób podkreślić, jak ważna jest wspólnotowość - mówi Malina Prześluga*, dramatopisarka i autorka książek dla dzieci.

.
Malina Prześluga z synkiem Leonem, fot. archiwum prywatne

Masz dwoje "nowych dzieci", jak sama mówisz o swoich książkach. Ile już ich jest?

Nigdy nie liczyłam, na pewno kilkanaście, w tym dwie książki, które wydało Wielkopolskie Forum Organizacji Osób z Niepełnosprawnościami WIFOON.

Najmłodsze kocha się najbardziej?

Tak mam ze sztukami teatralnymi. Najmłodsze są najważniejsze. Z książkami jest inaczej, bo w niektóre z nich włożyłam bardzo dużo siebie. Najbardziej osobista i ukochana jest Ziuzia

Powiedziałaś kiedyś, że pisząc dla dzieci, musisz być ostrożna, ponieważ te książki są w pewnym sensie Twoim odbiciem. No i Ziuzia, o czym wspomniałaś przed chwilą, właśnie taka jest. A co z Leniem z Góry Deli Meli, Twoją nową książką?

Pisałam te książki, będąc w siódmym miesiącu ciąży, czyli trochę w ciemno, jeśli chodzi o osobiste doświadczenie z dziećmi. Ale teraz mój syn jest mniej więcej w wieku Lenia. Przed publikacją chciałam wszystko dokładnie zweryfikować, bo teraz, będąc mamą dwuipółlatka, wiem dużo więcej. Dokonaliśmy więc paru istotnych merytorycznych zmian.

Lenio... wygląda jak książka dla dzieci, ale w jej opisie czytamy, że jest to "instrukcja obsługi małego buntownika".

Nie chcieliśmy powielać schematu, jaki pojawia się w tego typu książeczkach, czyli takiego typowego instruktażu. Chcemy podpowiadać i dzieciom, i rodzicom, jak do pewnych spraw można podejść po ludzku. I na spokojnie.  Rodzice wiele rzeczy wiedzą, ale ta książka może być pewnego rodzaju narzędziem pośredniczącym pomiędzy nimi a dzieckiem. Pretekstem do rozmowy. Przyczyną do tego, by mówić o pewnych rzeczach wprost. To są niby proste, ale tylko z naszego dorosłego punktu widzenia, opowieści o tym np., jak bez strachu przejść z nocnika na kibelek. To trochę opis codziennych zmagań widziany z perspektywy dziecka.

Czego będą dotyczyły kolejne części?

Druga z dwóch wydanych już części jest o tym, jak się bezproblemowo ubierać. Po pierwsze: dziecko często chce to zrobić samo, ale nie wie jak. To skomplikowana operacja. Po drugie: ono samo chce decydować o tym, co ubierze, kompletnie nie zwracając uwagi na warunki atmosferyczne.

Będzie też o rozstaniu ze smoczkiem, choć akurat my tego problemu nie mieliśmy, i o podróżowaniu. Dzieciaki uwielbiają pociągi, tramwaje, to dla nich atrakcja. W tej części Lenio podróżuje z dziadkiem na sam szczyt Góry Deli Meli, właśnie po to, by po prostu przejechać się pociągiem. Ale to też opowieść o tym, co w takiej podróży może się wydarzyć, o kupowaniu i sprawdzaniu biletów, o peronach, o wybieraniu miejsca w przedziale - zwyczajne-niezwyczajne rzeczy. Będzie też książeczka o dzieleniu się i taka o marudzeniu. Bo Lenio, jak każdy, może przecież wstać lewą nogą.

Czy Lenio będzie rósł razem z kolejnymi częściami serii?

Sprawa jest otwarta. Z seriami bywa tak, że jak się ten format sprawdzi, to ja będę pisała dalej, a Robert Romanowicz będzie dalej ilustrował. I być może tak jak Ziuzia urosła w trzech tomach, tak i Lenio dojrzeje, będzie miał inne, nowe problemy do rozwiązania i przygody do przeżycia.

Jak bardzo Twój syn Leonard przypomina książkowego Lenia?

To nie jest tak, że chciałam napisać o swoim synu. Chciałam napisać o uniwersalnym dziecku. Niemniej przez pierwszy rok rzeczywiście mówiliśmy do naszego syna Lenio, Leniutek, teraz raczej Leoś albo Lolo...

Leonardem staje się dopiero, jak broi?

Jak Leoś się urodził, moja siostra sprawdzała w internecie, jakie są znaczenia i zdrobnienia tego imienia. Odkryliśmy, że jednym z nim jest Longer. Nie wiem, skąd to się wzięło, ale rozbawiło całą rodzinę. Od tego czasu, jak Leoś fika, właśnie tak na niego mówimy.

Lenio... to książki nie tylko o zdobywaniu sprawności.

Mówi się, że do wychowania dziecka potrzeba całej wioski. Każda książka kończy się tym samym zdaniem, że cała Góra Deli Meli cieszy się, że Lenio robi to czy tamto, potrafi to czy tamto. Chciałam w ten sposób podkreślić, jak ważna jest wspólnotowość, że jesteśmy częścią społeczeństwa. I chciałabym, żeby ta Góra była takim społeczeństwem. Bardzo przyjaznym i kibicującym, które stale towarzyszy dziecku w odkrywaniu świata. W związku z tym też prawie w każdym rozdziale pojawia się Gutka, przyjaciółka Lenia.

Gutka ma swój pierwowzór?

W dzieciństwie na moją siostrę mówiliśmy Gutek... Ale to tyle. Cała postać została wykreowana na potrzeby książki. Nie lubię tak bezpośrednio zrzynać, bo kiedy kończą mi się informacje na temat danej osoby, zaczynają się problemy.

Pamiętajmy też, że bohaterowie Lenia... nie są ludźmi. To stworki: delimki i melimki. Mają odstające długie uszka i ogonki. Pomyślałam, że lepsze jest pisanie o alternatywnej rzeczywistości, która rządzi się własnymi prawami. To bardziej stymuluje dziecięcą wyobraźnię.

Czy będąc mamą, łatwiej jest pisać dla dzieci? Czy piszesz inaczej, od kiedy masz syna?

Najbardziej zmienił się system pisania, czyli to, kiedy piszę. Pisałam nocami, do trzeciej albo czwartej nad ranem. Teraz nie mogę odsypiać, więc piszę za dnia, kiedy dziecko jest w żłobku, albo wczesnym wieczorem, kiedy już śpi. Musiałam się zrobić bardziej uporządkowana.

Jeżeli chodzi o czerpanie z jego wyobraźni i świata, to się dopiero powoli zaczyna. Jest teraz na etapie uczenia się języka i póki co komunikujemy się na nasz autorski sposób. Czuję jednak satysfakcję z faktu, że jako pisarka książek dla dzieci już wcześniej patrzyłam na świat w sposób - jak się teraz okazuje - kompatybilny do sposobu, w jaki patrzy na niego mój syn.

Wciąż jesteśmy głodni sztuk dla dzieci. Książek też? Co sama wybierasz z tego gąszczu?

Kiedy kupowałam książki dla dzieci przyjaciół czy rodziny, gdy nie byłam mamą, sugerowałam się moim wyobrażeniem, co mogłoby się dziecku podobać. Dzisiaj te wybory są inne, bo wiem, że konkretny rodzaj ilustracji, nawet jak są to dzieła sztuki, może się mojemu synowi nie podobać, bo nie odnajdzie w nich np. kształtu niedźwiedzia, o którym jest opowieść. Obecnie Leoś nie jest w stanie skoncentrować się na abstrakcji. A jeszcze parę lat temu kupiłabym mu na pewno taką książkę, uczącą stylu. Co do treści, przesyciliśmy się troszkę z Leniem książkami ściśle edukującymi - z nazywaniem obiektów, czynności, z jednoznacznym opisem świata. Odkryłam, że nie ma na rynku zbyt wielu książek fabularnych, jednocześnie krótkich, przystępnych właśnie dla dwulatków. Może to będzie moja nisza...

Rozmawiała Monika Nawrocka-Leśnik

*Malina Prześluga - kierownik literacka i dramaturg Teatru Animacji. Autorka dramatów i bajek dla dzieci. Jej Ziuzia otrzymała tytuł Książki Roku 2013 Polskiej Sekcji IBBY. Jest laureatką Medalu Młodej Sztuki 2012 oraz wielu nagród i wyróżnień w Konkursie na Sztukę Teatralną dla Dzieci i Młodzieży organizowanym przez CSD w Poznaniu. Jej dramaty wystawiane są w teatrach lalkowych i dramatycznych w całej Polsce.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020