Kultura w Poznaniu

Rozmowy

opublikowano:

Życie w Nowej Turcji

- Miałam wrażenie, że kiedy w prasie czytamy o Turcji, to poznajemy głównie wiadomości polityczne - co który polityk powiedział. A w zasadzie jeden, bo mówi się tam, że to obecnie państwo jednego człowieka, prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana. Nigdzie jednak nie mogłam znaleźć informacji, co to znaczy żyć w tak zwanej Nowej Turcji - mówi Agnieszka Rostkowska*, laureatka I edycji Konkursu Reporterskiego Wydawnictwa Poznańskiego i autorka książki Wojownicy o szklanych oczach. W poszukiwaniu Nowej Turcji.

. - grafika artykułu
Panorama Stambułu, fot. Agnieszka Rostkowska

Skąd takie zainteresowanie Turcją?

Zajmuję się nią całe swoje zawodowe życie. Była to pasja, której podporządkowałam nawet studia. Studiowałam stosunki międzynarodowe w specjalizacji bliskowschodniej, między innymi w Stambule, oraz orientalistykę w specjalizacji turkologicznej. Kiedy po raz pierwszy turystycznie pojechałam do Turcji, to historia tego kraju, jego kultura i polityka tak mnie zafascynowały, że od tego momentu nie potrafiłam się już tym nie zajmować. Ludzie są też tam niezwykle otwarci, co jest zresztą charakterystyczne dla regionu Bliskiego Wschodu. Potrafią sprawić, żeby przybysz, gość naprawdę dobrze się u nich poczuł.

Czy akademia pomogła w rozwijaniu pasji i przekształceniu jej w zawodowe życie?

Turkologia umożliwiła mi nauczenie się języka, bez którego w Turcji trudno poruszać się, pracować czy rozmawiać z ludźmi. Dogłębnie mogłam też poznać kulturę i historię - a bez ich znajomości nie sposób zrozumieć obecnych wydarzeń. Z kolei na stosunkach międzynarodowych dowiedziałam się więcej o regionalnych uwarunkowaniach Turcji - a przecież żadne państwo nie funkcjonuje w próżni. Politologiczna perspektywa jeszcze pogłębiła pasję - wykształcenie stało się furtką do jej rozwijania.

Jak wyglądała działalność dziennikarska, współpraca z "Gazetą Wyborczą"?

Do Turcji wyjechałam w 2013 roku, od razu po skończeniu wszystkich studiów. Nie miałam wątpliwości, że chcę wrócić do Stambułu, w którym spędziłam już jeden semestr na studiach. Zależało mi na tym, aby będąc na miejscu relacjonować bieżące wydarzenia. W tym czasie rzeczywiście najwięcej pisałam dla "Gazety Wyborczej". Był to czas fascynujący, gdy niebywale dużo się w Turcji działo. Odbywały się wtedy wielkie antyrządowe protesty Gezi. Przyjechałam już po nich, ale ich konsekwencje były widoczne gołym okiem.

Czytając zachodnią prasę wydawało się, że to skończone wydarzenie - że protesty trwały trzy tygodnie i wszystko wróciło do normy. Na miejscu okazało się jednak, iż demonstracje nie wygasły tak zupełnie. Poza tym przyniosły one ze sobą trwałe zmiany społeczne, które obserwujemy zresztą do dzisiaj. Kiedy wróciłam do Polski w 2014 roku, Turcją zajmowałam się już w inny sposób. Brakowało mi jednak reporterskiej pracy na miejscu, takiej, która znajduje się najbliżej życia.

Kiedy po raz pierwszy pomyślała pani o napisaniu książki?

Zalążek pomysłu na książkę miałam w 2016 roku. Wtedy - jeszcze jako dziennikarka "Gazety Wyborczej" - zostałam skierowana do Stambułu jako specjalna wysłanniczka, kiedy 15 lipca doszło do próby wojskowego zamachu stanu. Wydarzenia, które się wtedy rozgrywały, zmiany zachodzące z dnia na dzień uświadomiły mi, że jeśli chcę się ściśle specjalizować w tym państwie, to muszę bywać częściej i dłużej na miejscu.

Dlaczego chciała pani napisać taki reportaż, co było jego celem?

Miałam wrażenie, że kiedy czytamy w prasie o Turcji, to poznajemy głównie wiadomości polityczne - co który polityk powiedział. A w zasadzie to jeden, bo mówi się tam, że to obecnie państwo jednego człowieka, prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana. Nigdzie jednak nie mogłam znaleźć informacji, co to znaczy żyć w tak zwanej Nowej Turcji, jak od dobrych kilku lat określają ten kraj politycy. Co w sumie oznacza to pojęcie i jak te wszystkie zmiany polityczne wpływają na życie ludzi? Nigdzie nie znajdowałam ich głosu. Jest to w pewien sposób zrozumiałe - zachodni dziennikarze nie są już w Turcji tak mile widziani jak kiedyś i trudniej się im pracuje. Uznałam, że warto wypełnić tę lukę.

Co charakteryzuje współczesne podejście dziennikarzy w pisaniu o Turcji?

Turcją zajmuję się już od dekady i jestem dość dobrze zorientowana, co określa Turków, o czym dyskutują, jakie tematy są dla nich najważniejsze. Ale niestety nie znajdowałam tego w polskich czy zachodnich mediach. Miałam wrażenie, że większość z artykułów przez nas czytanych podejmuje tematy wymyślone trochę zza biurka przez redaktorów, którzy zastanawiają się, o czym chciałby dowiedzieć się polski czytelnik. Nie brali oni jednak pod uwagę kluczowych spraw - tego, co jest ważne dla ludzi mieszkających na miejscu. Chciałam to przekazać.

W Wojownikach o szklanych oczach pisze pani o sytuacji, gdy robiąc zdjęcia była pani legitymowana przez czujną i nerwową policję. Czy trudno było pani pracować w Turcji jako dziennikarce?

Napotykałam bardzo wiele trudności. Sytuacji typu zatrzymywanie, sprawdzanie, legitymowanie miałam dużo. W książce opisuję sytuację, która przydarzyła mi się w Stambule. Z kolei podróżując po południowym wschodzie Turcji czy turecko-syryjskim pograniczu natrafia się na wiele punktów kontrolnych - zarówno przy wjazdach i wyjazdach z miast, jak i pomiędzy nimi, przy drogach, kiedy sprawdzani są wszyscy podróżujący. Tak się składało, że byłam tam zawsze jedyną osobą z Europy Zachodniej - a taka osoba jest jeszcze uważniej kontrolowana.

Największą trudność sprawiała mi atmosfera strachu, która może być zupełnie niewyczuwalna, kiedy jedziemy do Turcji w celach turystycznych. Czytamy dużo o tym, jak następuje tam koniec demokracji, lecz przeciętny turysta powróci stamtąd zachwycony - i nie będzie rozumiał, o czym piszą ci wszyscy dziennikarze. Starałam się w książce ukazać, że to tylko fasada normalnego życia i pokazać, co tak naprawdę się za nią kryje. Żeby się przez nią przebić musiałam zdobyć zaufanie rozmówców, co nie było łatwe zarówno po stronie osób z nastawieniem antyrządowym, jak i prorządowym.

Jak odnajdywała pani swoich bohaterów?

Kilka z tematów, które poruszam w książce, już przed wyjazdem wydawało mi się oczywistych i wiedziałam, że chcę się nimi zająć. To choćby wielka przebudowa Turcji. Pokazuję ją na przykładzie Stambułu, bo tam jest ona najbardziej widoczna, wręcz symboliczna. Jestem zorientowana w tym temacie, więc znałam już wcześniej stowarzyszenia zrzeszające rodziny osób, które zginęły na budowach. W przypadku części bohaterów wiedziałam już gdzie iść. Tak samo było z tzw. Sobotnimi Matkami, które zbierają się od "95 roku co tydzień w samym sercu Stambułu, żeby domagać się odnalezienia swoich zaginionych dzieci.

Z kolei część tematów podpowiedziała mi ulica. Miałam silne postanowienie, że będę podążać za tym, co mówią mi ludzie. W ten sposób pojawiły się takie tematy, jak na przykład historia mydła z Aleppo, na którą natrafiłam już po przyjeździe. Wcześniej co prawda pisałam o syryjskich uchodźcach w Turcji, ale dopiero w Gaziantep poznałam osoby, które od pokoleń zajmowały się syryjskim mydłem w Aleppo, a teraz robią to w Turcji.

Jak długo powstawała książka?

Grubo ponad dwa lata. Śmieję się jednak, że do jej pisania przygotowywałam się z dziesięć lat. Gdyby nie to, że jeszcze na studiach spędziłam w Stambule pół roku, to nie miałabym perspektywy porównawczej dla zachodzących tam później zmian. Nie napisałabym rozdziałów o znikaniu historycznych miejsc w mieście, wokół których tworzyły się całe społeczności, bo nie znałabym tych miejsc, nie odwiedzałabym ich dziesięć lat wcześniej. A nawet gdybym o nich wiedziała, to nie potrafiłabym poczuć ich znaczenia - tego, jaką rolę odgrywały w życiu ludzi.

Jakie ma pani plany teraz, już po wydaniu książki?

Książka wyszła 28 października i cały czas jestem na etapie niedowierzania, jak piękny jest jej odbiór. Otrzymuję bardzo dużo wiadomości, również od zupełnie nieznanych mi osób. Piszą, jak bardzo ich ten reportaż poruszył. Czekam teraz na to, aż świat wróci do normy i minie epidemia koronawirusa. Planowanie jakichkolwiek podróży w tak nieprzewidywanej sytuacji jest trudne.

Rozmawiał Marek S. Bochniarz

*Agnieszka Rostkowska - reporterka, dziennikarka, podróżniczka. Była korespondentka "Gazety Wyborczej" w Turcji. Relacjonowała między innymi masowe protesty, wydarzenia po próbie wojskowego zamachu stanu, a nawet festiwal zapasów wielbłądów na dalekiej prowincji. Zawsze w centrum bliskowschodnich wydarzeń, swoje zdjęcia i reporterskie opowieści od lat prezentuje na festiwalach podróżniczych. Obecnie współpracuje głównie z "Tygodnikiem Powszechnym", "Polityką", "Gazetą Wyborczą" i "Kontynentami".

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021