Kultura Poznań.pl

Opinie

opublikowano:

Zwyczajny, ale niezwykły

Z czego Marek Edelman był dumny? Z odwrócenia krwioobiegu. Bo na wojnie, jak twierdził, człowiek robi to, co musi. Legendarnego przywódcę powstania w getcie warszawskim i kardiologa wspominały w piątek w Teatrze Ósmego Dnia jego dwie wieloletnie współpracowniczki: Paula Sawicka oraz Barbara Mechowska-Kleyff.

.
fot. Monika Nawrocka-Leśnik

Marek Edelman nie został ogólnopolskim patronem 2019 roku, ale Poznań o nim pamięta. Gdyby żył, skończyłby sto lat. W tym roku również mija dziesięć lat od jego śmierci. Kim był? Legendą za życia. Ale przede wszystkim "człowiekiem". - Był zwyczajnym, ale niezwykłym człowiekiem, obdarzonym charyzmą. Ale był też trudny, nieznośny i niesforny. Z nim się przebywało, a nie tylko pracowało - wspominała Edelmana pracująca z nim wiele lat temu w szpitalu w Łodzi również kardiolog Barbara Mechowska-Kleyff. - Nasz cały oddział to była jedna wielka rodzina - dodała. Mechowska trafiła do Edelmana tuż przed wybuchem stanu wojennego, z polecenia. Pamięta, że docent nie był z tego zadowolony. - Co, ona? Ona może u mnie sprzątać co najwyżej - przypomniała z uśmiechem słowa Edelmana Mechowska. - Ale jakoś poszło - przyznała potem. Nie kryła przy tym, że to Edelman dowodził na oddziale, że wszyscy czuli przed nim respekt, nawet "coś w rodzaju oddania". Że czasami krzyczał, ale "to nie był krzyk tyrana".

Edelman nie miał nigdy swojego gabinetu, bo musiał wiedzieć, co się dzieje. Po dziesięciu minutach ciszy kazał do siebie mówić. Odpowiedzialność brał za każdego pacjenta i tego też wymagał od swoich podopiecznych. - Wielokrotnie spotkałam ludzi, którzy mówili z dumą, że byli studentami Edelmana. Mówili, że nauczył ich czegoś, czego nie zrobił nikt inny - spostrzegawczości, dostrzegania drobnych cech u pacjenta, które mogą świadczyć o chorobie - opowiadała z kolei Paula Sawicka, która pisała razem z Edelmanem książki i u której ten spędził kilka ostatnich lat życia. - Sam był wnikliwym obserwatorem. Każdy, kto się z nim zetknął mówił, że był wyjątkowym diagnostą - zaznaczyła.

Przy okazji przypomniała historię schorowanego dwudziestolatka, który przyszedł do Edelmana z kompletem badań, szukał pomocy. Kiedy Edelman je przejrzał stwierdził, że tomograf się popsuł i chłopak sam wróci do zdrowia, że to było tylko silne przeziębienie. I tak też było, Edelman po jakimś czasie dostał wiadomość, że urządzenie było uszkodzone, że chłopakowi przeszło. - Pewne cechy doktora Edelmana charakteryzowały go w różnych dziedzinach życia - mówiła Sawicka. - Krzyczał na salową, kiedy podłoga była brudna, ale pomógł jej, kiedy miała problemy w domu - dodała.

Edelman nie bał się odpowiedzialności już w getcie. - On po prostu podejmował decyzje - powiedziała Mechowska. A Sawicka wtrąciła, że właśnie dlatego "wyrósł na taką postać" - Wiecie co mówił o powstaniu? Że to były dwa tygodnie skakania po dachach. Że to tylko dwa tygodnie jego życia - podkreśliła. Z czego był najbardziej dumny? Ku zaskoczeniu wielu - z odwrócenia krwiobiegu, choć to właśnie on był ostatnim dowódcą bojowników ŻOB podczas walk w getcie warszawskim. - Myśl to jedno, ale wdrożenie pomysłu w czasach komunizmu to drugie - wspominała obecna na spotkaniu kardiolog. - Potrzebował chirurga, który to zrobi. I znalazł prof. Molla - dodała. Sawicka dopowiedziała, że Edelman nie mógł patrzeć na to, że ludzie umierali jeden po drugim. - Wcześniej na zjazdach, konferencjach wymyślano mu od morderców, ludzi, którzy eksperymentują na ludziach [...] Odbierał to jednak ze spokojem, bo był przekonany do swojej racji.

Mechowską dziwiło z kolei zawsze to, że nie mówiło się o tym, że za tą "rewolucją" w medycynie stoi Edelman, tylko właśnie prof. Jan Moll. - Byłam z nim podczas nadania Auli w Akademii Medycznej w Łodzi imienia Molla - wspominała. - To była wielka uroczystość. I nikt nawet się nie zająknął o tym, że to właśnie Edelman wymyślił te pierwsze bajpasy w ostrym zawale - opowiadała kardiolog. Sawicka dodała natomiast, że niesamowite było to, iż nigdy z tego powodu Edelman nie miał żalu, nie było w nim nawet krzty goryczy.

Edelman twierdził, że w czasie wojny człowiek robił po prostu to, co musiał. I dlatego przez wiele lat milczał. Dopiero dzięki Hannie Krall dowiedzieliśmy się, co przeżył, co miał do powiedzenia. Reportażystka miała z nim porozmawiać o innowacyjnym zabiegu wszczepiania bajpasów, ale spotkanie to obrodziło reportażem "Zdążyć przed Panem Bogiem". - Moll odesłał ją do Edelmana i ona poszła. W rozmowie, ponieważ sama jest dzieckiem Holokaustu, zahaczyła o temat wojny i nagle usłyszała język i sposób mówienia, który ją zafascynował - opowiadała Sawicka. - Dzięki temu Edelman stał się znany w Polsce. Do tamtej chwili nie wypowiadał się właściwie w żadnych sprawach, nie mówił o tym, co myśli o Izraelu. Zresztą przez syjonistów był właściwie skreślony - zaznaczyła Mechowska.

Wieczór poświęcony Edelmanowi wzbogacił minikoncert Jacka Kleyffa, który już kilka lat temu poświęcił mu jedną ze swoich piosenek. Ponad to podczas spotkania pokazany został zarejestrowany fragment spotkania Marka Edelmana z polonią w Kopenhadze z początku lat 90., w których słynny kardiolog mówi m.in. o tym, że Polacy po wojnie muszą się nauczyć być wolni, a za tym idzie odpowiedzialność...

Na tym dachu całkiem sam, w czerwonym swetrze

Na tym dachu całkiem sam, i strzępki chmur [...]

Ale tutaj tylko dym, wielki jak miasto.

Po horyzont tylko jedna w sercu myśl

czy nie zmarnować

Jedna kulka, taki maluteńki dym

Czy zmarnować

bo do nieba trzeba zdążyć jeszcze zejść

do nieba [...]*

Monika Nawrocka-Leśnik

* fragment utworu "Edelman" Jacka Kleyffa

  • spotkanie "Marek Edelman" z Paula Sawicką i Barbarą Mechowską-Kleyff, z cyklu Czytanie Polski
  • Teatr Ósmego Dnia
  • 12.04

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019