Kultura Poznań.pl

Kultura

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Oswajanie obcego

Trudno pisać o filmie, o którym napisano już wszystko jeszcze przed datą oficjalnej premiery. Wiele kin grało go przedpremierowo, od ostatniego piątku jednak "Green Book" na dobre zagościł w repertuarach i przyciąga do kin prawdziwe tłumy. Nic dziwnego skoro to prawdziwy majstersztyk. Trzy Złote Globy i aż pięć oscarowych nominacji nie wzięły się przecież znikąd.

.
fot. materiały dystrybutora

Tony Lip (Viggo Mortensen) jest nowojorczykiem o włoskich korzeniach, który mieszkając całe życie na Bronxie szybko nauczył się życiowej zaradności w najbardziej dosłownym tego słowa znaczeniu. Pracuje jako ochroniarz w klubach, w których zajmuje się utrzymaniem porządku, a więc na przykład wyrzucaniem za drzwi pijanych, awanturujących się klientów. Kiedy pewnego dnia traci robotę ktoś poleca go czarnoskóremu pianiście, który szuka kierowcy i ochroniarza w jednym podczas planowanej trasy po południowych stanach USA. Mamy lata 60. XX wieku, na południu segregacja rasowa wciąż trwa w najlepsze, a więc Dr Don Shirley (Mahershala Ali) wieczorami grający dla białych pochodzących z lokalnej śmietanki towarzyskiej, poza sytuacją koncertową nie może liczyć nawet na możliwość zjedzenia kolacji czy skorzystania z toalety w tym samym miejscu, co obywatele o białym kolorze skóry. Dlaczego zatem zdecydował się wyruszyć w tak upokarzającą i niebezpieczną podróż?

Urok najnowszego obrazu Petera Farrelly, znanego dotąd z tak specyficznych tytułów jak "Głupi i głupszy" czy "Ja, Irena i ja" (oba z Jimem Carrey'em w roli głównej) polega na tym, że w sposób genialny balansuje między poruszaniem a rozbawianiem widza. Tym razem ekranowe poczucie humoru nie wyczerpuje się już na poziomie idiotycznych i na dłuższą metę męczących gagów i komizmu sytuacyjnego, ale sięga o wiele dalej - do inteligencji odbiorców. W efekcie otrzymujemy coś, co nie jest do końca ani komedią, ani dramatem, a ta niejednoznaczność gatunkowa jest wypadkową znakomitego wyczucia proporcji i dobrego smaku. Nic dziwnego, skoro do porozumienia podczas pisania scenariusza musiało dojść aż trzech scenarzystów, w tym sam reżyser oraz Nick Vallelonga (pierwowzór Tony'ego Lipa, na co dzień także aktor w pomniejszych rolach, m.in. w tak głośnych produkcjach jak "Ojciec chrzestny" czy "Chłopcy z ferajny").

Wracając do sedna - wszystko co zabawne opiera się tu na zestawieniu dwóch skrajnie różnych postaci - bezpretensjonalnego i prostego Tony'ego, który wszystko co robi, robi na sto procent, nie zważając na skutki i opinie innych i dystyngowanego (tak, to chyba najlepsze słowo), wyważonego na poziomie ruchów i osądów Dona Shirleya. To właśnie na kontraście pomiędzy nimi, z czasem stopniowo oswajanemu przez nich samych, opiera się sukces tej produkcji. Jeśli dodać to tego jeszcze drugą stronę medalu, a więc społeczno-polityczny i sentymentalny wymiar tej historii, otrzymujemy w efekcie coś przejmująco prawdziwego i hipnotyzującego. Film, który jest wiarygodny nie dlatego, że opiera się na autentycznej historii (obaj panowie przyjaźnili się aż do śmierci), ale dlatego, że zawiera w sobie wszystkie uwiarygadniające elementy z jakich składa się codzienne życie. Przede wszystkim odwieczne zderzenie tego, co znane z tym, co obce, ale przy bliższym poznaniu możliwe do oswojenia i zaakceptowania - o ile oczywiście mamy w sobie wystarczająco dużo otwartości.

- To skomplikowany świat - stwierdza w jednej ze scen Tony i w ten sposób zamyka w jednym zdaniu wszystko, o czym jest "Green Book". Sęk w tym, by niezależnie od okoliczności potrafić się, w tej plątaninie odnaleźć i - parafrazując Władysława Bartoszewskiego - "pozostać przyzwoitym".

Anna Solak

  • "Green Book"
  • reż. Peter Farrelly

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019