Kultura Poznań.pl

Film

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Elvis, pacyfiści i truposze

"Zombieland" z 2009 roku to zaraz obok "Wysypu żywych trupów" absolutna czołówka najlepszych komediowych produkcji o apokalipsie zombie. Nic dziwnego, że o kontynuacji mówiło się od lat. Musiała jednak minąć dekada, by udało się zebrać czwórkę głównych aktorów, których kariery różnie się w międzyczasie toczyły, i znów wrzucić ich do świata opanowanego przez spragnione ludzkiego mięsa umarlaki.

.
fot. materiały dystrybutora

Dekada minęła również u bohaterów i choć trudno mieć wątpliwości co do tego, że dobrali się jak w korcu maku, to jednak obecnie każdy z nich przeżywa swój mały kryzys. Tallahassee (Woody Harrelson) wydaje się szczęśliwy w świecie, w którym może startować w nieformalnym konkursie na najbardziej spektakularnie zabitego truposza, ale nie może się pogodzić z tym, że Little Rock (Abigail Breslin) wydoroślała, i coraz bardziej nieudolnie odgrywa rolę jej ojca. Dziewczynie z kolei - trudno się dziwić - w końcu włączył się tryb buntowniczy - zapragnęła poznać jakiegoś mniej czy bardziej normalnego, byle żywego chłopaka. Columbus (Jesse Eisenberg) nabrał chęci na odrobinę stabilizacji w tej wyjątkowo chaotycznej rzeczywistości i po uwiciu małego gniazdka w opuszczonym Białym Domu oświadczył się Wichicie (Emma Stone). Ta z kolei uznała, że to ani czas, ani miejsce na ślubne wianki, i razem z Little Rock pod osłoną nocy dała dyla. Kłopot polega na tym, że ta ostatnia po poznaniu młodego pacyfisty z gitarą wybrała własną ścieżkę i wraz z nim ruszyła w stronę hipisowskiej komuny pod jakże wymowną nazwą Babilon.

Zanim więc wszyscy czworo zdadzą sobie sprawę, że wszędzie dobrze, ale z przybraną rodziną najlepiej, będą musieli przeżyć masę przygód i umieścić niejedną kulkę w rozkładających się głowach nieumarłych. Ci ostatni nie będą im ułatwiać zadania, bowiem zombie szybko ewoluowały - jedne, tzw. Hawkingi, nazwane tak od Stephena Hawkinga, zachowały resztki sprytu i używają go do polowania na ludzi, "ninja" z kolei nauczyły się niepostrzeżenie atakować swoje żywe ofiary, ale najgorsze są T-800, czyli superwytrzymałe terminatory, które potrafią brnąć do przodu nawet z ołowiem tkwiącym w mózgu.

"Zombieland 2: Kulki w łeb", pomijając fakt, że jako sequel niczym nowym nie zaskakuje, jest równie dobry i zabawny jak poprzednia część. Podobnie jak pierwowzór również humorem stoi - Woody Harrelson uparcie rzuca czerstwymi żartami, które o dziwo nadal trafiają w sedno, a Jesse Eisenberg jako jego neurotyczne przeciwieństwo umiejętnie wzmacnia komiczny efekt. Emma Stone jako sarkastyczna wojowniczka z przypadku także nie zawodzi. Może nieco niedosytu pozostawia zmarginalizowana obecność na ekranie Abigail Breslin, czyli filmowej Little Rock, ale biorąc pod uwagę bogactwo drugiego planu, trudno mieć to twórcom za złe. Doskonałą robotę wykonuje bowiem Zoey Deutch, czyli córka niezapomnianej Lei Thompson (Lorraine z "Powrotu do przyszłości") - jej Madison, przerysowana wegetarianka w różowym ubranku i szpilkach, nieskażona intelektem, jest fenomenalnie irytująca i generuje kolejne gagi z prędkością serii z karabinu maszynowego, z kolei wielka fanka Elvisa Presleya Nevada, w którą wciela się Rosario Dawson, przypomina Tallahasseemu, że są na tym świecie rzeczy warte większej uwagi niż kaliber 45' i odpicowana fura.

Kontynuacją zombiehitu sprzed dziesięciu lat nie powinni zawieść się ci, którym podobała się część pierwsza - jest tu wszystko, co już było, tyle że przemielone i poskładane na nowo. Co najważniejsze - w kategoriach rozrywki okazuje się równie skuteczne. I nie aż tak głupie - ostatecznie z tej mieszanki żartów, przestrzelonych czaszek i odcinanych kończyn wyłania się niestandardowa historia o przywiązaniu, kryzysie w relacjach i nieco dysfunkcyjnej, ale jakże skutecznej w świecie opanowanym przez zombie rodzinie. Ach, no i jest jeszcze wisienka na torcie, czyli nie kto inny, jak Bill Murray.

Adam Horowski

  • "Zombieland: kulki w łeb"
  • reż. Ruben Fleischer

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019