Kultura Poznań.pl

Film

opublikowano:

PROSTO Z EKRANU. Bękarty kontestacji

Jest w pewnym sensie "Pewnego razu...w Hollywood" dla Quentina Tarantino tym, czym dla Felliniego było "8 ½" - obrazem nr 9, na wskroś osobistym i autotematycznym. Jest też dziełem ryzykownym, bo tak jak wcześniej amerykański reżyser fantazjował na temat abstrakcyjnych gatunków i dawno minionych epok, tak teraz przedstawia ludzi, którzy albo wciąż stąpają po tym padole, albo mają krewnych, którzy - mniej czy bardziej słusznie - mogą mieć obiekcje natury rodzinno-emocjonalnej.

.
fot. materiały dystrybutora

Spośród owych głosów sprzeciwu najgłośniej wybrzmiał ten córki Bruce'a Lee, Shannon. Trudno się z nią nie zgodzić, skoro jej śp. ojciec, mistrz sztuk walki i legenda kina kopanego, grany tutaj przez Mike'a Moha, pojawia się w jednej średnio długiej scenie i wychodzi na nadętego buca. Nie zamierzam oceniać, czy reżyser "Pulp Fiction" przekroczył jakąś moralną granicę - wszak od zawsze stoję na stanowisku, że artysta w swoim dziele może sobie pozwolić na wiele, również w sferze etycznej. Oglądając ten fragment, czułem jednak dysonans - z jednej strony trudno było się nie uśmiechnąć, kiedy filmowy zarozumialec dostaje lekcję życia, z drugiej trudno oprzeć się wrażeniu, że Bruce Lee na takie miejsce w popkulturze, jakie zaserwował mu Tarantino, zupełnie sobie nie zasłużył. A nie da się przecież ukryć, że amerykański twórca w popkulturowej przestrzeni jest uznawany za autorytet jak mało kto.

Ten dysonans - choć nieco innej proweniencji - towarzyszył mi przez większość filmu, co nie zmienia faktu, że "Pewnego razu..." ogląda się doskonale. Fetyszyzację filmowego detalu Tarantino posunął tu bowiem do skrajności, a każdy bez wyjątku kadr mógłby być ozdobą jakiegoś influencerskiego konta na Instagramie - od tych przedstawiających kobiece stopy czy jazdę samochodem, przez dym papierosowy czy popularny w tamtych czasach format telewizyjny, po wściekle czerwieniącą się wisienkę w drinku. To w żadnym wypadku nie jest obraz lat 60., to jest wizualizacja reżyserskiej fantazji na temat lat 60. Fantazji, bowiem w epoce kontestacji Tarantino już na świecie egzystował, ale kontestować mógł co najwyżej pieluchy, których zaledwie chwilę wcześniej zaprzestał nosić. A jednak owa epoka, w której tworzyło dwóch jego ulubionych Sergiów - Leone i Corbucci (nazywany tu drugim najlepszym reżyserem spaghetti westernów) - od bez mała trzech dekad napędza wyobraźnię twórcy "Nienawistnej ósemki". Nic dziwnego, że w swoim, jak się zarzeka, przedostatnim filmie reżyser postanawia zabrać nas na fascynujący spacer po tej imaginacji.

Nie bez powodu nie wspomniałem dotychczas o fabule - ta nigdy nie była tak mało w filmie Tarantina znacząca, pretekstowa. Głównymi bohaterami są dwaj przyjaciele - aktor Rick Dalton (Leonardo DiCaprio) i jego dubler i zarazem kaskader Cliff Booth (Brad Pitt). Rick jest w zawodowym dołku - niegdyś gwiazda westernów, teraz wciela się w podrzędne czarne charaktery, którym kopią tyłki aktorskie młode wilczki, by wdrapać się na szczyty hollywoodzkiego nieba. Cliff to jego wierny przyjaciel, pogodzony ze swoją rolą, ale znający swoją wartość - można powiedzieć druga, idealnie dopasowana połowa Ricka. Reszta to tło: hipisi, zmierzch klasycznego Hollywoodu, złota era telewizji, koniec obowiązywania kodeksu Haysa (co wydaje mi się istotne w kontekście zakończenia), miłość, przyjaźń, muzyka.

Trudno wskazać który z dwójki słynnych aktorów wypada tu lepiej, ale bez wątpienia obaj są pierwszorzędni. Pitt jest milczący, ikoniczny, więcej grający ciałem (dosłownie, bo i tego 55-latka w scenie na dachu fetyszyzuje Tarantino) i mimiką - o jego Cliffie niewiele wiadomo, oprócz tego, że być może zamordował swoją zołzowatą żonę. A jednak poprowadzony został tak, że bez trudu jego rolę mogę umieścić na podium wśród tych najlepszych - zaraz po "Podziemnym kręgu" i "12 małpach". DiCaprio ma postać bardziej gadaną i stonowaną, nieco mniej działającą na wyobraźnię. A jednak w jednej, wspaniałej scenie, o której nie wątpię, że niejeden krytyk jeszcze nieraz wspomni, wspina się na szczyty aktorstwa (oto bowiem aktor DiCaprio, grający aktora Ricka, będącego w kryzysie w akcie twórczej desperacji... wspina się na szczyty aktorstwa). Pozostałe, choć wielkie nazwiska, to już drugi i trzeci plan - Pacino, Madsen, Dern, Russell, nawet Margot Robbie jako Sharon Tate, tyleż piękna, co niemalże niema, wypowiadająca zaledwie kilka zdań w trakcie całego filmu.

"Pewnego razu..." to zatem kinowa fantazja na temat lat 60., ale też obraz o twórczym kryzysie (znów kłania się Fellini) i męskiej przyjaźni (główni bohaterowie są sobie znacznie bliżsi niż Rick i jego żona, nie bez powodu Włoszka słabo mówiąca po angielsku; biada jednak temu, kto nie znając filmografii Tarantina, a także dziejów amerykańskiej kontestacji, skrytykuje zmarginalizowanie kobiecych postaci). A potem jest jeszcze 20 minut filmu, żona Romana Polańskiego, członkowie sekty Charlesa Mansona i cios obuchem w kinofilską głowę widza. Wspomnę tylko, że zakończenie nie jest tak katartyczne jak "Bękartów wojny" czy "Django", choć chciałoby się na ten temat napisać elaborat - nie sposób jednak bez bolesnych spoilerów. Krótko więc: "Pewnego razu..." to nie jest najlepszy film Tarantina, ale z pewnością jeden z najważniejszych - będzie się o nim dyskutować jeszcze długo i gęsto.

Adam Horowski

  • "Pewnego razu...w Hollywood"
  • reż. Quentin Tarantino

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2019