Kultura Poznań.pl

Film

opublikowano:

Miejsce dla kina niekomercyjnego

- Wszyscy jesteśmy podobni. Zarówno celebryci przeżywają swoje małe problemy, jak i nie-celebryci przeżywają swoje wielkie zwycięstwa - mówi Tomasz Gąssowski*, reżyser filmu "Baraż", który w kwietniu wchodzi na ekrany polskich kin. Poznań odwiedził jako juror konkursu międzynarodowego na 10. Short Waves Festival.

.
Tomasz Gąssowski, fot. archiwum prywatne

Pierwszy raz jest Pan jurorem?

Byłem już kilka razy jurorem, ostatnio na Warszawskim Festiwalu Filmowym w konkursie Wolny Duch. Zawsze staram się ile sił i podobnie jest teraz w Poznaniu. Na pewno podchodzę do każdego filmu z szacunkiem, bo wiem jak ciężko jest nakręcić film. Myślę, że juror powinien mieć zasady, pewną samodyscyplinę. Wszystkie filmy oglądam w kinie z publicznością. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł jakąś projekcję odpuścić i potem oglądać samemu w hotelu na laptopie - to byłoby nie fair. Poza tym staram się przed obejrzeniem nie czytać opisów i nie wiedzieć niczego o filmie, jego twórcach, nagrodach, nie oglądam też zwiastunów. Żeby się niczym nie sugerować.

Jakie ma Pan ogólne wrażenia już po pierwszym dniu pokazów konkursowych?

Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że zarówno pod względem organizacyjnym, jak i artystycznym festiwal stoi na absolutnie światowym poziomie. Potwierdzeniem tego są pełne sale na projekcjach. Selekcja jest nastawiona na poszukiwanie nowych form wyrazu, wiec obawiałem się trochę, czy konkursowe propozycje nie będą zbyt odważne dla mnie. Ale okazało się, że to wszystko jest bardzo ciekawe, a kilka z obejrzanych filmów zrobiło na mnie wręcz ogromne wrażenie. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się, że to będzie tak odświeżające i rozwijające doświadczenie.

Czy jako kompozytor współpracował Pan z twórcami bardziej klasycznymi i tak by określił Andrzeja Jakimowskiego?

Na pewno nie można powiedzieć, że Jakimowski jest twórcą alternatywnym czy awangardowym.  Ale nie znaczy to wcale, że konwencjonalnym. Andrzej opowiada zawsze po swojemu własną, oryginalną historię. Mam do tego ogromny szacunek i dlatego też z podobnym nastawieniem staram się pisać muzykę do jego filmów.

Dlaczego zdecydował się Pan samodzielnie reżyserować własne filmy?

To był dłuższy proces. Byłem współproducentem filmu "Zmruż oczy", rzuciłem wszystkie komercyjne projekty i starałem się pomóc Andrzejowi Jakimowskiemu. Nie tylko w kwestii muzyki, ale żeby w ogóle ten film powstał. To był niezwykły czas dla mnie i nowe emocje. Wrażenie z pracy przy filmie pozostało we mnie i latami dojrzewało. Najpierw był pomysł na scenariusz, który rozwijał się w głowie. Potem zacząłem go nieśmiało pisać. W końcu zdecydowałem się zdawać do Szkoły Wajdy. Kiedy skończyłem szkołę, udało mi się przekonać komisję Studia Munka do mojego scenariusza, dostałem dofinansowanie i zrobiłem "Baraż".

Dowiedziałem się, że ten film wypłynął z Pana własnych doświadczeń.

Jest bardzo osobisty. Wiele lat mieszkałem w małej, podwarszawskiej miejscowości, takiej jak ta pokazywana w moim filmie. Przez pięć lat byłem trenerem piłki nożnej w miejscowym klubie. Traktowałem to jako odpoczynek po pracy i hobby. Ale w piłce nożnej, bez względu na poziom rozgrywek i wiek, nie ma miejsca na zabawę i rekreację. Wystarczy zobaczyć mecz tak zwanych oldboyów: czterdziesto- i pięćdziesięciolatkowie są wściekli, czerwoni na twarzy, a na boisku zdarzają się zawały. Podobnie jest z pracą trenera. Obojętnie w jakiej jesteś lidze, jeśli przegrasz mecz, to potem wszyscy tak na ciebie patrzą, że trzeba coś zrobić żeby następny wygrać.

Kusiło Pana żeby pokazać właśnie tę najniższą ligę, a piłkę nożną jako narodowy sport i obsesję Polaków?

Piłka nożna w moim filmie jest tylko tłem - pretekstem do pokazania relacji miedzy ojcem, a synem. No i też do pokazania małej, lokalnej społeczności. Bardzo lubię świat i ludzi. Zwłaszcza, jeśli nie robią z siebie tych, kim nie są. Wszyscy mamy podobne problemy i jesteśmy tak samo wyjątkowi. Media wmawiają nam, że ktoś jest lepszy od innych, że przeżywa prawdziwe życie, prawdziwe namiętności. A jest tak, że zarówno celebryci przeżywają swoje małe problemy, jak i nie-celebryci przeżywają swoje wielkie zwycięstwa. W małej miejscowości, w której jest klub piłkarski, taki baraż, czyli bezpośrednia walka o awans do wyższej ligi, może stać się na moment najważniejszą sprawą na świecie. I nie jest ważne, czy chodzi o ligę pierwszą, czwartą, czy szóstą.

"Baraż" bardzo przypomina mi inny film ze Studia Munka - "Psubrat", w którym historia też jest bliska schematycznych wyobrażeń o polskiej rodzinie, w jakiej kobieta dźwiga pełny ciężar odpowiedzialności, choć jest wycofana z tej opowieści, a mężczyzna unika odpowiedzialności.

Filmu "Psubrat" niestety nie widziałem. To, że żona mojego bohatera jest wycofana z opowieści, wynika z dwóch powodów. Poszerzanie wątku bohatera drugoplanowego w filmie trzydziestominutowym grozi tym, że zabraknie czasu na odpowiednie wyeksponowanie głównych bohaterów i ich problemów. Takie relacje niestety często też tak wyglądają. Wiem to ze swoich obserwacji. Żony zawodników, zwłaszcza te z dłuższym stażem, często nie lubią piłki i wszystkiego co się z tym łączy. Kiedy facet idzie na trening czy mecz, to nie ma go wtedy w domu, nie reperuje kranu, nie układa płytek w piwnicy. Ma wrócić zaraz po meczu, a nie wraca, bo idzie do baru... Kiedyś jeden mój zawodnik sygnalizował mi, że może nie być na meczu, ale w końcu przyszedł. Dziwne tylko było, że z korkami i strojem do grania w rękach. Kiedy zapytałem go, czemu nie trzyma tego w torbie, to odpowiedział, że torba została w rękach żony. Takich zdarzeń było mnóstwo. Oczywiście bywa też odwrotnie- zachwycone, wymalowane dziewczyny siedzą co niedziele na trybunach. Ale to najczęściej narzeczone, a nie żony po dziesięciu latach małżeństwa.

Tych bohaterów łączy też kiepskie funkcjonowanie w społeczeństwie. Mężczyzna z "Barażu" utknął na bezrobociu.

To sytuacja kryzysowa, każdego może to spotkać. Zyga mógł mieć wcześniej niezłą pracę, dodatkowo był gwiazdą lokalnej drużyny piłkarskiej. Odszedł z drużyny z powodów honorowych, jest chwilowo bezrobotny i szuka pracy. Ale jest zbyt dumny, żeby wziąć pierwszą lepszą. Czasami tak się zdarza, że ludzie ambitni, fachowcy nie chcą skorzystać z byle jakiej propozycji... Żona Zygi sama zarabia na rodzinę, po pracy zajmuje się domem. Kiedy ten stan zaczyna się przedłużać, zaczynają się trudne rozmowy i pojawiają się naturalne napięcia w rodzinie.

Kusiło Pana, aby stworzyć portret małomiasteczkowych Polaków w pigułce?

Miałem bardzo dużo fajnych zdjęć obyczajowych z widowni na stadionie, ale takie rzeczy już widzieliśmy, choćby w "Niedzieli Barabasza", filmie z lat siedemdziesiątych. Chciałem pokazać przede wszystkim relację ojca i syna, bo ona wydawała mi się najciekawsza. Zwłaszcza, że próbna scena, którą nakręciłem w Szkole Wajdy pokazała, że mam absolutnie wybitnych aktorów - znanego z Mumio Jacka Borusińskiego i jego filmowego syna, Oliwiera Kozłowskiego. To się potwierdziło. Obydwaj dostali już za rolę w "Barażu" po kilka nagród i wyróżnień.

Gdy ogląda Pan współczesne polskie kino - faktycznie ma się tak dobrze, jak wiele osób z branży stara się nas przekonać? Przeżywamy postulowany hype na to, co polskie?

Uważam, że polskie kino ostatnio ma się bardzo dobrze. Nagrody na największych festiwalach i dystrybucja zagraniczna mówią same za siebie. Boję się czegoś innego - tego, co dzieje się na rynku polskim po ostatnich sukcesach filmów komercyjnych. Obawiam się, że niedługo nie będzie miejsca w kinach dla produkcji niekomercyjnych. Nie neguje potrzeby istnienia dobrego kina komercyjnego. Jeśli jednak większość kin będzie pokazywać tylko takie filmy, to kino niekomercyjne będzie musiało znaleźć sobie inne pole do dystrybucji, a widzowie będą musieli się przyzwyczaić, że takich filmów trzeba będzie szukać gdzie indziej. Coraz częściej słyszę zdanie: "Naprawdę ten film już był w kinie? Nie zauważyłem".

W "Barażu" przyciąga melancholijny, słodko-gorzki klimat. Są w nim obecne żarty, ale dość subtelne i wywołujące w nas półuśmiechy. Trochę przypomina aurę z filmów Jakimowskiego. To cierpkie podejście do życia zbliża Panów?

Znamy się bardzo długo. To już prawie trzydzieści lat, od kiedy skomponowałem muzykę do jego studenckich etiud. Teraz Andrzej był opiekunem artystycznym "Barażu". Myślę, że mamy podobną potrzebę lekkości w sztuce. Opowiadanie o sprawach ważnych bez lekkości i humoru grozi najgorszym: moralizowaniem i pretensjonalnym pouczaniem. A tego nie lubi chyba nikt.

rozmawiał Marek Bochniarz

* Tomasz Gąssowski - kompozytor muzyki filmowej, producent i reżyser. Jest autorem muzyki do wszystkich filmów Andrzeja Jakimowskiego: "Sztuczki", "Imagine", "Pewnego razu w listopadzie" i "Zmruż Oczy". W 2014 roku ukończył kurs reżyserii filmowej w Szkole Wajdy. Rok później powstał jego autorski film "Baraż", który został uznany za Najlepszy Aktorski Film Krótkometrażowy na 32. Warszawskim Festiwalu Filmowym, a na 32. Festival Européen du Film Court de Brest otrzymał Nagrodę Jury.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2018

Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszych serwisów. Jeśli nie chcesz, by pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku, zmień ustawienia swojej przeglądarki.