Kultura Poznań.pl

Kultura

opublikowano:

A nam wszystko gra!

Rozmowa z Dagą Gregorowicz - wokalistką i menadżerką zespołu Dagadana

Daga Gregorowicz
Daga Gregorowicz

Daga Gregorowicz ukończyła Studium Piosenkarskie im. Czesława Niemena w Poznaniu. Inspiruje się muzyką elektroniczną. Geograf z wykształcenia uwielbia podróże - te małe i te duże. Oczywiście najlepiej podróżować wraz z zespołem!

Spotkałyśmy się na zebraniu Otwartego Forum Kultury, to znak , że sprawy Poznania leżą Ci na sercu. Jesteś poznaniarą?

Tak, jestem poznaniarą, tej! Lubię poznańską konkretność i zorganizowanie. Mówi się, że poznaniacy są skąpi. Moim zdaniem poznaniacy nie szastają głupotą: nie marudzą i potrafią działać. Zawsze wracam do Poznania, gdyby nie Poznań to bym nie istniała. Na każdym kroku podkreślam, że stąd jestem. Miałam wiele możliwości zamieszkania we Wrocławiu czy w Warszawie, ale nie mogłabym mieszkać gdzie indziej. Nasz nowy teledysk do piosenki "Kiribati" także powstał w Poznaniu, dzięki wsparciu Narodowego Centrum Kultury w ramach projektu Europejski Stadion Kultury. Za zdjęcia do najnowszego teledysku Kiribati odpowiedzialna jest poznańska grupa Visual Heads - uwiecznili oni mój Poznań.

Jaki jest w takim razie Twój Poznań?

Mój Poznań to Ławica, Jeżyce i Winogrady, gdzie mieszkały moje babcie, Zagórze nad Wartą i, oczywiście, Stary Rynek. Od zawsze mieszkam na Ławicy. Kiedyś na spotkaniu mieszkańców osiedla z zarządem Portu Lotniczego powiedziałam, że cieszę się z lotniska i chcę, żeby jak najlepiej się rozwijało. Ludzie byli zaskoczeni. A ja naprawdę bym chciała, żeby było jak największe i żeby były loty z Poznania do Lwowa!

Masz swoje magiczne miejsca w Poznaniu?

To, oczywiście, Ławica. Zwłaszcza lasek na Ławicy w okolicach przedszkola, nawet pisałam o nim artykuł do gazetki szkolnej w liceum (śmiech). Można tam natrafić na wszystko: autobus albo lodówkę - dla mnie te zwykłe rzeczy były magiczne. Uwielbiam też Psałterię, to budynek o niesłychanie ciekawej historii, na uboczu, dla wielu nic nie mówiące miejsce. W ogóle cały Ostrów Tumski i tamte rejony to również moje lata młodości. Zagórze i Cypel, gdzie jest się jeszcze w mieście, ale tak jakby się było poza nim, z hipnotyzującym widokiem na Wartę i Most Rocha. Pokazuję ludziom te miejsca. Lubię też, idąc ulicami, patrzeć w górę, na kamienice i ich ornamenty, których zwykle się nie zauważa. Jednak dla mnie miasto to przede wszystkim ludzie, wspólnota. Kiedy gdzieś jadę, to staram się nocować u znajomych, nie w hotelach. Wtedy właśnie wiem, gdzie jestem, bo to ludzie tworzą klimat miasta.

Jaka jest Twoja życiowa filozofia?

Lubię, jak ludzie rozkwitają dzięki małym gestom, jakimś krótkim rozmowom, okazaniu zainteresowania. Robię to właśnie po to, aby ich na chwilę uszczęśliwić. Dla przykładu weźmy koncert zespołu Dagadana. Podczas naszych występów zaciera się granica między publicznością a sceną. Rozdawanie grających zabawek to wyjście do ludzi. Takie trochę uszczęśliwianie ich. Zarówno dziecko, jak i osiemdziesięciolatek, który przyszedł na koncert pod krawatem, kiedy ma zabawkę, to musi grać. Czasami wychodzi z tego osiemdziesięciolatka to, co jest w dziecku obok, a w dziecku pojawia się tego rodzaju radość, której nie ma w grze komputerowej.

Kiedy dzielisz się z tyloma ludźmi na koncercie czymś tak intymnym, jak własna muzyka, to mogą się niektórym pomylić Twoje intencje. Jak to jest z prywatnością i pracą?

Są granice między prywatnością i pracą, które staram się zachowywać, ale nie zawsze się da. Kiedy rano otwieram oczy, dzień zaczyna się pod hasłem Dagadana, więc dla mnie praca z racji, że jest pasją, trwa nieustannie. Jako Słowianie mamy wpisaną w geny emocjonalność, otwartość i pewną nutę szaleństwa. Tacy są też nasi fani. Staramy się poświęcać im czas nie tylko na koncertach. Do każdego trzeba podejść indywidualnie. Docenić, że słucha naszej muzyki. Trzeba pamiętać o tym, że ktoś wyszedł z domu, kupił bilet, wcześniej jakoś dowiedział się o koncercie. Są koncerty gdzie jest 5 000 osób i takie, gdzie jest osób 30, wtedy granica między nami a publicznością coraz bardziej się zaciera.

Wasza muzyka jest bardzo babska, przypomina mi dźwięki kobiecej torebki.

To jest babska muzyka, 2/3 zespołu to kobiety. Każdy ma w sobie coś kobiecego. Z drugiej strony, słucha nas mnóstwo facetów, więc jest zatem i męska. Czuję, że nasza muzyka jest zdecydowanie dla wszystkich.

Czy jest tam w ogóle miejsce dla mężczyzny?

W zespole gra cudowny mężczyzna, Mikołaj Pospieszalski. Jest  częścią naszego organizmu i wspólnie z nami podejmuje dezycje. Często pytają Mikołaja: Jak to jest grać z dwiema dziewczynami? Jak widać - wszystko gra. Najważniejsze jest to, że przyjaźnimy się i wszyscy wnosimy coś od siebie do zespołu. Nauczyliśmy się akceptować to, że nie każdy będzie na danym polu tak samo zaangażowany, bo każdy jest specjalistą w swojej dziedzinie i pokochaliśmy te różnice. Gdyby nie przyjaźń, nie robilibyśmy tego, co robimy.

A ostatnio robiliście bardzo dużo! Powiesz coś o nowej płycie?

Płyta "Dlaczego nie" to duży projekt, jest wynikiem rocznej, konsekwentnej pracy. Jest bardziej dojrzała od poprzedniej. Zaprosiliśmy wielu gości, wykorzystaliśmy pomysły z naszych podróży, byliśmy w Maroku, na Węgrzech, w Rumunii, wszędzie tam koncertowaliśmy przed jej wydaniem. Nowa płyta i sukces porzedniej (Fryderyk 2011) zaowocowały koncertami w Indonezji, Malezji, Singapurze oraz kolejnymi zaproszeniami, m.in. do Chin. Partnerami tego wydawnictwa i naszej trasy koncertowej są Samorząd Województwa Wielkopolskiego, Europejski Stadion Kultury i Narodowe Centrum Kultury. Nie każdy pozwala sobie w Polsce na tak dużą produkcję przy nagrywaniu. Wiąże się to z ogromnymi kosztami, ale jeśli chce się, by płyta brzmiała świetnie, a marzenia zarejestrowania wyszukanych instrumentów i zaproszenia znamienitych gości się ziściły, należy do tego dodać jeszcze szczyptę logistyki oraz wytrwałości i wyrzeczeń, pomieszać i w wielkim skrócie - gotowe.

Musicie ochłonąć po tak dużym osiągnięciu, jakim jest ta płyta?

Nie ma czasu na odpoczynek. Kiedy osiągasz sukces, tym bardziej musisz się starać, bo ludzie zaczynają od ciebie więcej wymagać. Druga płyta to ogromne wyzwanie, wtedy zespół udowadnia, co naprawdę ma do powiedzenia, że nie jest tylko zespołem jednej piosenki. Trzecia płyta to jeszcze większe wyzwanie, a czwarta to już z górki!

Wydaje się, że Wam wszystko przychodzi z łatwością.

Praca muzyka jest ciężka. Jeden z profesorów zaczynał zajęcia w ten sposób, że wsadzał uczniów do samochodu i woził ich godzinami. Kiedy zaczynali się denerwować i pytać, o co chodzi, tłumaczył, że taka jest właśnie praca muzyka. Często nie zdajemy sobie sprawy, że trzeba jeździć i jeździć, ciągle przedostawać się z miejsca na miejsce. Przed koncertem trzeba zrobić próbę akustyczną, potem zagrać, wyjść na scenę i dać z siebie wszystko. Ludzi nie obchodzi, że dziś źle się czujesz. Wracają do domu, a muzycy muszą po sobie posprzątać, potem wracają do hotelu, a na drugi dzień trzeba jechać dalej. Przy dużych trasach, które zazwyczaj gramy, nie ma miejsca na imprezowanie, pzynajmniej nie wtedy, kiedy chce się na każdym koncercie wypaść jak najlepiej. Czas na sen jest święty i zawsze go w trasie mało.

Dbacie wciąż o siebie nawzajem, razem tworzycie. Jak to jest mieć trzy mózgi?

Jest super, każdy z nas dodaje coś od siebie, przez lata nauczyliśmy się ze sobą współpracować. Każdy ma swoją muzykę: jeden jest od klasyki, jeden od elektroniki, wszyscy mamy wspólne pole jazzowo-folkowe, z niego czerpiemy najwięcej. Czasem podoba nam się to samo, a czasem zupełnie co innego. Dzięki temu z zupy kartoflanej (po poznańsku "ślepe ryby") robi się nagle zupa jarzynowa. Ktoś coś gra, a ja myślę: "Wow, na to bym nie wpadła!" i na odwrót. Grunt to, znając siebie na wskroś, potrafić się zaskakiwać.

Jesteście młodym zespołem, ale osiągnęliście już bardzo dużo. Jak myślisz, jak długo jeszcze razem wytrzymacie?

Myślę, że jeszcze dużo przed nami. Byliśmy gośćmi na jubileuszowym koncercie dwudziestolecia zespołu Raz Dwa Trzy. Chcemy ich zaprosić na nasze dwudziestolecie.

Ile zostało wam lat do realizacji tego marzenia?

Jeszcze siedemnaście lat... Ale na tym nie koniec!

Całkiem konkretne marzenie do spełnienia! Podejrzewam, że cały Poznań będzie trzymał za Was kciuki przez najbliższe siedemnaście lat!

Rozmawiała Ewa Mrozikiewicz

Napisz do redakcji: kulturapoznan@wm.poznan.pl