Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

Brzydkie słowo na "f" - rozmowa o festiwalu No Women No Art

Festiwal startuje 6 października. Opowiada o nim dyrektorka - Joanna Stankiewicz.

Joanna Stankiewicz. Fot. Anastasia Galkina
Joanna Stankiewicz. Fot. Anastasia Galkina

W tym roku na plakacie festiwalu No Women No Art pojawił się tamborek (rama do wyszywania). Dlaczego nie śruba albo samolot?

Plakat przygotowała Monika Drożyńska, jedna z artystek biorących udział w poprzedniej edycji festiwalu. Tamborek (a właściwie haft) znalazł się tam dlatego, że jest to najczęściej pojawiający się motyw w jej pracach. Drożyńska przenosi to, co prywatne i kobiece, w przestrzeń publiczną, a na tym nam zależy. Postanowiłyśmy wspólnie, że piąta edycja festiwalu to dobry moment, żeby przypomnieć hasło, które przyświeca nam od początku. W związku z tym wyszyłyśmy czarnymi nićmi napis "Nie ma sztuki bez kobiet".

Coś się zmieniło przez tych parę lat?

Bardzo dużo. Pierwszą edycję festiwalu organizowałyśmy spontanicznie - skrzyknęłyśmy się, zrobiłyśmy, koniec i kropka. W kolejnym roku założyłyśmy stowarzyszenie, więc wszystko zaczęło się strukturyzować, powstał zespół. Idea i program też w znacznym stopniu ewoluowały. Podczas pierwszych festiwali skupiałyśmy się głównie na prezentacji sztuki tworzonej przez kobiety. Teraz idziemy trochę dalej. W zeszłym roku wprowadziłyśmy temat, wokół którego budujemy program. Wtedy było to hasło "Ulice są nasze", w tym roku to "Spotkania" - z nową przestrzenią, z nowymi odbiorcami, z nową sztuką. Każda z producentek budowała swoją część programu w oparciu o własne rozumienie tego słowa. Poza tym "idziemy dalej" także w sensie dosłownym - wychodzimy z zamkniętych galerii w otwartą przestrzeń publiczną, do ludzi.

Wychodzicie nie tylko poza galerie, ale też poza centrum.

Tak. W tym roku organizujemy Kioski Kultury, czyli tymczasowe domy kultury, które ulokujemy na Piątkowie, Ratajach i Łazarzu. Chcemy spotkać się z ludźmi, którzy mają utrudniony dostęp do kultury, bo życie kulturalne tam po prostu nie istnieje.

No jak to? Są przecież domy kultury!

Myślę, że domy kultury nie funkcjonują już tak dobrze, jak niegdyś. Mam sentyment do ich przeszłości, na przykład do Domu Kultury Dąbrówka, gdzie działało kino. Z tego sentymentu zrodził się pomysł, żeby je ożywić. Udało się i organizujemy w nim dwa pokazy filmowe. Marzy mi się miasto, gdzie poza centrum, w dzielnicach, istnieją sprawnie działające, małe ośrodki kulturalne i kawiarenki, które na nowo integrują mieszkańców. W różnych punktach miasta budzą się takie inicjatywy, ale raczej nie rodzą się na blokowiskach. Wszystkie programy rewitalizacyjne kierowane są do starych dzielnic, jak np. Jeżyce.

Wchodzicie wyraźnie w przestrzeń publiczną, w której ścierają się różne grupy. W tamtym roku podpalacze puścili z dymem instalację Agaty Olek, która ubrała Starego Marycha w kolorową szydełkową dzianinę. To był wyraźny sygnał, że komuś nie podoba się to, co robicie. Jak to odebrałaś?

Pomyślałam, że wiele jest do zrobienia na polu edukacji i uświadamiania ludziom praw równościowych - nie tylko kobiet, ale i innych grup dyskryminowanych, bo przecież chłopcy, którzy spalili tę instalację, twierdzili, że zrobili to dlatego, że Stary Marych wyglądał "pedalsko" (warto wspomnieć, że w tym czasie odbywał się Marsz Równości).

Zarzucano Wam na początku, że podział na sztukę kobiet i innych jest sztuczny, bo sztuka przecież nie ma płci. Często to jeszcze słyszysz?

Niestety, dosyć często. Obawiam się, że od tego pytania nie uciekniemy. Taka już dola inicjatywy, która ma na celu doreprezentowanie kobiet (czy innych grup dyskryminowanych) w jakiejkolwiek dziedzinie życia społecznego. Niezależnie od tego, czy chodzi o politykę, biznes czy sztukę - zawsze spotykamy się z zarzutem, że wprowadzamy sztuczny podział. Często też ludzie wychodzą z założenia, że nie ma czegoś takiego jak dyskryminacja, a z tym trudno dyskutować. Powtarzam regularnie od lat kilku, że to nie my wymyśliłyśmy ten podział. Jeśli popatrzymy na świat, to zauważymy, że podział na męskie i kobiece po prostu istnieje. A kobiece ma się na wielu polach gorzej. Festiwal zrodził się z potrzeby dania kobietom przestrzeni, w której mogą pokazać, co tworzą. Są takie miejsca, również w sztuce, gdzie kobiety bardzo dobrze sobie radzą. Ale są też obszary, gdzie trudno im się przebić. Widać to na przykładzie muzyki rockowej. Na pierwszy rzut oka wszystko gra - jest przecież mnóstwo wokalistek. Są na pierwszym planie, a to zaburza nam obraz, bo zastanów się: ile znasz perkusistek czy gitarzystek?

Obawiam się, że żadnej.

Można je policzyć na palcach jednej ręki. Istnieje oczywiście milion przyczyn dla których dziewczyny nie chwytają za gitary czy nie siadają przy perkusji - wychowanie do roli grzecznej dziewczynki czy brak pewności siebie to tylko niektóre z nich. Postanowiłyśmy z tym powalczyć. Zorganizowałyśmy warsztaty Girls Rock!, podczas których dziewczyny w wieku 14-19 lat uczyły się śpiewać i grać na basie, gitarze elektrycznej i perkusji.

Organizowanie tego festiwalu jest dla Ciebie taką feministyczną pracą u podstaw?

Myślę, że tak. Festiwal jest wyrazem tego, co myślimy o świecie i tego, co chcemy zmienić. Dziewczyny (głównie dziewczyny, chociaż współpracujemy z kilkoma mężczyznami) robią to dla idei. Większość z nas jest feministkami, ale część nie określa siebie w ten sposób.

W ogóle mamy w Polce problem z tym słowem.

Z brzydkim słowem na "f "? Tak. Jeszcze wiele rzeczy trzeba zmienić.

Rozmawiała Natalia Grudzień

  • No Women No Art
  • 6-12.10