Kultura Poznań.pl

Kultura

opublikowano:

ZAPISKI Z LAMUSA. Od ziarnka do drzewa

O tym, że Poznań traktowany był jako miejsce, po którym próżno oczekiwać kulturalnych zaskoczeń i równie kulturalnego entuzjazmu o większym zasięgu, już pisaliśmy. Usiłując zresztą pogląd ten przy okazji Zapisków z lamusa każdorazowo obalić. Dziś kolejny argument, by te niesprawiedliwe oceny odwrócić!

. - grafika artykułu
Wanda Siemaszkowa w redakcji "Ilustrowanego Kuriera Codziennego" w Krakowie, 1930, fot. ze zb. Narodowego Archiwum Cyfrowego

"Ulokowany w Domu Rzemieślniczym przy ul. Franciszka Ratajczaka Teatr Popularny wynurzył się ku nam z głębin tego nieznanego Poznania, który od czasu do czasu pokazuje jakąś niespodziankę"* - pisał we wstępie artykułu zatytułowanego zupełnie niekontrowersyjnie Z Teatru ("Kurier Poznański", nr 510/1930), podpisany inicjałami "W.N" autor. Wspomnianą niespodzianką była "sala na prawie 900 osób, z balkonami, obszerna, przyjemna, a w niej całkiem autentyczna scena, nie żadna klatka o głębokości patelni". Jakby mało było tych zalet, nad którymi można roztkliwić się co niemiara, a które skategoryzowalibyśmy jako bardzo materialne i tym samym namacalne, nie zabrakło i walorów ideowych, bowiem "w Wielkopolsce ma wreszcie teatr swego imienia największy teatralny Wielkopolanin i jeden z największych teatralnych Polaków: Bogusławski".

Wszystkie te przymioty zdecydowanie górowały nad ewentualnymi mankamentami, wśród których czepialscy mogliby wymienić chociażby lokalizację tego teatru, który mieścił się "trochę ekscentrycznie i na uboczu". Autor tekstu nieprzekonanym odpowiada całkiem rozsądnie, co następuje: "po pierwsze dzisiejszy Wielki Poznań na to się nie ogląda; powtóre ta publiczność średnich warstw, dla której ten teatr ma być Teatrem Polskim, ma do niego blisko ze swoich dzielnic; a po trzecie położenie nie wpłynie na frekwencję, jeżeli się ją odpowiednio zorganizuje". Proste?

Choć na marginesie tych rozważań wypłynął inny jeszcze interesujący wątek, związany - jak to określił "W.N." - z kinowymi czasami, które włodarzy teatrów zmuszały do podejmowania określonych działań, celem których było zdobycie widzów, a właściwie ich "pobór". O ile kiedyś, jak tłumaczy, "był to zaciąg ochotniczy - kto chciał przychodził", czasy się zmieniły i "teraz stosuje się coraz wyraźniej system poboru do powszechnej służby teatralnej, taki niby nieprzymusowy, ale nie bez pewnej egzekutywy". System tego rodzaju zmuszał też do tego, by wyłoniły się odpowiednie komisje poborowe. W tym wypadku ich role przejmowały zrzeszenia i związki, których zadanie polegało na tym, by członków przekierowywać do teatrów właśnie. Same instytucje kulturalne miały nie tylko radośnie przyjmować ich w swoich progach, ale też nadawać tej radości odpowiednią formę, np. przygotowując specjalne wieczory i zniżki. Starania obopólne i z korzyścią dla każdej strony.

Oczywiste jest również, że chodziło o to, by publiczność niezdecydowaną, stojącą gdzieś na rozdrożu i zastanawiającą się, czy pieniądze przeznaczyć na bilet do kina, czy może raczej jednak do teatru - popchnąć w ramiona tego drugiego. "Za złotego można mieć tak dobre miejsce, że w żadnem porządniejszem kinie tak tanio się nie usiądzie; trzebaby dać przeszło dwa razy tyle". Za takim, a nie innym wyborem, przemawia również osoba Wandy Siemaszkowej, która nie tylko objęła stanowisko dyrektorki tego przybytku, ale wyreżyserowała też pierwszy spektakl, czyli Ponad Śnieg Żeromskiego, wystawiony w Teatrze im. Bogusławskiego i w nim wystąpiła!

Nazwisko artystki miało być dowodem na to, że przed teatrem rysowała się przyszłość świetlana, w barwach bardzo kolorowych. Autor artykułu pisał: "Trupę zebrała z sił już doświadczonych, pomieszanych z młodemi, zdolnemi i pełnemi zapału. Reżyseruje sama i sama na początek pokazała swoją arcyrolę w Żeromskiego Ponad Śnieg. (...) Przecież trzeba obejrzeć i zapamiętać tę postać, zbudowaną z granitu, z łez i z uśmiechu - jak chciałoby się patetycznie powiedzieć, chociaż to właśnie jest Siemaszkowej największą może cudownością, że patosu w niej nic nie ma, sama naturalność i prostota. Idziemy za nią Bóg wie, jak wysoko, a ani się spostrzegamy".

Siemaszkowa, w opinii krytyka, umie tworzyć wokół siebie odpowiednie otoczenie. Dotyczyło to zarówno tak prozaicznych rzeczy jak dekoracje, jak i ludzi, których wybierała do swojego zespołu i których była godną nauczycielką. I oni zasługiwali na pochwały publiczności. "P. Sarnecką pamiętamy z sympatją, p. Juraszek zaznaczył się poważnie jako aktor dobrego umiaru i wyrobienia, ale z najmłodszych wychowanków będzie miała Siemaszkowa niemałą pociechę. Ładną ekspresję może rozwinąć w sobie młodzieniec, który pod trzema gwiazdkami grał Wika, oficerowi bolszewickiemu trudnoby uwierzyć, że był wogóle pierwszy raz na scenie, a Irenie, granej zastępczo za chorą p. Ładosiównę, warto będzie przy okazji dokładnie się przypatrzeć".

Autor tekstu porównał dyrektorkę teatru do "indyjskich yogów, co to w ciągu kwadransa zmuszają ziarnko do wyrośnięcia w drzewo. Dużo z tego sekretu tkwi w samem ręku, ale i ziarnko musi być nieladajakie". Oby takich rąk dobrych i nie byle jakich ziarenek było i dzisiaj jak najwięcej...

Justyna Żarczyńska

* We wszystkich cytowanych fragmentach zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021