Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

FESTIWAL NAJMŁODSZYCH. Orkiestra spontaniczna

Spektakle proponowane na Festiwalu Najmłodszych są jak dobre rytuały przed snem - niosą ukojenie. Ich twórcy jak najtroskliwsi rodzice, z delikatnością, czułością i uważnością objaśniają dzieciom świat.

Kobieta na scenie chwyta duży, miękki, różowy kłębek, niedaleko niej siedzą bawiące się dzieci. - grafika artykułu
"Ciałogranie", Teatr Baj, fot. materiały organizatorów

Maraton festiwalowy rozpoczęłam od "Ciałogrania" Teatru Baj w Warszawie. Spektakl (składał się z części właściwiej, zabawy animowanej przez aktorki i tej swobodnej) rekomendowany był dla dzieci do trzeciego roku życia. Większość widzów stanowiły niespełna roczniaki, które penetrowały scenę na czworakach. W zasadzie wszystko (oprócz wspinania się na jelito grube - widziałam jedną próbę) było dozwolone. Można było poskakać po zawartości okrężnicy (wypełniona była dużymi piłkami z wypustkami sensorycznymi), pooddychać "płucami sceny" (błyszczące, szeleszczące żagle), przejść ścieżką z poduszkowych krwinek albo dać się wchłonąć (i połaskotać) kosmkom jelitowym (miękkie, plastyczne, pluszowe stożki/słupki). Starsze dzieci wiedziały, co mogą zrobić, w co się zamienić, żeby zostać "strawionym", jednak większość nie była jeszcze gotowa na tego typu interakcje. Instrukcje to za mało. Rodzice okazali się pomocni... i niezbędni. Na scenografię/anatomię sceny składało się też miękkie serce. A właściwie jego dwie części, twórcy zadbali o szczegóły. Serce poruszało się szybko, kiedy widz biegł z babcią po lody. Z radości waliło jak młot. Zwalniało, przykładowo, przed snem.

"Ciałogranie" nie było jednak lekcją biologii dla maluszków (poziom zaawansowania mógł zaskoczyć), tylko świetnym koncertem rozpisanym na wdechy, wydechy, sapnięcia, przełknięcia, burknięcia, cmoknięcia, mlaskania i żucia. Wszystko to, co jest już mniej lub bardziej znane najnajmłodszym widzom. Bo to dźwięki, które sami generują. Odgłosy, które wydają też często i celowo w pierwszym półroczu życia ich rodzice, by nawiązać kontakt, często rozśmieszyć maluszka. Drugie skrzypce w "Ciałograniu" grały z kolei spontaniczne okrzyki i śmiech dziecięcej widowni, sporadyczny płacz. Bez nich - nie oszukujmy się, to nie byłoby to samo.

Widzowie na spektaklu, których widziałam, byli obiektywnie śmiali. Maluszki od początku czuły się pewnie. Nie miały szansy zrobić sobie krzywdy, więc rodzice mogli odetchnąć. Ale oczywiście wśród nich byli również tacy, którzy mieli problem z granicami/presją, jakie wywierało na nich ich własne, dorosłe ciało. Dwoje opiekunów spośród widzów poproszonych zostało o animację (nie reanimację!) serca... (było większe niż dzieciaki obecne na widowni). Karetka na szczęście nie była potrzebna.

W "Ciałograniu" zagrały dwie aktorki (Elżbieta Bieda i Adriana Paprocka), które jednocześnie pełniły także funkcję instrumentów w szarych wygodnych spodniach i fioletowo-białych koszulkach. Duet wsparła ledwie słyszalna muzyka zza kulis. Ta płynąca z głośników oraz tętno, oddech aktorek były fizjologicznie, akustycznie i artystycznie spójne.

"Ciałogranie" Teatru Baj to "spektakl w harmonii". Jego praktykowanie/doświadczanie wzmacnia kompleksowo mięśnie odpowiedzialne za... kreatywność i wyobraźnię, rozumienie emocji i świata! Też macie zakwasy?

Papugi z Meksyku

"Ja jestem" meksykańskiego Teatro al Vacio nie należy do spektakli z gatunku przyrodniczych, niemniej jednak... o papugach myślałam od pierwszej minuty pokazu. Dlaczego? Bo aktorzy (Adrián Hernández i José Agüero), którzy pojawili się na niemalże pustej scenie "małpowali" i "papugowali", czyli powtarzali swoje gesty, ruchy i odgłosy. Ponadto ich barwne, wielowarstwowe "upierzenie" również mogło sygnalizować, by trop kierować właśnie w stronę ptaków.

Adrián i José pojawili się na scenie w otoczeniu kilku niewielkich piramid ze złożonych ubrań/kostiumów. Pomysł - bardzo praktyczny. Wszystko mieli pod ręką. Spektakl rozpoczęli w krótkich spodenkach i koszulkach z krótkich rękawem. Podobnych, ale różnych. Jeden zdecydował się na czerń i biel, drugi czuł się dobrze w innym zestawie: od zieleni, przez czerwień, po pomarańcz. Kolejno ubrali jeszcze kominiarki (z dwoma otworami na oczy i wielkim pomponem), kamizelki w grochy z grzywami z tiulu, rękawice bez palców, pasiaste sukienki na szelkach... Dodam, że wcześniej, niczego nie ściągnęli. Ubrali się na przysłowiowe cebule. Szukali swojego stylu, siebie. Ten drugi, powtarzał wybory pierwszego (zawsze jednak wierny swoim barwom - jeśli chodzi o styl). Prezentowane miniukłady choreograficzne (małpowali również swoje zachowanie) aktorzy opanowali do perfekcji. Były podskoki, wymachy, przysiady. Stopień zaawansowania zmieniał się wraz z trwaniem spektaklu. Muzyka (nazwałabym ją "klubową dla przedszkolaków") wymuszała, nie tylko na aktorach, bujanie się na ugiętych kolanach, płynne ruchy tułowia, bioder i rąk. Wtedy "ten drugi" pozwolił w końcu wypowiedzieć się swojemu ciału, które wcześniej bezkrytycznie słuchało i robiło to, co zademonstrował "ten pierwszy".

Papugowanie to bez wątpienia określenie o pejoratywnym znaczeniu. Ale, czy mówiąc, że ktoś kogoś/coś kopiuje czy naśladuje, nie mamy na myśli tego samego? Czy to, co pokazali nam artyści z Teatro al Vacio w każdym przypadku sugeruje bezkrytyczne wzorowanie się i brak oryginalnego myślenia? Chyba nie. Bo takie "małpowanie" rozpoczyna się w wieku, w jakim byli widzowie "Ja jestem". To maluszki, które już dawno weszły w wiek indywidualizacji. Takie, które są uważne, bacznie obserwują i... potem manifestują potrzebę bycia nikim innym jak sobą. Choć oczywiście - nie czasem, a często - w takiej samej sukience jak koleżanka z przedszkola albo rysując dinozaura, bo właśnie w tej chwili fascynuje się nimi nasz kolega. Dotyczy to także wyboru kreacji na następny dzień, smaku soku, zabawy czy kierunku spaceru. Ta proza życia staje się na scenie, podczas "Ja jestem", poezją, której oś narracji stanowią (nie)widzialne bycie, kształtowanie tożsamości, mimowolnie zabiegi o akceptację.

"Ja jestem" to trzy kwadranse o wolności bycia sobą. O tym, że dla jednych jest to zupełnie naturalny stan, a dla innych nie. Że można być podobnym albo różnić się. Że bycia się nie wartościuje. Że wolność ma różne definicje.

Zielnik bez taryfy ulgowej

"Tymczasem wycieczki na Bielany, nad Wisłę, na łąki po kwiaty i stylizowanie tychże, i od razu zastosowywanie do lamp, świeczników, kolumn, słupów, pasów, fryzów ścian. Jest to cały świat lśniący się, dziwny; chcę się wżyć w niego. Jakie tam cuda. Malwy, dziewanny co to za cudne rośliny. Jakie to strzeliste kształtów pędy - jakie to żywe, rozmowne kwiaty. [...] Snop cały przyniosłem do siebie, że mi ustawiony na stole sięga warkoczami do pułapu i ocienia wszystko wokół. Jak ja lubię wśród tych kwiatów siedzieć" - pisał Stanisław Wyspiański do swojego przyjaciela Lucjana Rydla, panowie znali się jeszcze ze szkoły. Jego miłość do kwiatów i ziół jest efektem uważnej (na początku dziecięcej) obserwacji, później głębokiej wiedzy na temat ich kulturowego znaczenia.

I fascynacja ta (a nie sam Wyspiański) jest tematem spektaklu Honoraty Mierzejewskiej-Mikoszy. Jej "Witrażowanki Stasia Wyspiańskiego" to opowieść o wrażliwości i zachwycie nad światem. To historia małego chłopca (a nie pomnikowego dramatopisarza czy malarza), który bawi się światłem i cieniem, który pewnego dnia dostaje swój pierwszy ołówek, potem farby. Malucha, który co prawda nie chodził do teatru jak widzowie "Witrażowanek..." - twórcy sprytnie podeszli do kwestii zakotwiczenia tej historii w Krakowie połowy XIX wieku - ale biegał po łąkach. A to robił tak samo jak dzieci dziś.

"Witrażowanki Stasia Wyspiańskiego" to spektakl narracyjny (wg modelu prof. UMK Marzenny Wiśniewskiej, o którym opowiedziała na wykładzie podczas Konferencji o 20-leciu Teatru dla najnajnów, będącej częścią Festiwalu Najmłodszych), składają się na niego wyimki z "Zielnika", witraży, portretów artysty. Ale jest też i sam Kraków, i ścieżki - biały pas łączący ruchome ekrany, które pełniły funkcję płótna malarskiego czy ekranu do wyświetlania albo rzucania cieni. Jest Kościół oo. Franciszkanów (niewielka biała makieta). Ale nie zabrakło też kwiatów - zarówno sztucznych, jak i witraży z kwiatowym motywem. Jeden - ogromny i żółty jak słońce - pojawił się również nad jednym z ekranów! Nad Krakowem/sceną latały kolorowe motyle, brzęczały inne owady. Czasem coś zaszeleściło, zaświergotały ptaki.

Obecny na scenie duchem i wrażliwością Staś wraz ze swoimi kwiatami/narratorami/przyjaciółmi - było ich czworo, brawa dla całego zespołu, przemierzali Bielany i Błonie tam i z powrotem. Nic nie umknęło ich uwadze, mieli lupy... Biegali po łąkach w białych (wnętrza kostiumów, ich drugie strony, kryły feerie barw, miały elementy ludowe) wydawałoby się idealnych na lato ubraniach. Kolory delikatnych wzorów korespondowały z barwą obuwia. Czerwone miał mak, oczywiste. Ale w scenicznym bukiecie były jeszcze nasturcje, bratki, mniszek lekarski. Wszelkie elementy składały się na folklor tego spektaklu.

Twórcy zaprosili widzów do zabawy światłem i cieniem - dosłownie. Dzieci żywo reagowały na zmianę koloru świateł... albo ciemność. Łapały zajączki. Odebrały lekcję optyki. Obrazy wyświetlane były nie tylko na ekranach, ale również w ten właśnie sposób namalowano wzór kwiatowy na spódnicy aktorki... W ogóle cały spektakl zbudowano tak, żeby pokazać, jak natura zmienia się w sztukę - czy to w postaci witraży, czy malowidła. To też definicje - uważności, właściwości, inspiracji. Ich miks.

"Witrażowanki..." od początku do końca traktują małego widza serio. Piosenki, które się pojawiają dodają mu rytmu, a nie infantylizują, podobnie jak delikatne zaczepki, które mogą sprowokować dziecko, np. do odgonienia muchy.

Spektakl Teatru Groteska nie jest ani nudną lekcją muzealną, ani spektaklem edukacyjnym. To zaproszenie do wspólnego spaceru, któremu towarzyszymy tyle samo refleksji, co radości.

Krzyczę i ryczę

Na spektakl "Rock znaczy skała" w reżyserii Alicji Morawskiej-Rubczak składa się wszystko to, co kochają dzieci (i wielu dorosłych też). Głośna (ale tak w sam raz) muzyka - w tym wypadku rock, duże kamienie, a jego bohaterami są trzy dinozaury. Miło-wredny mirkoraptor, który czasem lubi sobie poryczeć, wszyscy traktują go jak słodkiego dzidziusia; tyranozaurka rex, która wcale nie chce być straszna oraz diplodok - nie chce być miły na zawołanie. Geniusz w prostocie - duży nie musi być groźny, mały - słaby, a głośny - silny. Za nieszablonowość - brawo! W końcu każdy może mierzyć się z tym samym problemem, bez względu na to, jaki jest. A jesteśmy różni. Dinozaury na przykład: jeden jest trochę zielony, drugi ma różowe grzebienie na ogonie, trzeci z gatunku tych niebieskich. Inaczej wyglądają, co innego jedzą, ale każdy z nich ma w środku to samo: krew, kości i mięso! Podobnie też, jak każdy mniejszy przedszkolak czy przedszkolaczka, do których adresowany jest ten tytuł. Czasem lubi poskakać, czasem pomarudzić, a czasem głośno zaryczeć i powiedzieć stanowcze nie! Wytupać wszystko, co mu się nie podoba, bo inaczej jeszcze za bardzo nie potrafi.

Te trzy dinozaury, o których mowa, wspólnie się bawią. A właściwie próbują, bo jeśli żyjesz wśród skał, możesz schować się tylko za... kamieniem. Kiedy wszystko wokół jest szare - o zgadywaniu, co jest obok, też można pomarzyć. Jak zabić nudę, jednocześnie wyrażając siebie? Jak głośno zamanifestować to, czego się chce, a jeszcze głośniej to, czego się nie chce? Odpowiedź jest jedna (i sprawdzona). Za pomocą muzyki (jej autorką jest Iwona Skwarek) i oczywiście musi to być rock. Wspólne narzekanie (w dobrym znaczeniu tego słowa) i bunt wpisane są w ten gatunek. Rock to przecież muzyka niezależności i wolności, której tak bardzo pragną małe dinozaury i mali... widzowie. Przy okazji doświadczają mocy "wspólnego" - nie tylko muzykowania. Poznają siłę, jaką może wygenerować tylko bycie w grupie. Razem jest łatwiej. Mówić/śpiewać - niekoniecznie głośno krzyczeć o swoich potrzebach można na różne sposoby.

Dinozaury śpiewają solo, w komplecie, ciszej, głośniej, z akompaniamentem ukulele albo basu, lub nie, ale zawsze o tym, co ich boli i trapi. Co to takiego? Obowiązkowe buziaki dla cioci, bycie miłym teraz, a nie później, jedzenie warzyw albo przytulanie dziadka. Wyliczać można długo. Czy tylko dinozaury posiadają "akty własności" swoich brzuchów albo nóżek? No właśnie.

Dzieci są jak te dinozaury. I ten prosty zabieg przepisania ich trosk na życie wymarłych gadów był strzałem w dziesiątkę. Malina Prześluga kolejny raz dowiodła, że wie, co robi. Podobnie jak Barbara Małecka odpowiedzialna za scenografię i kostiumy. Aktorzy mieli przymocowane na stałe ogony, głowy zakładali w razie potrzeby. A na scenie były tylko skały, które po przełupaniu mieniły się wszystkimi kolorami tęczy. No i huśtawki! Bez nich przecież dziecięcy świat nie byłby taki sam...

Monika Nawrocka-Leśnik

  • "Ciałogranie", Teatr Baj, recenzja z 1.07
  • "Ja jestem", Teatro al Vacio, recenzja z 2.07
  • "Witrażowanki Stasia Wyspiańskiego", Teatr Groteska, recenzja z 2.07
  • "Rock znaczy skała", Miejski Teatr Miniatura, recenzja z 3.07

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026

Odwiedź także: