Komunikaty

pagina

Aktualności

Pominąłeś menu

menu

FESTIWAL MALTA. Krajobraz nadmiaru i katastrofa klimatyczna

Festiwalową przygodę rozpoczynam klasycznie - od teatru, choć w zdecydowanie mniej klasycznej odsłonie. Co dzieje się w momencie utraty kontroli? Dlaczego warto wracać do Mickiewicza? I wreszcie -  czy można opowiadać o kryzysie klimatycznym, nie popadając w jego estetyzację?

Japoński tancerz patrzy w górę. Panuje mrok. - grafika artykułu
"La Mort de la Mer", fot. Bartosz Klimczak

Pstryk

Ciepłe drewno ścian Sali pod Zegarem ginie pod ciężkim, neonowym oświetleniem. W centrum dwie postacie w sportowych strojach przyjmują pozy jakby szykowały się do startu. Zastygłe w ruchu ciała przypominają antyczne rzeźby. Różowe i granatowe słupy światła sprawiają, że - choć dzieli je od publiczności zaledwie krok - jawią się jako odrealnione figury. 

Ciała przechodzą przez całe spektrum ruchu: wchodzą ze sobą w synergię powtarzając poszczególne sekwencje i wzajemnie je uzupełniając tylko po to, by za chwilę usunąć się z głównej areny i oddać przestrzeń drugiej osobie. Ruchy są na zmianę płynne i kanciaste, powolne i  dynamiczne. Wydaje się, że oglądamy wszystko naraz. Doskonała kompozycja dźwiękowa zaprojektowana przez Paula Tinsleya dodaje performansowi "No More Units Than Meaning" przestrzenności, buduje architekturę wokół wykonywanych przez Karolinę Wyrwał i Marcina Motyla sekwencji. Te równocześnie podążają za muzyką, ale i walczą z nią. Oprawa muzyczna, podobnie jak choreografia, jest pełna sprzeczności. Intensywność przeplata się ze spokojem, a płynność z szorstkością. Czasami wydaje się, że Wyrwał i Motyl prowadzą bliżej nieokreśloną walkę, innym razem, że są w trakcie podróży, która nie ma celu. Krzątają się, porządkują przestrzeń, przebierają, poszukują czegoś, czego nie sposób nazwać. Są zmęczeni, wreszcie poruszają się znacznie wolniej. Ciało wraca do ciała.

"More Units Than Meaning" jest opisywany jako "krajobraz nadmiaru". Artyści eksplorują uczucie sytuujące się na granicy posiadania i utraty kontroli oraz reakcje pochodzące prosto z ciała. W tekście towarzyszącym projektowi pojawia się słowo "glitch" definiowane jako moment, w którym ciało przestaje być narzędziem produkcji, a staje się przestrzenią oporu. Przestaje podlegać jakimkolwiek zasadom, wraca do siebie i odzyskuje sprawczość. To jednak tylko jedna z możliwych dróg interpretacji. Narracja konstruowana przez artystów pozostaje celowo niedomknięta znaczeniowo, otwierając tym samym pole dla wielorakich odczytań. Być może jednak tym razem warto oprzeć się pokusie kategoryzacji i dopuścić do głosu to, co intuicyjne i wymykające się logice?

  • 22.06, "No More Units Than Meaning" (wydarzenie towarzyszące)

Nie wiem, czy jestem z tego, czy z tamtego świata

Noc zaduszna, ludzie zasiadający w kaplicy, Guślarz przywołujący duchy zmarłych. Tylko że jest wieczór czerwcowy, osoby zasiadają w Polskim Teatrze Tańca, a Guślarz jest Guślarką. Choreografka Monika Błaszczak zaprasza nas do świata żywych i umarłych a także tego, co pomiędzy, do spotkania dusz zagubionych i uwikłanych.

Spektakl "Dziady II" wiernie podąża za mickiewiczowską linią narracyjną, portretując duchy małych dzieci (Józia i Rózi), Złego Pana, Zosi i Tajemniczego Widma. Scenografia na pierwszy rzut oka wydaje się prosta, ogranicza się bowiem do długich, białych kotar, które w trakcie spektaklu ożywają na wiele sposobów. Ich wykorzystanie zostało dokładnie przemyślane: wprowadzają nas w zadumę, budują napięcie, wreszcie stają się ekranem pochłaniającym wyświetlane projekcje wideo. Równie dopracowane są kostiumy zaprojektowane przez Tomasza Armadę. Guślarka występuje w zjawiskowej, długiej czerwonej sukni, a stroje duchów wykonano z utrzymanych w odcieni beżu lekkich, miękko układających się tkanin o luźnym i asymetrycznym kroju. Materiały doskonale podkreślają ruch sceniczny, nadając postaciom lekkość i pewną ulotność.

Oprócz wątków zaczerpniętych z utworu Mickiewicza, Błaszczak wprowadza także dodatkowe, takie jak motyw (nie)obecności w świecie cyfrowym czy kanonów związanych przyjętymi standardami piękna. Prawdziwa uczta teatralna zaczyna się jednak wraz z przedstawieniem poszczególnych historii. Każda z nich była zatańczona fenomenalnie, ale w mojej pamięci najbardziej zapisała się opowieść Zosi, ducha młodej dziewczyny, która po śmierci nie potrafi znaleźć swojego miejsca i nie należy już ani do świata ludzi, ani do świata duchów. Wydaje się, że to właśnie w tej scenie najpełniej wybrzmiewa nie tylko scenografia, ale też muzyka (która świetnie oddawała mickiewiczowski nastrój)  czy wreszcie - choreografia. Scena ukazująca wewnętrzne rozdarcie Zosi była jednym z najbardziej intensywnych i poruszających momentów spektaklu. Każdy ruch tancerki wciągał publiczność w najgłębsze warstwy wewnętrznego niepokoju.

Symbolicznym domknięciem było zaproszenie widzek i widzów do podzielenia się własną intencją. Imię bliskiej, zmarłej osoby oraz to, co chcielibyśmy jej ofiarować można było wyszeptać do ucha Guślarki. Ona przekazywała intencję wybranej tancerce lub tancerzowi, a ich odpowiedzią był taniec. Był to niezwykle poruszający moment - chwila, w której taniec stawał się przestrzenią spotkania, ulotnym pomostem pomiędzy pamięcią a obecnością.

Śmierć morza

Mój osobisty teatralny półmetek tegorocznej Malty wyznaczyła polska premiera "La Mort de la Mer" w reżyserii Bianci Casady, z gościnnym udziałem Justyny Wasilewskiej. To projekt sytuujący się na granicy opery, performansu i instalacji, z pewnością jedno z najbardziej intrygujących wydarzeń tej edycji, a także symboliczny powrót duetu CocoRosie do Poznania po dwudziestu latach.

Sala Wielka CK Zamek zamieniła się w postapokaliptyczną, oniryczną przestrzeń zapraszającą do rozmaitych wędrówek. Spektakl zaczął się jeszcze zanim publiczność zajęła miejsca - wkraczając do sali można było obserwować krążących wokół sceny aktorów. Wkrótce dołączyli do nich widzowie, jednym z założeń opery była bowiem możliwość zmiany punktu obserwacji i swoistego przenikania przez scenografię dzięki podążaniu wyznaczonymi ścieżkami. Przez opowieść prowadziły nas dwie symboliczne figury, Księżyc i Morze. Historia rozwijała się powoli, krążyła wokół niedopowiedzeń i metafor, stawiała raczej na doświadczenie immersji niż przysłowiowe prowadzenie widza za rękę. Tytułowa "śmierć morza" zdradzała motyw przewodni spektaklu, czyli kryzys ekologiczny i zmieniającą się wskutek niego relację człowieka z naturą. W tym kontekście nie sposób uciec od tematów takich jak żałoba, pamięć czy utrata - duet CocoRosie w charakterystyczny dla siebie sposób przeplatał jednak smutek z rozbawieniem puszczając oko do widza (wykorzystując chociażby melodie kojarzące się z dzieciństwem) i nie stroniąc od surrealistycznych wątków (takich jak prezentacja części ciała starych, zniszczonych  lalek). Jednymi z bardziej zajmujących scen były dla mnie jednak te, w których pojawiał się Księżyc grany przez Akihito Ichiharę, czołowego japońskiego tancerza butoh. Precyzja wykonywanych przez artystę ruchów splatających się z muzyką wprowadzała w niemal hipnotyczny stan.

W narracyjnej tkance spektaklu łatwo było się zagubić, co paradoksalnie stanowi zarówno jego siłę, jak i słabość. Dzieło jest zdecydowanie bardziej kontemplacyjne niż narracyjne, a wykorzystywany przez twórczynię symbolizm (ekologia, pamięć, kosmos) w niektórych momentach zdaje się rozmywać. Pieśni, monologi i sceny taneczne nieustannie się przeplatają, tworząc wielowarstwową, lecz momentami przytłaczającą strukturę. Ta intensywność z czasem zaczyna budzić znużenie - być może dlatego, że trudno uchwycić istotę opowiadanej historii. Pojawiają się kolejne metafory, ale brakuje ich rozwinięć, przez co tracą potencjalną siłę. Pojawia się więc pytanie, na ile spektakl rzeczywiście podejmuje refleksję nad kryzysem klimatycznym i jego konsekwencjami, a na ile wykorzystuje go jako estetyczną ramę.

  • 23.06, "La Mort de la Mer"

Klaudia Strzyżewska

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2026