Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

W Poznaniu czuję się jak w domu

- Z moimi szkicami zawsze wiąże się pewna dodana do nich historia. Są to "przedsłowia" w formie dopisanych do obrazów tekstów czy opowieści - mówi Olga Strizhniova*, której wystawę Kreskosłowy można oglądać do piątku 6 sierpnia w Atelier Wimar Stowarzyszenia Łazęga Poznańska.

. - grafika artykułu
Olga Strizhniova, fot. Maciej Krajewski

Kiedy przyjechałaś do Poznania?

Trzy lata temu. Wymówką były pieniądze, których zawsze mi brakowało na Białorusi. Ale to poniekąd głupia wymówka, bo nie znałam ani podstaw języka polskiego ani nie miałam Karty Polaka. A to bardzo ograniczało możliwość pracy i wymuszało starania o pobyt tymczasowy. Być może szukałam tak naprawdę przede wszystkim wolności od obowiązków, które miałam w rodzinnym mieście.

Co robiłaś w Brześciu?

Przez pięć-sześć lat prowadziłam zajęcia w kole plastycznym. Sama ustalałam program i zasady - co z jednej strony dawało mi sporo możliwości, a z drugiej było jednak dość ograniczające. Bo gdy nie masz kogo obwinić za swoje niepowodzenia to musisz pracować nad tym, aby do nich nie dopuścić. Praca z dziećmi wymaga też bardzo dużo energii. Gdy wracasz do domu, to wcale nie jest tak, że już możesz ją zakończyć. Jeszcze przez kilka godzin zadajesz sobie pytania o to, czy wszystko było w porządku. Oczywiście to zajęcie nie przynosiło mi normalnych zarobków, więc musiałam podejmować dodatkowe zlecenia i pracować przy różnych projektach.

Gdy zaczęłam ostatnio współpracować z Agnieszką Dubilewicz prowadząc zajęcia na półkoloniach, uznałam, że może za dużo do tej pory pracowałam z dziećmi. Z takiej pracy, traktowanej jako misji, tak prostu się nie rezygnuje, bo ma się poczucie, że to "twoje zajęcie" - zwłaszcza, gdy wszyscy wokół również ci to powtarzają.

Dlaczego wyjechałaś?

Uznałam, że chcę zmienić otoczenie, warunki życia i spróbować jak odnajdę się w nowym środowisku. Zawsze wszystkim powtarzałam, że nie jestem osobą śmiałą i nie wykonuję odważnych kroków. Wyjazd potraktowałam jak próbę zmiany podejścia do życia.

Dlaczego wybrałaś Poznań?

Bo tutaj mieszka moja przyjaciółka Nastya. Myślałam jeszcze o kilku innych miastach, ale uznałam, że skoro Poznań bardzo mi się podobał gdy ją tu wcześniej odwiedzałam, to dlaczego w sumie nie tu? Znałam też parę osób z tego miasta, więc czułam się tu pewniej. Gdy w ostatnim czasie dostawałam propozycje, by przeprowadzić się do Warszawy czy innego miasta w Polsce, nie chciałam tego robić. Poznań to już moje miejsce, w którym chcę mieszkać.

Jak się tu odnalazłaś?

Zaczęłam się uczyć języka polskiego w szkole policealnej. Po roku udało mi się przejść rozmowę kwalifikacyjną i znaleźć pracę. Potem przyszła jednak walka z papierami - okazało się wtedy, że zbyt długo trwa zdobycie zezwolenia na pracę. Doczekałam się jednak takiego momentu, gdy Nastya wykonała odważny krok i zdecydowała się otworzyć lokal MY przy ulicy Fredry. Teraz pracuję tutaj.

Mamy bardzo dużo obowiązków. Założyłyśmy, że nie będziemy brać sobie wolnych weekendów, czy prowadzić bogatego życia towarzyskiego poza tym miejscem. Z drugiej strony umiemy się też dogadać i wygospodarować czas na inne rzeczy. Nie wiem czy gdybym pracowała w biurze - a o takie zajęcie się wcześniej starałam - to dałabym w ogóle radę przygotować wystawę w Łazędze Poznańskiej.

Jak postrzegasz Poznań?

Przez cały czas walczyłam o kartę pobytu tymczasowego czy wizę, więc mieszkając w Poznaniu nie miałam możliwości, by gdzieś wyjechać - nie byłam więc w Berlinie. Mam jednak wewnętrzne poczucie, że to miasto znajduje się między Berlinem a Warszawą, co dodaje mu swoistego uroku. Gdy odwiedzałam Warszawę, Gdańsk, Kraków czy Lublin, nigdzie nie spotkałam się z podobną atmosferą. W Poznaniu czuję się jak w domu - być może przez to, że Brześć również jest usytuowany na "pograniczu". Brześcianie niezbyt lubią stolicę, Mińsk - i czują się bardziej Europejczykami, niż reszta Białorusinów.

W Poznaniu jest podobnie - poznaniacy zachowują się trochę tak, jakby mieszkali w innym świecie niż inni Polacy. I chyba stąd bierze się moje poczucie zadomowienia. Mam wręcz wrażenie, że tak naprawdę nic się u mnie nie zmieniło - tyle, że znajduję się w innym kraju, w którym ludzie posługują się innym językiem. A samo miasto jest bardzo podobne.

Kiedy zaczęłaś rysować?

W dzieciństwie. Jednak w pewnym momencie od dalszego szkicowania powstrzymywało mnie takie nieprzyjemne poczucie, że moje prace nie wyglądają dostatecznie "genialnie" i "wspaniale". Chodziłam do liceum plastycznego, a potem ukończyłam studia z pedagogiki artystycznej. Zdecydowałam się na takie studia trochę z powodów finansowych - skoro mogłam mieszkać z rodzicami, to nie chciałam wyjeżdżać z Brześcia, by wynajmować mieszkanie w innym mieście.

Co Ci dała wystawa Kreskosłowy?

Wystawa dała mi duże poczucie wolności. Do czasu jej otwarcia zadawałam sobie zresztą pytania o to, czy ja w ogóle lubię rysować. Wydawało mi się przy tym ciągle, że czegoś mi w tych szkicach brakuje. Zamiast więc tworzyć tak, jak potrafiłam, blokowałam się i w efekcie nic nie robiłam. Dzięki wystawie Kreskosłowy udało mi się wreszcie zaakceptować to, w jaki sposób powstają szkice i jak przebiega sam proces szkicowania. Przyniosło mi to sporo satysfakcji i dało dozę spokoju. Szkice na wystawie nie są zaprezentowane jako wielkie prace. Tak drobne i pospieszne zapiski można by przecież zaprezentować w formie wydruków na specjalnym papierze, poddać specjalnej obróbce... W moim odczuciu o wiele lepiej wypadają jednak w autentycznej formie nadruków na lekkiej piance, oddającej lekkość samego procesu ich powstawania.

Na wystawę trafiły głównie moje szkice. Wykonywałam je zwykle w bardzo krótkim czasie - pięciu-dziesięciu minut. Bardzo ważne było dla mnie to, aby zachować ich szczerość i autentyczność. Jeśli przy szkicowaniu coś mi nie wychodziło, to po prostu taki szkic odrzucałam. Czasem już po pierwszej kresce czułam jednak, że jest na udana - i że całość wypadnie bardzo dobrze...

A obrazy olejne?

Takie uczucia nie towarzyszą artystom w przypadku obrazów, które powstają w przeciągu miesiąca bądź dłużej. Jeżeli czegoś nie uda się nam namalować, to zmieniamy formę, możemy ją stale poprawiać. Stąd wydaje mi się, że ważna jest szczerość co do tego, jak powinniśmy traktować szkice - nie nazywając ich "wielką sztuką". Nie jest to przy tym związane z moją skromnością, po prostu lubię nazywać rzeczy po imieniu.

Ostatnio mam też poczucie, że lepiej mi wychodzi wymyślanie różnych rzeczy połączonych z procesem rysowania niż samo rysowanie. Podobnie jest w przypadku pracy z dziećmi, z którymi tworzę różne rzeczy. Zauważyłam, że tak naprawdę wszystko u mnie łączy się z rysowaniem, ale nic w sumie się do niego nie ogranicza.

Rozmawiał Marek S. Bochniarz

  • wystawa Kreskosłowy Olgi Strizhniovej
  • Atelier Wimar Stowarzyszenia Łazęga Poznańska
  • czynna do 6.08
  • wstęp wolny

*Olga Strizhniova - artystka pochodząca z Brześcia na Białorusi. Z wykształcenia pedagog plastyczny.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021