Kultura Poznań.pl

Rozmowy

opublikowano:

Sprawa Kroloppa niczym soczewka

Rozmowa z Aleksandrą Jakubczak, reżyserką spektaklu "Po co psuć i tak już złą atmosferę", inspirowanego książką "Maestro" Marcina Kąckiego o skandalu pedofilskim w chórze Polskie Słowiki.

. - grafika artykułu
Spektakl "Po co psuć i tak już złą atmosferę". Fot. Alicja Byzdra

Jakie emocje towarzyszyły wam podczas premierowego pokazu spektaklu w Poznaniu? Na widowni mogli siedzieć bohaterowie książki Marcina Kąckiego: byli chórzyści, ich rodzice, urzędnicy, dziennikarze, zaangażowani w sprawę.

Na pewno było inaczej niż w innych miastach. W Poznaniu na nowo uderzyła mnie moc i ciężar tej sprawy. Siedziałam na górze razem z technicznymi: akustykami, oświetleniowcami, więc nie słyszałam sali, słyszałam tylko aktorów, ale czułam, że jest inaczej. Chwilę po przedstawieniu rozmawiałam z aktorami. Czuli ten ciężar, towarzyszyły im ogromne emocje. Ale przecież robiliśmy ten spektakl po to, by tutaj przyjechać, by pokazać go w Poznaniu. O to chodziło.

Duża część widowni wzięła udział w dyskusji po spektaklu z udziałem m.in. autora "Maestra". Które głosy z niej uderzyły was szczególnie?

Ta rozmowa była dla mnie bardzo ważna. Przede wszystkim dlatego, że brał w niej udział Marcin Kącki i że dotyczyła tej sprawy. Nie gadaliśmy o spektaklu, nie wysłuchaliśmy żadnych komplementów czy zarzutów - i nie chodzi mi o to, że nie chciałam usłyszeć krytyki. Byłam zaskoczona, że tak dużo osób zostało, i że tak bardzo chciało rozmawiać. Widziałam emocje wśród ludzi, którzy nie wypowiedzieli się głośno, ale którzy szeptali między sobą.

Szanuję fakt, że przyszedł na spektakl i zabrał głos pan Michał Stuligrosz [jeden z poznańskich radnych, którzy w 1994 r. utajnili sesję RM, na której wypłynął problem pedofilii w Polskich Słowikach, prywatnie bratanek prof. Stefana Stuligrosza, dyrygenta Poznańskich Słowików - chóru konkurującego z Polskimi Słowikami - przyp. red.]. Był taki moment, że obawiałam się, że nasza rozmowa zamieni się "polowanie na czarownice", tym bardziej podziwiam go za odwagę po latach. I cieszę się, że przyszedł.

Wstrząsający był głos pana Jacka Sykulskiego - obecnego dyrygenta Poznańskiego Chóru Chłopięcego [pod taką nazwą występują teraz Polskie Słowiki - przyp. red.]. Mówił o tym, że "ten demon" wciąż ciągnie się za nimi, i że tak trudno się od niego oderwać. Rozmawiałam niedawno z Maciejem Nowakiem - dyrektorem Teatru Polskiego, który zaprosił Poznański Chór Chłopięcy na jarmark bożonarodzeniowy do teatru. Mówił, że wizerunek chóru bardzo się zmienił, a i tak cały czas bardzo trudno im odkleić się od etykietki "chóru Kroloppa".

Jacek Sykulski powiedział na koniec spotkania: "Boli mnie, że ciągle do tego Kroloppa wracamy, bo próbujemy odbudować chóralistykę w Poznaniu".

Mury szkoły chóralnej są tak przesiąknięte tą sprawą, że każdy kolejny pretekst, by o niej mówić, jest na pewno problematyczny. Raczej nie powiedział tak dlatego, by sprawę znów "zamieść pod dywan". Te wszystkie powroty do sprawy Kroloppa mają bezpośredni i bardzo bolesny wpływ na codzienność ich chóru.

Kto w takim razie pierwszy wpadł na pomysł, by przenieść "Maestra" na scenę? I jeszcze raz wrócić do sprawy?

Zaczęło się od tego, że spotkaliśmy się z Michałem Wybieralskim, dziennikarzem z Poznania, który parę lat temu przeniósł się do Warszawy. Prawie wszyscy moi znajomi w tym czasie opuścili Poznań i zamieszkali w Warszawie. Nosiłam się z zamiarem, by zrobić projekt o takich ludziach. Zaczęliśmy o tym rozmawiać, zastanawiać się nad tym, dlaczego Poznań jest miejscem, w którym z jakiegoś powodu - mimo wielu przesłanek ku temu, by kwitł - coś się psuje. I ludzie uciekają. Pojawiło się pytanie: coś tu jest nie tak, co jest nie tak?

Oczywiście rozmawialiśmy też o książce "Maestro". Poraziła mnie. Nie zdawałam sobie sprawy, na jaką skalę to wszystko się odbywało. I okazało się, że sprawa Kroloppa skupia te wszystkie problemy, o których chcieliśmy rozmawiać i robić spektakl. Niczym soczewka.

Pedofilia to słowo tak mocne, ciężkie, że po nim już nic nie zostaje. Dlatego próbowaliśmy pokazać cały mechanizm wokół. Dopiero w ostatniej scenie - monologu Kroloppa - próbujemy wejść w jego głowę. Oczywiście to jest tylko próba, bo możemy sobie tylko wyobrażać, co ten człowiek przeżywał, co czuł. Fascynujący w swej fasadzie, pysze, bezczelności. Jak się czyta ostatni rozdział książki, który jest zapisem rozmów z nim, po prostu człowieka zatyka.

Po raz pierwszy pokazaliście spektakl we wrześniu w Sopocie podczas festiwalu Non-Fiction. Potem w Warszawie i Lublinie. Poza Poznaniem spektakl miał podobną siłę rażenia? Jak reagowała publiczność?

Obawialiśmy się bardzo, że poza Poznaniem ten spektakl może nie "zadziałać". Ale reakcje publiczności utwierdziły mnie w tym, że jednak warto pokazywać go wszędzie, gdzie się da. W Lublinie widziały go m.in. performerki z USA. W Stanach są na innym etapie rozmowy o pedofilii, a dla nich też był przejmujący. Na pewno wszyscy byli porażeni monologiem Wojciecha Kroloppa. Sama na początku nie mogłam go w całości wysłuchać. Nie byłam w stanie.

W książce Marcina Kąckiego pada bardzo dużo nazwisk, autorowi bardzo zależało na tym, by przemówiło otwarcie jak najwięcej konkretnych osób. W spektaklu nie pada żadne. Uciekacie od dosłowności.

Inne rzeczy działają w książce-reportażu, inne - na scenie. Dotąd gdy robiłam projekty dokumentalne, zawsze miałam kontakt z osobami, których dotyczyły. Ale tutaj czułam, że tak nie powinno być.

Chcieliśmy odkleić się od realności. Rodzina w spektaklu nie ma swoich bezpośrednich prototypów w książce. To jest zbiór postaw, o których opowiedział nam w reportażu Marcin. Esencja tych postaw. Nie chciałam grzebać w czyimś życiorysie, w czyjejś intymności. To są nasze interpretacje tego, co możemy sobie na temat osób, które były w tej sytuacji, wyobrazić. Pytania, które przychodzą nam do głowy. Myślę, że to może mieć większą moc w teatrze. Tak czuję. Jeżeli to zadziało i w Lublinie, i Sopocie, to chyba znaczy, że nam się udało.

Zobaczymy jeszcze raz spektakl w Poznaniu?

Myślę, że tak. Wszystkie teatry były zainteresowane, byśmy u nich zagrali, czują, że to jest ważne. Wrócimy, bardzo tego chcę.

rozmawiała Sylwia Klimek

  • "Po co psuć i tak już złą atmosferę"
  • tekst i dramaturgia: Krzysztof Szekalski
  • konsultacja dramaturgiczna: Michał Wybieralski
  • reżyseria: Aleksandra Jakubczak
  • scenografia: Monika Nyckowska
  • muzyka: Daniel Pigoński
  • obsada: Anna Kłos-Kleszczewska, Michał Czachor, Mateusz Łasowski, Sebastian Perdek
  • premiera poznańska: 8.12

Aleksandra Jakubczak - rocznik 1983, absolwentka wiedzy o teatrze na UAM i Studium Przekładu Literackiego na UJ. Obecnie studentka piątego roku reżyserii w Akademii Teatralnej w Warszawie. Współpracowała m.in z Lubuskim Teatrem w Zielonej Górze, Malta Festival oraz Teatrem Polskim w Bydgoszczy. Jako laureatka konkursu Off: Premiery / Prezentacje w Teatrze Ósmego Dnia wyreżyserowała przedstawienie "Serdeczny" wg tekstu Krzysztofa Szekalskiego. Asystowała przy produkcjach Romea Castellucciego "Le Sacre du Printemps" oraz "Neither", odbyła także warsztat mistrzowski u Jana Lauwersa. Spektakl "Po co psuć i tak już złą atmosferę" wyreżyserowała w ramach programu Warszawa.doc, którego kuratorem jest Roman Pawłowski.