Kultura Poznań.pl

Historia

opublikowano:

ZAPISKI Z LAMUSA. Ten pierwszy

"Pierwszy polski film..." - to brzmi dumnie. Bez względu na to, jaka fraza pojawi się dalej. Ostatnio polscy twórcy przynajmniej parokrotnie posłużyli się tym chwytliwym i zachęcającym określeniem, reklamując swoje filmowe produkcje. Nie jest to jednak rzecz nowa - świadomość że to "pierwsze" przyciąga publiczność mieli również filmowcy sprzed lat. Czy jednak szło to zawsze w parze z zachwytami krytyków i publiczności?

.
Kadr z filmu "Kult ciała" w reż. Michała Waszyńskiego, którego premiera odbyła w styczniu 1930 roku, fot. ze zb. Narodowego Archiwum Cyfrowego

Nieco o pierwszym polskim filmie europejskim i pierwszym polskim filmie dźwiękowym - tak brzmi tytuł artykułu, który ukazał się w jednym z numerów "Słońca: ilustrowanego programu i biuletynu Teatru Świetlnego Słońce" (nr 68/1930). "Niedawno zamieściliśmy na tem miejscu ciekawy bardzo artykuł "Kuriera Codziennego", piętnujący niemoralność ostatnich polskich filmów" - czytamy uśmiechając się pod nosem i zastanawiając się, jaką niemoralność ktoś miał tutaj na myśli.

Filmy z tamtych lat kojarzą nam się przede wszystkim z urokliwym retro, rysami na filmowej taśmie, mrugającym obrazem, dziwną świetlistą poświatą i przerysowanymi niekiedy gestami aktorów. Niemoralność wśród tych skojarzeń znajduje się gdzieś na szarym końcu, o ile w ogóle. To my widzieliśmy już wszystko, bo wszystko w kinie pokazano. Seks? Był. Przemoc i dewiacje? Były. I chyba dlatego też możemy się uśmiechnąć półgębkiem - przecież gdyby ludziom z międzywojnia zaprezentować niektóre nasze kinowe i telewizyjne hity, to... Ale wracając do tematu - co też krytyków kłuło w oczy przed laty i wzburzało na tyle, że dzielili się tym w prasie, nawet tej codziennej? Dalsza część wspominanego artykułu dotyczy tekstu, jaki ukazał się w "Kurierze Poznańskim". Ze względu na jego charakter i interesujące podsumowanie działań polskich wytwórni filmowych w "Słońcu" przedrukowano jego całość.

Pikanterii sprawie dodaje przy tym fakt, że autor recenzji odniósł się do dwóch nowopowstałych filmów opartych na podstawie literatury. Sami doskonale wiemy, jakie emocje wzbudzają w nas filmowe adaptacje książek. Nie inaczej było wówczas: "Na zakurzonych półkach biblioteki stały sobie dwie stare, ładne książki Kult ciała i Moralność pani Dulskiej. Stały sobie wysłużone, ciche, Bogu ducha winne, trochę nawet już zapomniane - aż nagle ni stąd ni z owąd jakaś świętokradzka ręka sięgnęła po nie, jakiś wycieńczony mózg wykreślił z nich, co mądre, podkreślił co banalne, przerabiając Kult ciała na operetkę z girlsami i dobrym końcem, a Panią Dulską na libretto nieśmiertelnej Halki wydanie II, z hukiem, stukiem i trzaskiem gramofonu" - pisał krytyk, którego niestety z nazwiska nie wymieniono.

Irytował go fakt oceniania polskich filmów wedle innej niż światowa skali. I tak myślę sobie, ile to razy przy okazji rozmaitych premier kinowych padały znamienne zdania: "Jak na polskie warunki...", które usprawiedliwiać i tłumaczyć miały wszelkie mankamenty i wady stworzonego obrazu. Zazwyczaj przy okazji właśnie tych pierwszych prób w gatunkach, których wcześniej twórcy się nie podejmowali.

W barwny sposób recenzent opisuje swoje wrażenia tuż po zakończeniu seansu: "- Dajcie mi tych ludzi! - wyło coś we mnie. - Dajcie mi prędko tych ludzi, którzy te filmy spłodzili! Niechaj ustawię ich wszystkich tutaj w długim rzędzie i krzyknę: "Patrzcie, jaka mnie chwyciła astma, jak kołnierzyk mi zcieśniał, jak cały przesiąkłem zapachem stęchlizny, dymu, mięsa ludzkiego i taniego mydła! Patrzcie, z jakim niesmakiem w duszy wyszedł z kina człowiek, który idąc do kina, miał radość i pogodę w sercu!". Wyrób krajowy... wyrobem krajowym. Wszystko ma jednak swoje granice, moi drodzy państwo!".

A co takiego szczególnie zbulwersowało naszego krytyka? Uściślijmy: "Jest tu i tam upadła bohaterka, jest knajpa z "czystą", kabaret nocny, pikantny negliż z wystawą ud i łydek, jest dym z nerwowo palonych papierosów, i ciężka jak ołów, duszna, mdląco erotyczna atmosfera wlecze się przez całą akcję". Nie dla niego przechwałki, że film kręcono w Budapeszcie i Nicei. Nie przemawia też nieudana próba nagrania i dopasowania do niemego filmu "paru dialogów, zgrzytów i szczeknięć", co dopuszczalne było, "kiedy ojcowie nasi starali się o nasze matki, dziś jednak w epoce Białych Cieniów jest to zbytnią śmiałością". Niezorientowanym należy się tu wyjaśnienie: Białe cienie to amerykańska produkcja z 1928 roku i pierwszy film wydany przez wytwórnię Metro-Goldwyn-Mayer Studios Inc., który miał profesjonalnie nagraną ścieżkę dźwiękową. Wprawne oko recenzenta wyłapało również mizerny poziom przygotowanych do Kultu ciała i Moralności pani Dulskiej rekwizytów - wybranych chyba na chybił trafił.

Nie ma ten krytyk litości dla uchybień, jakich się dopatrzył, dla miernoty i frazesów. Jest wyczekiwanie na kinowe produkcje z górnej półki, które dawać będą artystyczne doznania. "Nie wielkość kapitału robi dobry film, a wielkość duszy jego twórcy!". Czy można tej opinii odmówić słuszności?

Justyna Żarczyńska

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2020