Kultura Poznań.pl

Historia

opublikowano:

ZAPISKI Z LAMUSA. Spikerska (nie)dola

"Tyle się na ten temat ciśnie pod pióro myśli i spostrzeżeń, że nietylko cały zapisaćby można numer «Tygodnia Radjowego», ale wprost napisać książeczkę..."* - twierdził odważnie Bolesław Busiakiewicz. Czytelnicy zapewne zastanawiają się jakiż to temat wzmagał tyle refleksji, generował dyskusje i zmuszał do analizy sytuacji. Odpowiedzią jest los radiowego spikera!

. - grafika artykułu
Rewia Metropolis, w centrum siedzi Bolesław Busiakiewicz, 1931, fot. ze zb. Narodowego Archiwum Cyfrowego

Busiakiewicz, dziennikarz i człowiek dla Radia Poznańskiego zasłużony, wysunął przy tej okazji nawet wniosek, że dzieło tego rodzaju być może winno być wydane wspólnym wysiłkiem polskich spikerów. Inspiracją dla tego pomysłu były wypełnione i nadesłane przez nich do "Tygodnia Radiowego" ankiety dające wyraz przemyśleniom na temat ich pracy. Po rzuceniu gdzieś w eter - by użyć adekwatnego do sytuacji określenia - tego pomysłu, Busiakiewicz przeszedł do rzeczy dając wyraz swoim refleksjom na temat wyżej wspomnianego zagadnienia. Wnioski ujął w artykule Speakerzy polscy o sobie ("Tydzień Radiowy", nr 28/1928).

Przejdźmy teraz do rzeczy i zacznijmy, jak i autor tekstu, od sprawy wręcz podstawowej, a mianowicie wyjaśnienia samej definicji słowa "speaker". "Najpierw sam termin, nazwa: speaker... zapożyczony z języka angielskiego - tak, jakby nie było już innego pod ręką i nawet «lepszego» (myślę o terminie, a nie o języku!)... Ogłoszony w swoim czasie konkurs na wyraz polski w tym względzie, nie dał konkretnych wyników, a raczej ich nie skoordynował. To też każda z polskich radjostacyj funkcje te określa innym wyrazem: jedna speakowaniem (speaker), druga obwieszczaniem (obwieściciel), jeszcze inna zapowiadaniem (zapowiadacz) i t. d." - pisze Busiakiewicz, wskazując zaraz, że w jego opinii "tak fonetycznie jak i entymologicznie wytrzymaćby mógł poważną defenzywę wyraz: zapowiadający".

Definicja definicją. Meritum stanowi sama praca, a więc pewne bardzo konkretne działanie. I tu pojawia się problem, ponieważ do momentu, kiedy nie pojawiła się pilna, związana z powstaniem radiostacji potrzeba zatrudnienia w szeregi jej pracowników kogoś takiego jak spiker, raczej nikomu nie przyszło do głowy, by zastanawiać się nad wzorami i przykładami, które mogłyby pomóc pełnić tę - istotną przecież niewątpliwie - rolę. "Inne dziedziny wiedzy ludzkiej i kultury w jak najbardziej zróżniczkowanych przejawach posiadają znakomitych nie tylko fachowców teoretycznych, ale przedewszystkiem znawców danej gałęzi zjawisk - w praktyce... W dziedzinie radjofonji wszystko to dopiero powoli «robi się»... To też speaker powstał bez wzorów, bez prototypu. I do dziś ani nie oznaczono, ani też nie wykreślono mu granic jego kompetencji i charakteru jego pracy" - tłumaczył dalej Busiakiewicz te zawiłe początki kształtowania się w Polsce zawodu spikera. Mimo jednak tego, wydawałoby się, usprawiedliwienia, dziennikarz nie skąpił kąśliwych uwag kolegom, którzy w jego odczuciu "poszli, niestety, po linji najmniejszego oporu i nie przekroczyli jak dotąd linji «wydeptanej» przez speakerów - najbliższych naszych sąsiadów z Zachodu". Postępowanie według pewnego kanonu, mechaniczne powtarzanie formułek - oto grzechy i grzeszki polskich spikerów tamtego czasu, na jakie bez pardonu wskazywał Busiakiewicz. Ale to nie wszystko!

Autor tekstu pokusił się o wyłuszczenie czytelnikom gazety swoich przemyśleń na temat tego, czym spiker w gruncie rzeczy powinien się zajmować. Nie jest to wcale rzecz prosta. Na podstawie swojego półrocznego doświadczenia w pełnieniu tej funkcji Busiakiewicz wysnuł wniosek, że na faktycznie rzetelne wykonywanie tej pracy składa się kilka czynników. "Spiker powinien więc mieć w sobie coś z dyrygenta i reżysera - "słowem dobrze orientującego się kierowcy". Nie bez znaczenia jest też znajomość języków obcych, ale jeszcze ważniejsze jest, by "czuć się jak u siebie w domu przynajmniej «ze słyszenia» w historii literatury, sztuki, muzyki i t. p.". Więcej: spiker "powinien też trzymać rękę na «pulsie życia»". Brzmi poważnie, a znaczy nic innego jak to, że powinien zwyczajnie orientować się w życiu politycznym i społecznym, znać przewijające się w mediach nazwiska, a tym samym być człowiekiem - nie bójmy się tego określenia - po prostu obytym. A wszystko po to, by słuchaczy nie doprowadzić do "szewskiej pasji" lub "białej gorączki".

Co zaś tyczy się techniki pracy: choć przyjemna wymaga "najwyższego skupienia i uwagi". Szczególnie, że spiker radiowy dysponuje jednym tylko narzędziem pracy - swoim głosem. Jaki to powinien być głos? Przede wszystkim "przez wielką literę G"! I to już wszystko właściwe tłumaczy, ale doprecyzujmy jego charakterystykę: "nie tylko czysty i pełny, ale giętki, że tak powiemy, elastyczny; oczywiście dobrze postawiony - jak u śpiewaka i pozbawiony bezwzględnie minimalnych niedomagań t. zw. wy-mo-wy".

A po co to wszystko? Ano po to, by słuchacze dostrzegali w spikerze "swego radjo-przyjaciela, zadzierżającego węzły zażyłej via mikrofon a głośnik znajomości, a nawet sympatji". Przyznać trzeba, że rola to doniosła. I jak - w każdej relacji - domagająca się odpowiedniego zaangażowania. Choć trudnością na pewno jest i było to poczucie, że nigdy nie wiadomo, kto spikera słucha: "przyjaciele czy też, nie daj Boże, wrogowie również"?

Justyna Żarczyńska

* We wszystkich cytowanych fragmentach zachowano oryginalną pisownię.

© Wydawnictwo Miejskie Posnania 2021